W lipcu tego roku na
GPW zadebiutowało
11 certyfikatów strukturyzowanych,
wyemitowanych
przez Raiffeisen Cenrobank.
Tym samym liczba wszystkich produktów
strukturyzowanych notowanych
w Warszawie wzrosła do 38. U naszych
zachodnich sąsiadów jest ich ponad 300
tysięcy.
To właśnie struktury giełdowe będą głównymi
bohaterami naszego dzisiejszego
przeglądu. Z pewnością warto przyjrzeć
się zarówno tym nowym, jak i już wcześniej
dostępnym papierom. Ale zanim to
zrobimy, pozwolę sobie na krótki wstęp
teoretyczny (podobno nie ma nic bardziej
praktycznego, niż dobrze opanowana
teoria) i uporządkowanie polskiego
"strukturyzowanego świata", bo niejeden
(nawet nie najgorzej zorientowany) inwestor,
czytając finansową prasę czy oglądając
biznesowe kanały, może poczuć się
w nim nieco zagubiony.
Choćby dlatego, że pod pojęciem "produkt
strukturyzowany" może kryć się
kilka różnych sposobów inwestowania
pieniędzy: lokaty strukturyzowane w formie
polis ubezpieczeniowych, strukturyzowane
fundusze inwestycyjne oraz certyfikaty
i obligacje strukturyzowane notowane
na giełdzie. Wszystkie łączy jedna
cecha - ich wartość uzależniona jest od
wartości jakiegoś wskaźnika rynkowego,
np. indeksu giełdowego, koszyka akcji
czy kursu walut.
Polski rynek struktur zdominowany został
przez inwestycje w formie polis ubezpieczeniowych.
Powód jest prosty - zysk
inwestora jest w tym przypadku zwolniony
z podatku Belki. Podobną korzyść
oferują niektóre zamknięte fundusze
inwestycyjne, ale ze względu na wyższe
koszty takiego "pakowania" struktur,
emitenci znacznie częściej decydują
się na tę pierwszą formę. Takiej korzyści
podatkowej nie dają struktury giełdowe.
Gdyby nie to, z pewnością byłyby one
dużo bardziej popularną platformą obrotu
tymi papierami.
Giełdowe obligacje strukturyzowane
mają z reguły określony termin wykupu
oraz gwarancję kapitału w tym terminie.
Oznacza to, że nabywca takiej obligacji
nie "sprzeda" jej na koniec inwestycji poniżej
ceny emisyjnej, czyli ceny, po której
nabył ją na początku, tym samym ma
gwarancję, że nic na tym interesie nie
straci (oczywiście w ujęciu nominalnym
- nie zapominajmy, że 100 zł za trzy lata
to nie to samo 100 zł, co dzisiaj). Takiej
gwarancji oczywiście nie ma, kiedy zakupu
dokonamy na rynku wtórnym po
cenie wyższej niż emisyjna. Pamiętajmy
również o tym, że obligacje strukturyzowane
odbiegają od tego, co Polakom
najczęściej kojarzy się z obligacjami. Nie
wiążą się bowiem z nimi żadne regularne
płatności (czyli tzw. kupony), a kwota,
którą otrzymujemy w terminie wykupu,
nie jest z góry znana. Obecnie na naszej
giełdzie jest dostępnych sześć obligacji
strukturyzowanych, o różnym stopniu
złożoności. Do stosunkowo prostych należą
Obligacja WIG20 Deutsche Banku,
której stopa zwrotu będzie uzależniona
od kształtowania się WIG-u 20, czy "Tygrys
Gospodarczy" Banku Barclays PLC,
odzwierciedlająca wynik ośmiu spółek
indyjskich.
Świat giełdowych certyfikatów jest znacznie
bardziej rozległy. W przeciwieństwie
do obligacji, nie mają one wyznaczonego
terminu wykupu ani gwarancji kapitału
w żadnym momencie. Ich bieżąca wartość
jest najczęściej bezpośrednim odzwierciedleniem
instrumentu bazowego,
z którym są powiązane. Często dają możliwość
inwestowania w aktywa, które są
trudno osiągalne w inny sposób. Przykładem
mogą być chociażby certyfikaty na
ropę, cukier czy inne surowce. Wprawdzie
można inwestować w surowce chociażby
poprzez kontrakty terminowe, ale
stopień zaawansowania takiej zabawy
często zdecydowanie wykracza poza to,
co jest w stanie zaakceptować przeciętny
inwestor. Certyfikaty są również przyjaźniejsze
pod względem formalności - do
ich zakupu i sprzedaży wystarczy zwykły
rachunek maklerski - ten sam, którego
używamy do handlu akcjami (w przypadku
inwestycji w kontrakty wymagane
jest otwarcie osobnego rachunku).
Przegląd zaczniemy do certyfikatów emitowanych
przez UniCredit. Każdy z nich
daje możliwość zarabiania (lub tracenia,
naturalnie) na zmianach indeksów giełdowych
w Rosji, Ukrainie, Kazachstanie,
Rumunii, Bułgarii i Serbii i wreszcie Polsce
(WIG20). Można zatem powiedzieć,
że kupując taki certyfikat kupujemy cały
wybrany indeks. Tym samym mogą być
one ciekawym "geograficznym" urozmaiceniem
naszego portfela inwestycyjnego.
Certyfikaty związane z indeksami giełdowymi
oferuje również Raiffeisen Centrobank.
Do wyboru mamy zarówno
powszechnie znane indeksy Nasdaq,
Nikkei, DAX czy EuroSTOXX50, jak
i indeksy regionalne, obejmujące kraje
Europy Środkowo-Wschodniej.
Wśród certyfikatów Raiffeisena znajdziemy
również wspomniane już wyżej
papiery surowcowe. Do ciekawszych należą
"Short Brent Crude Oil", którego
wartość rośnie wraz ze spadkiem cen
ropy (w ciągu miesiąca od debiutu na
GPW jego cena wzrosła o 25%) oraz tzw.
certyfikat bonusowy, również powiązany
z kursem ropy naftowej. Jest to jedyny
certyfikat z określonym terminem wykupu
(13 grudnia 2010). W tym przypadku
kluczowe są dwie wartości - tzw.
poziom bonusu (124,5% ceny ropy
z dnia emisji certyfikatu, czyli 111,8
dolarów) oraz poziom bariery (60% tej
ceny, czyli 53,88 dolarów). Jeżeli w dniu
wykupu cena ropy będzie poniżej poziomu
bonusu i przez cały czas trwania
certyfikatu nie spadnie poniżej bariery,
cena wykupu certyfikatu będzie wyższa
o 24,5% w stosunku do ceny z dnia emisji.
Natomiast jeśli cena ropy przebije
w którymkolwiek momencie barierę,
wartość certyfikatu na koniec inwestycji
będzie wprost proporcjonalna do ceny
ropy.
Na zakończenie chciałbym zwrócić
uwagę na kluczową kwestię w inwestowaniu
w struktury, zarówno te giełdowe,
jak i pozagiełdowe, mianowicie formułę
obliczania zysku czy po prostu wartości
takiej inwestycji. Sformułowanie typu
"certyfikat naśladuje zmiany indeksu
xyz" nie musi wcale oznaczać, że jeśli rzeczony
indeks wzrośnie o 50%, to o tyle
samo wzrośnie wartość certyfikatu i tyle
też zarobi jego posiadacz. Wystarczy, że
tzw. wskaźnik udziału wynosi np. 50%,
a wzrost wartości indeksu wyniesie tylko
25% (50%, czyli połowa z pięćdziesięcioprocentowego
wzrostu indeksu). Jeśli
do tego dodamy ryzyko kursowe, którym
taki certyfikat może być obarczony,
może się okazać, że nie zarobimy nic
(w tym samym czasie kurs dolara wobec
złotego spadał). Ten przykład pokazuje, jak
bardzo ważne jest dokładne wczytanie się
w prospekt emisyjny interesującego nas
papieru. Jeśli tego nie zrobimy, potem
możemy mieć pretensje tylko do siebie.