Opłynął Pan kulę ziemską w 100 dni
w głównych regatach The Race,
a w planach ma Pan pobicie rekordu
świata, który wynosi niewiele ponad
70. Skąd pomysł na offroad?
Roman Paszke: Jak zwykle, o ważnych sprawach w życiu
decyduje przypadek. Niemniej są to początki. Niestety
mam trochę mało czasu na offroad. Wcześniej
jeździłem różnymi markami, ale muszę przyznać, że do
Renault Koleosa bardzo się przekonałem, szczególnie
po pokazowej jeździe. Ma dobre przyspieszenie, dobrze
trzyma się asfaltu i podjeżdża pod naprawdę wysokie
pagórki. Całość spektaklu robi ogromne wrażenie.
Anna Laszuk: Emocje offroadowe są porównywalne
z żeglarskimi?
Roman Paszke: Na pewno inne. W zasadzie prędkość
jest podobna jak na katamaranie. Natomiast wiem, że
na morzu jestem w stanie przewidzieć dużo więcej niż
w offroadzie. Na rajdzie, jeśli wcześniej nie objedzie
się toru, tak jak w Camel Trophy czy Dakarze, gdzie
przeszkody są znane zawodnikom, ta niewiadoma
dodaje trochę adrenaliny. Niektóre
góry w offroadzie są bardzo podobne
do wysokich fal na Oceanie Południowym
[rozciąga się od wybrzeża
Antarktydy do równoleżnika, gdzie łączy
się z Oceanami Spokojnym, Indyjskim i
Atlantyckim - przyp. red.]. Są tak samo
nieregularne jak góry, które trzeba sforsować
samochodem.
Agnieszka Jodzis: Niedawno byłam na
offroadzie, niedaleko Giżycka. Dostaliśmy
się w miejsce, gdzie mogliśmy oglądać
żurawie. Zwykłymi samochodami
nie ma możliwości dojazdu do takich
miejsc.
A.L.: Jaka atmosfera panuje na wyprawach
offroadowych?
A.J.: Wygląda to tak, że startujemy
w trzyosobowym babskim teamie. Jeśli
zdarzają się próby, które są dla nas bardzo
trudne, wiadomo, że zawsze znajdzie się
ktoś, kto bardzo chętnie pomoże i to jest
urocze. W tym roku, na wiosnę, udało
nam się nawet utopić samochód i musiała
nam pomagać już nie jedna załoga,
a cztery! Offroad to naprawdę świetna
zabawa, tylko trzeba mieć odpowiedni
sprzęt. My jeździmy Jeepami Cherokee,
ale wszystko jest kwestią przygotowania,
bo Koleos to auto innej klasy. Nasze
samochody są jednak starsze i kiedy
wpadną do wody, nie ma takiego dramatu,
jak w przypadku nowego, pięknego
i naszpikowanego elektroniką auta.
To trochę inna skala zabawy, co nie zmienia
faktu, że Koleos daje sobie świetnie
radę po bezdrożach. Mimo wszystko nie
odważyłabym się wjechać nim do wody.
A.L.: Które miejsce zajmuje offroad na
długiej liście Waszych pasji?
R.P.: U mnie na pewno offroad nie zajmie
pierwszego miejsca. Ani drugiego.
Na pierwszym - żeglarstwo, na drugim
- narty, ale trzeci jest offroad właśnie.
A.J.: Żeglarstwo jest dla mnie zdecydowanie
na pierwszym miejscu. Więcej
startuję w regatach niż w rajdach.
I to wszystko w czasie wolnym. Właśnie
skończyłam bardzo ciekawe studia medyczne
i zaczynam staż.
A.L.: Rozumiem, że specjalizacja to medycyna
sportowa?
A.J.: Medycyna zabiegowa, ale też pomagam
w teamie głównemu lekarzowi
Romkowi Marczewskiemu. Razem
z Romkiem przygotowuję medyczną
część rejsu.
A.L.: Jaką wartość dodaną mają wyprawy
offroadowe?
A.J.: Atmosfera jest porównywalna do
regat. To świetna zabawa i poznawanie
trudno dostępnych miejsc.
R.P.: I poznawanie swoich możliwości,
bo jednak trzeba mieć trochę smykałki
technicznej, zmysłu związanego z orientacją,
nawigacją. Bardzo często zjazd
z góry może być o wiele trudniejszy niż
podjazd.
A.J.: Mieliśmy przygodę na Mazurach,
niedaleko Giżycka. To był początek naszych
wypraw, z okazji weekendu majowego.
Zwiedzaliśmy dużą część Mazur
w okolicach Wielkich Jezior. Zwykle żeglujemy,
a teraz odkrywaliśmy te tereny
z zupełnie innej perspektywy. W każdym
razie, moja koleżanka prowadziła samochód,
w którym siedziały cztery osoby.
I najbardziej doświadczony kolega, który
bierze udział w rajdach, podpowiedział
nam, że jest fajny zjazd. Powiedział:
,,dziewczyny, jedźcie, nie musicie wysiadać
z samochodu, wszystko zobaczycie". Dodał
tylko, żeby nie naciskać hamulca,
bo może się to źle skończyć. I podjechałyśmy
do tego zjazdu, bo jesteśmy
bardzo odważne. Niestety, był włączony
reduktor, tylko na automatycznej
skrzyni biegów nie przełączyłyśmy
tej opcji. W miarę nabierania prędkości
automatycznie zmieniały się biegi,
w związku z czym samochód nie hamował,
a rozpędziłyśmy się już do dużej
prędkości. Ostatecznie jednak wszystko
dobrze się skończyło, ponieważ moja koleżanka
nacisnęła hamulec i samochód
gwałtownie się obrócił. Niemniej niewiele
brakowało, a miałybyśmy porządne
dachowanie.
A.L.: Ile załóg jest standardowo wystawionych
w jednym rajdzie?
A.J.: Jak na polskie warunki, średnio
około 60. W dużej mierze zależy to od
tego, gdzie rajd jest organizowany. Najciekawsze
jest to, że udział biorą i zawodowcy,
i amatorzy. Sama atmosfera jest
niesamowita, wszyscy sobie pomagają
i to jest świetne.
R.P.: W żeglarstwie też ostatnio jest popularne,
że w załogach startują zawodowcy
i amatorzy.
A.L.: Skąd taka tendencja?
R.P.: Zawodnik podnosi kwalifikacje,
ma okazję obcować z najlepszymi. Również
ze względów bezpieczeństwa i czysto
komercyjnych, mających na celu przyciągnięcie
większej publiki.
A.L.: Czy po takich eskapadach jest czas
na imprezowanie?
A.J.: Oczywiście, że imprezujemy. Mamy
tylko odpowiednią grupę kierowców,
którzy jeżdżą następnego dnia.
R.P.: Ja takich problemów nie mam, bo
jestem abstynentem.
A.L.: Całkowitym?
R.P.: Stuprocentowym od pięciu lat. Od
momentu, kiedy zacząłem przygotowywać
samotny rejs, odstawiłem zabawowe
elementy na bok. Może kiedyś do nich
wrócę, ale na razie góruje kwestia przygotowania
fizycznego, odżywiania się
i formy w ogóle. To nie jest tak, że muszę
sobie odmawiać. Dobrze się z tym czuję.
Po prostu tak sobie zakodowałem i jest
mi z tym OK.
A.L.: A stan psychiki?
R.P.: Stan psychiki ma bardzo wiele uwarunkowań.
Najważniejsze są przygotowania.
Jeśli traktujemy dyscyplinę zawodowo,
w zasadzie człowiek przygotowany
jest cały czas. Nie jest oczywiście tak, że
ja dziś mogę wsiąść na łódkę i popłynąć,
bo jednak ileś czasu trzeba na niej poprzebywać.
Z psychologiem należałoby
spędzić od trzech miesięcy do pół roku,
a na to nigdy nie ma czasu. To jest coś,
co kształtuje nasza świadomość, bardzo
wiele zależy od motywacji i nastawienia.
Podobnie jest w offroadzie. I tu, i tu,
trzeba mieć dobre przygotowanie. I psychiczne,
i fizyczne. Myślę o takim bardzo
poważnym rajdzie, kiedy trzeba wyciągać
samochód z wody czy błota, mieć trochę
krzepy i być dość odpornym psychicznie,
chociaż dużo bardziej wytrzymałym
trzeba być na morzu.
A.L.: Dlaczego?
R.P.: Na morzu człowiek płynie sam, do
brzegu jest na przykład dwa i pół tysiąca
mil, a samolot nie ma gdzie wylądować.
Potwierdzają to statystyki: w kosmos poleciało
już ponad czterysta osób, Mount
Everest zdobyło tysiąc sześćset, a samotnie
opłynęło świat sto parę osób. To
o czymś świadczy.
A.L.: Na zakończenie: jak oceniacie
Igrzyska w Pekinie? Zawiedzione nadzieje?
R.P.: W żeglarstwie, w klasie Star, jest
niebywale silna konkurencja. Uważam,
że to, co zrobili Mateusz Kusznierewicz
z Dominikiem Życkim, także wcześniej
na mistrzostwach świata, jest mistrzostwem
galaktyki. To bardzo trudna łódka
i trudna klasa. Łódki są specyficzne,
trudne w prowadzeniu i mają wiele regulacji,
które trzeba stosować w trakcie
żeglowania, łącznie z przestawianiem
masztu czy napinaniem band. Poza tym
klasa Star ma najmocniejszą konkurencję
na świecie. Żeglarstwo jest w pewnym
sensie loterią. Na Igrzyskach jest tak,
że dany kraj reprezentowany jest przez
jedną załogę, a na mistrzostwach świata
może być na przykład pięć ekip ze Stanów,
a przy tym każda jest faworytem.
A.J.: Akurat podczas Igrzysk żeglowaliśmy
w Chorwacji, więc nie było zbyt
wiele czasu na śledzenie ich przebiegu.
A.L.: Nie wyglądacie na spalonych słońcem.
R.P.: Bo ja siedziałem cały czas w kuchni.
Może dlatego. (śmiech)