Ile trwa Pański dzień pracy?
Roman Młodkowski: A tego akurat
panu nie powiem. Na wypadek,
gdyby czytał to jakiś inspektor
pracy.
Marek Łuszczyna: "Tytan ciężkiej roboty",
mówią o Panu niektórzy.
Roman Młodkowski: Po prostu człowiek,
który wychodzi z założenia, że aby
zrobić w życiu coś sensownego, trzeba
wysilić się bardziej, niż przewiduje kodeks
pracy
M.Ł.: Pracoholik, dodają inni.
R.M.: Bez przesady. Potrafię się wyłączać
z życia pracą. Aż czasem się zastanawiam,
czy nie będzie mi trudno wrócić do codziennej
rutyny.
M.Ł.: A jak się Pan wyłącza? W teatrze?
R.M.: Rzadko chodzę do teatru, nachodziłem
się podczas studiów teatrologicznych,
z czym zapewne wiąże się pana pytanie.
Zepsuli mi tam przyjemność obcowania
ze spektaklem całą tą naukową
otoczką, która odbiera radość naiwnego
oglądania. Poza tym kiedyś byłem na
Broadwayu i na własne oczy zobaczyłem,
że pod względem technicznym żaden
dramat wystawiany w Polsce nie może się
równać z tym, co można zobaczyć w Nowym
Jorku.
M.Ł.: Potrafią zmienić na scenie porę
roku w 12 sekund, jak powiedział kiedyś
Norman Miller.
R.M.: Potrafią zmienić dekoracje w tak
absolutnych ciemnościach, że człowiek
zastanawia się, jak to w ogóle fizycznie
jest możliwe. W polskich teatrach, owszem,
jest wtedy ciemno, ale coś tam widać,
poruszają się kontury, przemykają
cienie, słychać pracowity szmer. A na
Broadwayu panują egipskie ciemności
i głucha cisza. Chciałbym kiedyś zobaczyć,
jak im się to udaje...
M.Ł.: Może byłoby w miarę łatwo,
gdyby nie zrezygnował Pan z teatrologii.
R.M.: Miałem w życiu to szczęście, że
mogłem realizować się w określonych
dziedzinach nie dłużej, niż mnie one bawiły.
M.Ł.: Lubi Pan siebie oglądać?
R.M.: Nie znoszę.
M.Ł.: Skromnie. A zdaniem wielu jest
Pan bardzo dobrym dziennikarzem.
R.M.: (kłania się)
M.Ł.: Bo co to znaczy nim być?
R.M.: Rozumieć, że dziennikarstwo jest
nie tyle zjawiskiem polegającym na relacji
z rozmówcą, z którym się stykam
w studio, ale przede wszystkim z widzem,
wobec którego mam określone zadanie
do spełnienia. To służba, którą muszę
wykonać. W dobrym dziennikarstwie
nie chodzi o to, by przegadać, pokonać
zaproszonego gościa, bo byłaby to bardzo
nierówna walka. Nawet jeśli dziennikarzowi
brakuje merytorycznych argumentów,
zawsze ma w zanadrzu określoną
technikę, która pozwala na wytrącenie
interlokutorowi broni z ręki. Powinno
być dokładnie odwrotnie. Dziennikarz
jest mało istotny, ważne jest to, co ma
do powiedzenia jego gość, dzięki czemu
widz może się czegoś dowiedzieć. Dziennikarz
ma za zadanie umiejętnie wydobyć
wiedzę ze swojego rozmówcy, być jej
katalizatorem.
M.Ł.: To dlaczego, kiedy robił Pan program
"Firma", namawiając do przedsiębiorczości,
nie ostrzegał Pan widzów
przed nadmiernym fiskalizmem, przesadą
i drobiazgowością urzędów?
R.M.: Ej tam, przyjechał niedawno do
Polski noblista w dziedzinie ekonomii,
prof. Edward Prescott, i z takich naszych
narzekań się naśmiewał, mówiąc, że jego
zeznanie podatkowe liczy 90 stron i on
nie jest w stanie go sporządzić bez zawodowego
księgowego. Przypominam, że
w USA prawo podatkowe jest trudniejsze
niż w Polsce, bo opiera się na casusach.
Pewnie, że mogłoby być łatwiej,
a firmę można by założyć i prowadzić ot
tak (strzela palcami). Przedsiębiorczy ludzie,
którzy prowadzą własne firmy, potrafią
robić rzeczy, które wiążą się z tytanicznym
wysiłkiem. W ubiegłym roku
na przykład sprowadzono do Polski kilka
tysięcy aut z USA. Przeanalizujmy. Żeby
taki interes funkcjonował, trzeba umieć
każdorazowo znaleźć samochód w Stanach,
zapłacić tam za niego, zapakować
do kontenera, przetransportować statkiem,
wyjąć auto z kontenera, odprawić,
zapłacić akcyzę, cło, zrobić homologację,
wprowadzić na rynek. I ludzie to robią,
są na tyle utalentowani i zaradni. Jeśli zatem
komuś sprawia trudność zapłacenie
podatku czy wyrobienie sobie numeru
regon, nie powinien zakładać firmy.
M.Ł.: A kiedy taka firma, handlująca
amerykańskimi samochodami, zaczyna
przynosić wymierne zyski, od razu
trzeba ich część przeznaczyć na doradców
podatkowych. Żeby się fiskus nie
przyczepił.
R.M.: No i co?
M.Ł.: Nigdy nie przeszkadzają niejasne
przepisy, do których interpretacji potrzebny
jest zastęp prawników?
R.M.: Bywa tak, gdy dochodzi do szczegółowych
rozwiązań w określonych, konkretnych
problemach. Zdarza się wtedy,
że ustawodawca nie miał za bardzo pojęcia
o tym, co uchwalał, więc skutek jest
taki, że urzędnicy nie wiedzą, jak dany
przepis interpretować i wtedy otwiera
się pole do sporu. Jednak polskie prawo
podatkowe w podstawowym kanonie
jest proste. Można wskazywać sytuacje,
w których państwo jest ustawione tyłem
do obywatela, stara się nim posłużyć.
Z drugiej strony jednak można odnieść
wrażenie, że istnieją przedsiębiorcy, którzy
bardzo by chcieli nie musieć przykładać
się do zeznań podatkowych.
M.Ł.: A mówiąc o problemach z interpretacją
szczegółowych rozwiązań
w określonych sytuacjach, można by
wymienić przykład Romana Kluski?
R.M.: Nie. Mówiąc o Romanie Klusce,
trzeba by wymienić przykład próby wymuszenia
rozbójniczego.
M.Ł.: Której dokonało państwo.
R.M.: Której dokonał ktoś posługujący
się aparatem państwowym. Na razie
wiemy o tej sprawie na przykład to, że
kiedy Kluska nie uległ szantażowi, jego
samochody, już po aresztowaniu, przejęła
armia na potrzeby obronności kraju.
Jak po 1 września 1939. Nieźle, prawda?
Mam nadzieję, że kiedyś ta sprawa zostanie
do końca wyjaśniona.
M.Ł.: W naszym kraju podatek powinien
być liniowy czy progresywny?
R.M.: Mam mieszane uczucia, kiedy muszę
się na ten temat wypowiadać. Jestem
dziennikarzem, a dziennikarstwo nie powinno
być sposobem sprawowania polityki.
Powinno ją rzetelnie relacjonować.
A ten spór w 100 proc. ma podłoże polityczne.
Jedni powiedzą: to niesprawiedliwe,
że ci, którym udało się dojść do dużych
pieniędzy, muszą być za to karani
wyższym podatkiem. Drudzy odeprą:
tym, którzy są w trzeciej grupie, i tak zostaje
bardzo wiele po opodatkowaniu.
M.Ł.: A Pan jak powie?
R.M.: Że w progresywnym jedni oddają
więcej, inni mniej, a bogaci bardzo wiele.
Ale w liniowym bogaci oddają również
więcej niż mniej zamożni, lecz wszyscy
obywatele są rozliczani w takich samych
proporcjach do zarobków. Chociaż, co
ciekawe, np. w Szwecji, choć podatki
dla najbogatszych sięgają 50 proc., jest
to jedna z bardziej konkurencyjnych gospodarek
świata. Byłbym więc ostrożny
w forowaniu sądu, że zmiana systemu
podatkowego jest warunkiem rozwoju
ekonomicznego państwa. Tak czy inaczej
w naszym demokratycznym kraju ten
problem powinien być rozwiązany przy
urnach wyborczych.
M.Ł.: Jesienią ubiegłego roku został.
Ludzie zagłosowali za podatkiem liniowym.
R.M.: I się rozczarowali.
M.Ł.: Pan też?
R.M.: Przed wyborami byłem na 90
proc. pewien, że - bez względu na ich
wynik - wszystko zostanie bez zmian
w zakresie systemu podatkowego. Nie spodziewałem
się niczego nadzwyczajnego
po nowych politykach, bo generalnie,
bez względu na klubowe barwy ekip rządzących,
jestem wobec nich sceptykiem
i sceptycznie spoglądam na ciągłość bezradności
ekonomicznej, która jest udziałem
każdej kolejnej władzy. Od lat nie
zajmuję się gospodarką i do polityki nabrałem
ogromnego dystansu. Być może
dlatego mój sceptycyzm jest nieco większy
od prezentowanego przez gros dziennikarzy.
M.Ł.: Zanim włączyłem dyktafon, powiedział
Pan, że lubi mocne historie,
silne postacie, jaskrawe konflikty.
R.M.: W tamtym momencie miałem
na myśli teatr, proszę pana! Uwielbiam
sztukę "Fortynbras się upił" Janusza Głowackiego,
jednym z moich ulubionych
dramatopisarzy jest Szekspir, nabierający
odpowiedniej mięsistości w tłumaczeniu
Stanisława Barańczaka. Lubię renesansowych
pisarzy hiszpańskich, i pamiętam,
że kiedyś podobała mi się też rzymska
komedia.
M.Ł.: Niezły rozrzut.
R.M.: Spięty tymi cechami, o których
powiedziałem, zanim pan włączył dyktafon.
Ale to prawda, lubię pełne dramatyzmu,
mocne historie.