ESSENCE
Magazyn ludzi sukcesu esencja
dobrego
smaku

Co w świecie giełdowych struktur piszczy.

We wstępie do mojego poprzedniego artykułu w ESSENCE wspomniałem o dysproporcji między polskim a zachodnim rynkiem finansowym. Teraz mógłbym napisać to samo - tyle że w odniesieniu do jego pewnego segmentu. Mianowicie segmentu produktów strukturyzowanych

Tekst Michał Ziętal, Wealth Solutions

Co w świecie giełdowych struktur piszczy.

W lipcu tego roku na GPW zadebiutowało 11 certyfikatów strukturyzowanych, wyemitowanych przez Raiffeisen Cenrobank. Tym samym liczba wszystkich produktów strukturyzowanych notowanych w Warszawie wzrosła do 38. U naszych zachodnich sąsiadów jest ich ponad 300 tysięcy.

To właśnie struktury giełdowe będą głównymi bohaterami naszego dzisiejszego przeglądu. Z pewnością warto przyjrzeć się zarówno tym nowym, jak i już wcześniej dostępnym papierom. Ale zanim to zrobimy, pozwolę sobie na krótki wstęp teoretyczny (podobno nie ma nic bardziej praktycznego, niż dobrze opanowana teoria) i uporządkowanie polskiego "strukturyzowanego świata", bo niejeden (nawet nie najgorzej zorientowany) inwestor, czytając finansową prasę czy oglądając biznesowe kanały, może poczuć się w nim nieco zagubiony.

Choćby dlatego, że pod pojęciem "produkt strukturyzowany" może kryć się kilka różnych sposobów inwestowania pieniędzy: lokaty strukturyzowane w formie polis ubezpieczeniowych, strukturyzowane fundusze inwestycyjne oraz certyfikaty i obligacje strukturyzowane notowane na giełdzie. Wszystkie łączy jedna cecha - ich wartość uzależniona jest od wartości jakiegoś wskaźnika rynkowego, np. indeksu giełdowego, koszyka akcji czy kursu walut.

Polski rynek struktur zdominowany został przez inwestycje w formie polis ubezpieczeniowych. Powód jest prosty - zysk inwestora jest w tym przypadku zwolniony z podatku Belki. Podobną korzyść oferują niektóre zamknięte fundusze inwestycyjne, ale ze względu na wyższe koszty takiego "pakowania" struktur, emitenci znacznie częściej decydują się na tę pierwszą formę. Takiej korzyści podatkowej nie dają struktury giełdowe.

Gdyby nie to, z pewnością byłyby one dużo bardziej popularną platformą obrotu tymi papierami. Giełdowe obligacje strukturyzowane mają z reguły określony termin wykupu oraz gwarancję kapitału w tym terminie. Oznacza to, że nabywca takiej obligacji nie "sprzeda" jej na koniec inwestycji poniżej ceny emisyjnej, czyli ceny, po której nabył ją na początku, tym samym ma gwarancję, że nic na tym interesie nie straci (oczywiście w ujęciu nominalnym - nie zapominajmy, że 100 zł za trzy lata to nie to samo 100 zł, co dzisiaj). Takiej gwarancji oczywiście nie ma, kiedy zakupu dokonamy na rynku wtórnym po cenie wyższej niż emisyjna. Pamiętajmy również o tym, że obligacje strukturyzowane odbiegają od tego, co Polakom najczęściej kojarzy się z obligacjami. Nie wiążą się bowiem z nimi żadne regularne płatności (czyli tzw. kupony), a kwota, którą otrzymujemy w terminie wykupu, nie jest z góry znana. Obecnie na naszej giełdzie jest dostępnych sześć obligacji strukturyzowanych, o różnym stopniu złożoności. Do stosunkowo prostych należą Obligacja WIG20 Deutsche Banku, której stopa zwrotu będzie uzależniona od kształtowania się WIG-u 20, czy "Tygrys Gospodarczy" Banku Barclays PLC, odzwierciedlająca wynik ośmiu spółek indyjskich.

Świat giełdowych certyfikatów jest znacznie bardziej rozległy. W przeciwieństwie do obligacji, nie mają one wyznaczonego terminu wykupu ani gwarancji kapitału w żadnym momencie. Ich bieżąca wartość jest najczęściej bezpośrednim odzwierciedleniem instrumentu bazowego, z którym są powiązane. Często dają możliwość inwestowania w aktywa, które są trudno osiągalne w inny sposób. Przykładem mogą być chociażby certyfikaty na ropę, cukier czy inne surowce. Wprawdzie można inwestować w surowce chociażby poprzez kontrakty terminowe, ale stopień zaawansowania takiej zabawy często zdecydowanie wykracza poza to, co jest w stanie zaakceptować przeciętny inwestor. Certyfikaty są również przyjaźniejsze pod względem formalności - do ich zakupu i sprzedaży wystarczy zwykły rachunek maklerski - ten sam, którego używamy do handlu akcjami (w przypadku inwestycji w kontrakty wymagane jest otwarcie osobnego rachunku).

Przegląd zaczniemy do certyfikatów emitowanych przez UniCredit. Każdy z nich daje możliwość zarabiania (lub tracenia, naturalnie) na zmianach indeksów giełdowych w Rosji, Ukrainie, Kazachstanie, Rumunii, Bułgarii i Serbii i wreszcie Polsce (WIG20). Można zatem powiedzieć, że kupując taki certyfikat kupujemy cały wybrany indeks. Tym samym mogą być one ciekawym "geograficznym" urozmaiceniem naszego portfela inwestycyjnego.

Certyfikaty związane z indeksami giełdowymi oferuje również Raiffeisen Centrobank. Do wyboru mamy zarówno powszechnie znane indeksy Nasdaq, Nikkei, DAX czy EuroSTOXX50, jak i indeksy regionalne, obejmujące kraje Europy Środkowo-Wschodniej.

Wśród certyfikatów Raiffeisena znajdziemy również wspomniane już wyżej papiery surowcowe. Do ciekawszych należą "Short Brent Crude Oil", którego wartość rośnie wraz ze spadkiem cen ropy (w ciągu miesiąca od debiutu na GPW jego cena wzrosła o 25%) oraz tzw. certyfikat bonusowy, również powiązany z kursem ropy naftowej. Jest to jedyny certyfikat z określonym terminem wykupu (13 grudnia 2010). W tym przypadku kluczowe są dwie wartości - tzw. poziom bonusu (124,5% ceny ropy z dnia emisji certyfikatu, czyli 111,8 dolarów) oraz poziom bariery (60% tej ceny, czyli 53,88 dolarów). Jeżeli w dniu wykupu cena ropy będzie poniżej poziomu bonusu i przez cały czas trwania certyfikatu nie spadnie poniżej bariery, cena wykupu certyfikatu będzie wyższa o 24,5% w stosunku do ceny z dnia emisji.

Natomiast jeśli cena ropy przebije w którymkolwiek momencie barierę, wartość certyfikatu na koniec inwestycji będzie wprost proporcjonalna do ceny ropy.

Na zakończenie chciałbym zwrócić uwagę na kluczową kwestię w inwestowaniu w struktury, zarówno te giełdowe, jak i pozagiełdowe, mianowicie formułę obliczania zysku czy po prostu wartości takiej inwestycji. Sformułowanie typu "certyfikat naśladuje zmiany indeksu xyz" nie musi wcale oznaczać, że jeśli rzeczony indeks wzrośnie o 50%, to o tyle samo wzrośnie wartość certyfikatu i tyle też zarobi jego posiadacz. Wystarczy, że tzw. wskaźnik udziału wynosi np. 50%, a wzrost wartości indeksu wyniesie tylko 25% (50%, czyli połowa z pięćdziesięcioprocentowego wzrostu indeksu). Jeśli do tego dodamy ryzyko kursowe, którym taki certyfikat może być obarczony, może się okazać, że nie zarobimy nic (w tym samym czasie kurs dolara wobec złotego spadał). Ten przykład pokazuje, jak bardzo ważne jest dokładne wczytanie się w prospekt emisyjny interesującego nas papieru. Jeśli tego nie zrobimy, potem możemy mieć pretensje tylko do siebie.


ESSENCE 2011
 
Biografie gwiazd - Bizneswoman - Czasopismo przedsiębiorców - Ekskluzywne czasopismo - Ludzie biznesu - Ludzie sukcesu - Magazyn biznesmenów - Polskie gwiazdy