Zanim przyszedł sukces w postaci zauważonej, sprzedającej się płyty "Kamień", wygrywała Pani nagrody - czy to w Sopocie, czy w Opolu. A jednak ciężko było się przebić. Co zawodziło? Techniki promocji, może polityka wytwórni? Czy wymagano od Pani kompromisów, na które nie chciała się Pani zgodzić?
Kayah: Myślę, że dotyczy to kwestii niegodzenia się na kompromisy. I jestem z tego bardzo dumna. Bycie wiernym sobie stanowi dla mnie niezaprzeczalnie jedną z najwyższych wartości. Niczego nie chcę zmieniać. Co było, to było. Nie byłabym dziś w tym miejscu, gdybym nie przeszła takiej drogi. Pomiędzy pierwszą płytą a moim autorskim "Kamieniem" przez prawie dziesięć lat nie miałam kontraktu, więc nie mogę tego tłumaczyć złą postawą jakiejkolwiek wytwórni. Przez te dziesięć lat rozwijałam się i uczyłam, po pierwszych przykrych doświadczeniach wcale nie były mi w głowie ani kontrakty, ani liderowanie. I choć śpiewałam z najważniejszymi artystami w tym kraju i uczestniczyłam w powstawaniu najważniejszych płyt w historii muzyki w Polsce, komponowałam do szuflady z nadzieją, że kiedyś poczuję, iż nadszedł moment, kiedy wezmę na siebie całą odpowiedzialność za słowo i dźwięk.
Karolina Chymkowska-Klimczak: Kiedy spółka Kayax zaczęła sygnować płyty różnych wykonawców, powiedziała Pani: "Mam zamiar być wydawcą, o jakim ja sama zawsze marzyłam: pełnym szacunku dla sztuki i jej twórców". Czy to znaczy, że zetknęła się Pani z takim podejściem producentów, który budził w Pani protest?
Kayah: Moje pierwsze doświadczenie było straszne. Bardzo mnie skrzywdzono. Ale nie chcę już zupełnie do tego wracać. Kolejne doświadczenia też wcale nie były dużo lepsze. Duże wytwórnie traktują swoich artystów bardzo przedmiotowo, z góry określona jest relacja "dłoni i cytrynki", zadaniem artysty jest jedynie przynosić zyski, nawet kosztem własnych wizji. My w Kayaxie bardzo się emocjonalnie angażujemy w każdy projekt i utożsamiamy się z nim. Dlatego nigdy nie będziemy wytwórnią z setką pracowników i setką pokoików, z których odsyła się na inne piętro, by zdjąć z siebie odpowiedzialność.
K.Ch.: Czy traktuje Pani Kayax jak biznes? Łatwo mi uwierzyć, że tak, jeżeli chodzi o sam sposób prowadzenia spółki, która, jako twór prawny, ma swoje prawa. Ale czy widziała w tym Pani, brzydko mówiąc, interes? Czy może jednak bardziej manifest ideowy?
K.: Kayax to misja, szczęśliwie dla nas - dobrze prosperująca. Ale ja zarabiam swoją aktywnością artystyczną, a mój wspólnik swoją pracą menedżerską. Wydawanie płyt to, powiedzmy, nasze hobby i choć zdarzają się złote strzały, to właśnie one pozwalają nam na dalszą działalność wydawniczą i inwestowanie w kolejnych artystów. Zyski nie są tu celem, ale środkiem do dalszych inwestycji. Choć oczywiście w ten sposób budujemy katalog i pracujemy na markę Kayaxu. Jesienią tego roku szykujemy aż 4 wspaniałe premiery: nową płytę Marcina Wyrostka, płytę "The Name Of The Girl Is Olivia Anna Livki", jak również debiutancką płytę poznańskiego zespołu Snowman, i znanego dobrze fanom Kultu, zespołu Buldog.
K.Ch.: W jaki sposób funkcjonuje Kayax? Jaki jest stopień Pani osobistego zaangażowania w jej działalność?
K.: Moim zadaniem w Kayaxie jest PR. Działalnością wydawniczą zajmuje się Tomik, mój wieloletni menedżer i partner w interesach. Reszta osób z Kayaxu zajmuje się konkretnymi projektami. Jesteśmy zarzucani demówkami. Zdarza się, że bardzo fajnymi, ale mamy ograniczone moce przerobowe. Zanim zdecydujemy się na jakiś projekt, bardzo wnikliwie oceniamy - ale nie to, czy przyniesie nam zysk, tylko czy my udźwigniemy ciężar związany z wydaniem takiej płyty, czy nasza dyspozycyjność nam na to pozwoli, czy mamy pomysł na marketing i promocję. Według nas każdy artysta zasługuje na pełne zaangażowanie naszego czasu i kreatywności. Kiedy jednak mamy ograniczoną liczbę współpracowników, musimy zawsze mierzyć siły na zamiary. Zdarzyło się więc, że z bólem musieliśmy rezygnować ze wspaniałych projektów, po to, by nie mieć potem wyrzutów sumienia czy poczucia winy wobec artystów. W takich przypadkach często kierujemy tych artystów dalej do zaufanych wytwórni, polecamy, a nawet doradzamy.
K.Ch.: Założeniem firmy była promocja artystów niepokornych, niszowych, awangardowych. Prawdziwą perłą okazała się dla Kayaxu Maria Peszek, artystka postrzegana jako kontrowersyjna - kocha się ją albo nienawidzi. Jednak jej "Miasto mania" pokryła się platyną. Czy w Polsce panuje moda na awangardę? Czy też polski odbiorca jest już po prostu zmęczony popeliną?
K.: Myślę, że - tak jak wszędzie - są ludzie zadowalający się masową papką, ale są też ludzie poszukujący czegoś głębszego. I bardzo dobrze. Jest przestrzeń dla każdej wypowiedzi. Ja gustuję w poszukiwaniach i dlatego tak satysfakcjonuje mnie nasze Kayaxowe wydawnictwo. Cieszy mnie, że coś z założenia niszowego może stać się komercyjnym sukcesem. Nas jako wydawców takie reakcje rynku bardzo podbudowują na duchu. I nie tylko na duchu (śmiech). Cieszymy się z sukcesów Marii Peszek, Smolika czy choćby z fantastycznego sukcesu płyty
"Boso" zespołu Zakopower, która jest obecnie najlepiej sprzedającą się płytą w Polsce.
K.Ch.: Myśli Pani o sobie jako o "szefowej wytwórni", czy raczej stara się Pani podchodzić do swoich podopiecznych jako artystka, która "też śpiewa, więc wie, jak to jest"?
K.: Nie jestem ani szefową, ani bizneswoman. Tym zajmuje się Tomik i nasz Kayaxowy team. Moim zadaniem jest PR i czasami pomoc w kreacji. Z trudem odróżniam też brutto od netto (śmiech). Mam zwyczajnie szczęście do fantastycznych ludzi. Pracuję nie tylko z bardzo zdolnymi artystami o konkretnej wizji, ale też otaczają mnie współpracownicy totalnie oddani sprawie, pasjonaci i melomani. Towarzysko także jest wybitnie. Z moimi współpracownikami się przyjaźnię, a od moich artystów często wiele się uczę.
K.Ch.: Znana mądrość ludowa głosi, że im więcej człowiek ma zajęć, tym więcej ma czasu na wszystko. Ale przecież artysta, który chce nagrywać płyty z przesłaniem, tworzyć teksty, które mają sens, które coś znaczą, musi pozostawać w kontakcie z własną wrażliwością. Ma Pani w sobie taki mechanizm obronny, umiejętność budowania zamkniętego świata, do którego nikt nie ma wstępu, a z którego czerpie Pani siłę do dalszej pracy?
K.: Do napisania płyty skłania refleksja. Tę z kolei generuje dystans, jakiego nabiera się z czasem do pewnych wydarzeń. Właśnie dlatego, że chcę, by moje płyty były o czymś, nie nagrywam ich co roku. Musi upłynąć czas, bym poukładała w sobie i emocje, i słowa, które je nazywają. Jestem strasznym leniem. Ale jeśli się za coś zabieram, oddaję się temu bez reszty. I choć moja praca ma tryb bardzo indywidualny i czasami alienujący mnie od reszty, ta reszta jest mi niezbędna. Bowiem moją niekończącą się inspiracją jest zwyczajny dzień powszedni, otaczający mnie świat i ludzie.
K.Ch.: Nie czuła się Pani nigdy na granicy wypalenia? Liczy się Pani z tym, że może nadejść taki moment, kiedy trzeba będzie uczciwie sobie powiedzieć: "Nie mam już nic do powiedzenia, czas zejść ze sceny, ustąpić miejsca innym"?
K.: Wiele razy byłam w takim punkcie. Tak wysoko sama sobie stawiałam poprzeczkę każdą poprzednią płytą, że wydawało mi się niemożliwością dosięgnięcie tego poziomu. Ale wierzę, że z czasem mamy coraz więcej do powiedzenia - mądrzej, trafniej. Z zupełnie innej perspektywy. Zdarzają mi się momenty rezygnacji, ale co innego jest jej powodem. Czasem zwyczajnie męczy mnie wszystko to, co się z działalnością artystyczną w dzisiejszych czasach łączy i czego wymaga się od artysty. Sama miłość do muzyki, muzykalność i pasja już nie wystarczają. Trzeba być po części cyrkowcem. Wiecznie młodym i w świetnej formie. Trzeba podsycać ciekawość celebryckimi wynurzeniami i bywać między zjełczałą śmietanką, pławić się w płytkich rozmowach i nieszczerych relacjach. To zupełnie nie mój świat. Gardzę nim i zwyczajnie nieraz mam tego dość. Mogłabym z tego zrezygnować. Poza muzyką mam też inne pasje, więc nie jawi mi się to jakoś tragicznie. Czasem też stwierdzam, że mój zawód przestaje mnie stymulować i wtedy zaczynam się rozglądać za innymi zajęciami. Ostatnio fajnym zadaniem było stworzenie zapachu perfum marki Mazda, które dostępne będą w limitowanej edycji już tej jesieni. Zaangażowałam się też w projekt promocji artystów, świetnych płyt czy muzycznych wydarzeń w internecie. Powstała strona Kayah Music Cafe, na której promuję to, co moim zdaniem jest godne polecenia.
K.Ch.: Czy działa Pani intuicyjnie? Czy podejmując decyzje reaguje Pani emocjonalnie, czy raczej chłodno kalkuluje, racjonalizuje? O zodiakalnych Skorpionach mówi się, że są w stanie harmonijnie łączyć jedno z drugim. Mówi się też, że są twarde, ale również - pełne żaru. Padają też bardziej surowe określenia - że bywają złośliwe, zazdrosne, pamiętliwe. mieszanka iście wybuchowa. Uważa się Pani za osobę świadomą własnych wad? Jest Pani zwolenniczką pracy nad sobą, czy też pójścia na żywioł pod hasłem jestem, jaka jestem? A może po prostu. "JakajaKayah"?
K.: Mam wszystkie wady przypisywane Skorpionom. Ale zalety także i dzięki nim staram się zwalczać wady. Ciężko pracuję nad sobą. Wierzę, że transformacja jest sensem naszego istnienia. W uświadomieniu tego bardzo pomogła mi Kabbalah. Podała mi na tacy uniwersalne prawa i narzędzia, by ta transformacja mogła się odbyć. Wcześniej wygodnie mi było obarczać winą kogoś innego, uciekać od odpowiedzialności. Dziś wiem, że akcja rodzi reakcję. Zbierasz to, co sam posiałeś. Dziś nie zadaję sobie pytania: "Dlaczego ja?", ale: "Gdzie popełniłam błąd?". Z błędów natomiast staram się jak najwięcej nauczyć.
K.Ch.: Czym kieruje się Pani, tworząc swoją muzykę? Czy są jakieś niepodważalne zasady, od których obiecała sobie Pani nie odstąpić? Znamy Panią w wielu wydaniach: jako liryczną pieśniarkę, interpretatorkę Bregovicia, popżywioł, który porywał do tańca na dyskotekach, a nawet jako wielbicielkę Kabaretu Starszych Panów. Czy to zawsze, mimo wszystko, była Kayah? Zawsze była Pani szczera jako artystka?
K.: Zawsze. Szczerość to mój znak rozpoznawczy. Dzięki niej i wierności sobie nie wstydzę się spojrzeć w lustro, myjąc zęby codziennie rano. Moje błędy, czy to dotyczące współpracowników, kontraktów, czy innych wyborów musiały się zdarzyć, bym była tym, kim jestem teraz. Nie mam co do tego wątpliwości. Nie uciekam też przed odpowiedzialnością za błędy, których jeszcze nie popełniłam, choć wolałabym ich uniknąć, nie jestem nieomylna. Nie popełnia błędów tylko ten, który nic nie robi, a ja mam zamiar jeszcze podziałać (śmiech). Chciałabym być wszechstronna, dlatego sprawdzam się na różnych gruntach. Słucham różnej muzyki, różne rzeczy mnie inspirują. Fascynuje mnie tyle nurtów i jednocześnie okropnie kusi, by dodać w nich coś od siebie. Ciągle się śmieję, że zbliżam się do wieku jazzowego (śmiech). Myślę, że będzie to moja ostateczna droga (śmiech).
K.Ch.: Jak chciałaby Pani zostać zapamiętana, jakiego miejsca w historii polskiej muzyki najbardziej by sobie Pani życzyła? A czego najbardziej chciałaby Pani uniknąć?
K.: Chciałabym przede wszystkim być pamiętana jako człowiek, który robił coś dla innych. Muzycznie nie mam żadnych oczekiwań. Nie muzykowałam, by się znaleźć w historii, lecz po to, by wyrazić siebie. Muzyka to mój środek ekspresji. Inni piszą wiersze albo lepią garnki. W moim przekonaniu artysta to żadna święta krowa. Po prostu człowiek o trochę innej wrażliwości, innej odwadze... ale wciąż tylko człowiek, ze swoimi słabościami, przywarami, nałogami i ego. Kiedy myślę o Grześku Ciechowskim, nie wspominam jego piosenek czy - pięknych zresztą - wierszy. Wspominam nasze rozmowy, żarty i śmiech, jego nieprzeciętną inteligencję, poczucie humoru i przyjaźń, jaką mnie obdarzył. To są rzeczy, które składają się na człowieka i które warto pamiętać.
K.Ch.: Na koniec proszę powiedzieć kilka słów o nadchodzących projektach. Czego możemy się spodziewać? Szykują się jakieś niespodzianki, może coś nietypowego? Na jakim etapie jest Pani obecnie?
K.: Powodzenie mojej piosenki "Za późno" tak mnie zaskoczyło, że rzeczywiście powinnam pójść za ciosem i pracować nad płytą, choć miałam inne plany. Póki co przede mną bardzo intensywny czas. Przez następne dwa miesiące będę mieć zaledwie sześć dni wolnych, a i tak stracę je głównie na powroty z licznych koncertów. Na jesieni ruszają też przygotowania do nowej kampanii kosmetyków AA. Poza tym biorę udział w fantastycznym programie "The Voice of Poland", w którym obok Ani Dąbrowskiej, Andrzeja Piasecznego i Nergala będę trenerem grupy utalentowanych wokalistów. Format ten okazał się być wielkim hitem na świecie. Czas na wspaniałe polskie głosy.