ESSENCE
Magazyn ludzi sukcesu esencja
dobrego
smaku

Muzyka gra cały czas

Muzyka śni mi się cały czas, można powiedzieć, że gra we mnie - zwierza się muzyk, jazzman i kompozytor Michał Urbaniak

Rozmawiała Justyna Kopińska fot. Judyta Papp www.judytapapp.com

Michal Urbaniak

Skrzypce to żona, a saksofon kochanka"...

Michał Urbaniak: Uczyłem się klasycznej gry na skrzypcach, ale w pewnym momencie życia zakochałem się w jazzie i w saksofonie. Saksofon był instrumentem, na którym mogłem najszybciej nauczyć się jazzu. Nie wyobrażałem sobie grania ukochanej muzyki na skrzypcach, chciałem pogodzić muzykę klasyczną i jazz na saksofonie. Niestety z upływem lat zacząłem podupadać na zdrowiu i postanowiłem, że na wszelki wypadek odkurzę skrzypce i znów zacznę ich używać. Całe życie próbowałem nagiąć skrzypce do saksofonu, myślę, że bardzo się do tego zbliżyłem.

Justyna Kopińska: Skąd pochodzi inspiracja do tworzenia jazzu?

Michał Urbaniak: Z życia, z przeszłości. Cała ostatnia płyta jest podsumowaniem. Chciałbym w ten sposób zakończyć pewien etap, żeby uwolnić się od własnej przeszłości. Chcę nadać inne brzmienie muzyce. Ale nie powiem, że zrobię coś nowego, boję się tego słowa.

J.K.: Dlaczego się Pan boi?

M.U.: Nie chcę po raz któryś z kolei zobowiązywać się do kreowania czegoś nowego. Tego nie można wymyślić, to musi wydarzyć się wewnątrz.

J.K.: Wziął Pan udział w sesji do albumu Judyty Papp z pytaniami Leszka Kołakowskiego "Sen". Czy sny także mogą inspirować?

M.U.: Nawet bardzo. Muzyka śni mi się cały czas, można powiedzieć, że gra we mnie. Niedawno oglądałem mecz siatkarek i zasnąłem. Kiedy się obudziłem, w mojej głowie był Mazurek Dąbrowskiego, a mecz dawno się skończył.

J.K.: Czy myśli Pan, że marzenia z dzieciństwa kreują nasze przyszłe życie?

M.U.: Jestem pewien, że prawdziwe marzenia kreują prawdziwego człowieka.

J.K.: O czym Pan marzył, grając jako chłopiec w klubie "Siódemki" w Łodzi?

M.U.: Żeby mieszkać na Manhattanie i być obywatelem świata. Kiedy grałem muzykę klasyczną, robiłem to z dużą powagą i szacunkiem, ale gdy po raz pierwszy usłyszałem jazz, wiedziałem, że to jest to. Konsekwentnie dążyłem do tego, żeby grać i mieszkać w Nowym Jorku, sprawdzić się jako muzyk.

J.K.: Po raz pierwszy był Pan w Stanach z zespołem "The Wreckers" Andrzeja Trzaskowskiego. Co Pan wtedy czuł?

M.U.: Szczypałem się, sprawdzałem czy to prawda. Dla takiego młodego człowieka to było niesamowite przeżycie. To potwierdzenie, że warto, że trzeba i że można.

J.K.: Co, oprócz muzyki, ceni Pan w kulturze amerykańskiej?

M.U.: Jestem bardzo zamerykanizowany. Uważam, że Europa ma za dużo bagażu. Ludzie w Ameryce się specjalizują, edukacja jest bardziej ukierunkowana. Jazz w Europie jest niezwykle intelektualny. W prawdziwym jazzie nie ma tego przemyślenia - albo się dzieje, albo nie. Jazz jest jak seks, nie można się go nauczyć z instrukcji. To sztuka bazująca na uczuciach, emocjach i doznaniach.

J.K.: Zaczął Pan grać jako młody chłopak i utrzymywał się z muzyki. Kiedy jazzman ma problemy z opłaceniem rachunków?

M.U.: Ja nie miałem problemów z utrzymaniem. Oczywiście były wzloty i upadki. Muszę jednak podziękować szczęściu. Jako człowiek pochodzący z Polski popełniłem wiele polskich błędów, a jednak zawsze potrafiłem odnaleźć się w nowej sytuacji. Pamiętam kryzys w Nowym Jorku - nie było prądu i telefonu. Nie miałem wtedy dużo pieniędzy. Zadzwoniłem do Skandynawii i okazało się, że wygrałem w totolotka. Pięć z plusem. Zapłaciłem rachunki, pojechałem do Szwecji i spędziłem tam wakacje. Niektórzy ludzie po prostu mają szczęście.

J.K.: Jazz to także styl życia, można go opisać?

M.U.: Tzw. "normalny" człowiek podporządkowuje się i wykonuje to, czego się od niego oczekuje. W końcu osiąga sukces życiowy. Jest poważany, buduje swoje życie w oparciu o takie wartości jak rodzina, dzieci, dom, pieniądze. Ale kiedy przychodzą chwile, w których musi odpocząć, idzie na emeryturę, czuje się zagubiony, nie wie, kim jest i co ze sobą zrobić. Jazzman czuje sie wolny, jest to wolność totalna, która daje cudowne przeżycia i doświadczenia, ale często kończy się w ślepym zaułku. I wtedy człowiek spotyka sie z samym sobą. Powstaje pętla, trzeba spojrzeć w siebie. Wszyscy mamy słabości, bardzo często w tej wolności jest frywolność (np. sprawa Polańskiego), takie rzeczy się po prostu dzieją. Po pewnym czasie wszystko wydaje się łudząco normalne. Wtedy przychodzi ten moment, kiedy jako człowiek wolny dokonuje prawdziwego wyboru i odpowiada sobie na pytania, czego naprawdę chce, dokąd idzie, jak i którędy zmierza.

J.K.: Czyli artysta, muzyk, reżyser potrzebuje też innych wartości, żeby w swoich zachowaniach się nie zagubić.

M.U.: Dokładnie tak, wolność łapie w pułapkę bałaganu. Pod wpływem wolności człowiek czuje się genialnie, ale nie zawsze jest bezpieczny. Każde działanie powoduje przyzwyczajenie, przyzwyczajenie powoduje przesadę, a przesada, po pewnym czasie, okazuje się normalna. Przestajemy się zastanawiać nad zachowaniem, po prostu idziemy dalej. Teraz obserwujemy, co się dzieje z Polańskim. Chciałem powiedzieć coś, co może będzie kontrowersyjne. To jest wypowiedź z punktu widzenia wolności. Poznałem kiedyś 13-latkę, w której się zakochałem, miałem wtedy 17 lat. Jestem pewny, że nie można nazywać Polańskiego pedofilem. Środowisko muzyków i filmowców zawsze było bardzo blisko, braliśmy udział w wielu imprezach i zbyt dużo rzeczy widziałem, by móc uwierzyć w winę Polańskiego. Mama i jej córka chciały, żeby dziewczyna dostała rolę, zrobiła karierę. Ludzie oceniający tę sprawę powinni wykazać się rozsądkiem.

J.K.: Ale to była jeszcze dziewczynka, miała 13 lat.

M.U.: To tylko cyfry. Człowiek, który ma ponad 60 lat, często czuje się na 19. Czy jest staruszkiem? Na imprezie w świecie artystów ludzie piją, zażywają narkotyki i nikt nie sprawdza, czy mają 18 lat. Jeśli uprawiają seks, to mija to bez echa. Sprawa Polańskiego jest pokazowa. To jest znany człowiek, który zrobił coś, co robią miliony ludzi. To nie wyczyn, ale też nie pedofilia, jego zachowanie wynikło z sytuacji. Znam człowieka i w jego przypadku nie wierzę w słowo "gwałt".

J.K.: Pan zakochując się w nastolatce miał 17 lat, Polański ponad 40, czy jednak osoby dorosłe nie powinny być odpowiedzialne i zadbać o dzieci, nie wykorzystywać ich niedojrzałości?

M.U.: Tu się zgadzam, ale jestem pewny, że on jej nie namawiał i że nie był pierwszym, z którym spała.

J.K.: Z tego, co Pan powiedział o wolności wynika, że Pan nie ocenia tego zachowania jako dobrego - może w tym przypadku zachowanie związane z poczuciem wolności wymknęło się z pod kontroli.

M.U.: Chyba tak. Nie wiem jak to powiedzieć, sam nie jestem "normalny", ale wyobrażam sobie tę sytuację bardziej niewinnie, a na pewno nie tak tragicznie jak się ją nieraz opisuje. Polański po prostu przesadził i wpadł na minę.

J.K.: Jakie wartości są najważniejsze w życiu jazzmana?

M.U.: Serce, dusza i granie, również słuchanie. Jednak nie należy słuchać własnych nagrań. Człowiek jest w stosunku do siebie bardzo krytyczny, wiele oczekuje, często zbyt wiele.

J.K.: Czy są chwile, w których czuje Pan, że żyje całym sobą, może powiedzieć, że jest szczęśliwy?

M.U.: Jestem pracoholikiem, tańcoholikiem, właściwie wszystko, co dołożymy z przodu słowa -holik będzie pasowało. Czuję się szczęśliwy, kiedy zmęczę się spełnianiem siebie, czyli wykonywaniem tych zadań, które kiedyś sobie wymarzyłem.

J.K.: Podkreśla Pan, że kocha Nowy Jork z wzajemnością, jakie są Pana pozostałe miłości?

M.U.: Muzyka, każdego rodzaju. Hip-hop, reggae, salsa, rock and roll, wszystko, co swinguje, ma pewien rodzaj rytmu i feelingu, który towarzyszy muzyce jazzowej.

J.K.: A kobiety?

M.U.: To jest piękny rozdział z życia mężczyzny. Moim ideałem są kobiety, które potrafią być partnerem, kumplem, ale też kochanką i matką. Jednak rodzina to jest bardzo trudne słowo dla jazzmana, który ze względu na swój zawód większą część życia spędza poza domem. Ostatnio poprosiłem moją córkę Mikę, żeby do mnie wpadła, to coś nagramy. Odpowiedziała, że nie ma czasu, ale żebym wysłał jej wszystko skypem, a ona się zastanowi. Usłyszała, nagrała, odesłała skypem i tyle się widzieliśmy.

J.K.: Jazz decyduje o Pana życiu?

M.U.: Myślę, że tak, na początku to było wielkie tabu, zostałem wciągnięty bez opamiętania, po prostu wpadłem. Jako młody chłopak bardzo dużo czułem. Nie marzyłem o Nowym Jorku i Manhattanie, żeby tam mieszkać i żyć - bo nie wiedziałem, jak tam jest - ale żeby się sprawdzić i skonfrontować. Dowiedzieć się jak najwięcej o muzyce ze źródła, a nie z przekazu, nagrań i opowieści. Jazzu najlepiej słucha się na żywo, bo słuchacze grają, płyta jest tylko dokumentem.

J.K.: Odbiór muzyki działa na jej tworzenie.

M.U.: Podczas koncertu wytwarza się bardzo specyficzny rodzaj atmosfery, który wpływa na muzykę, widownia w pewien sposób także gra. Jestem dumny z tego, że w każdym miejscu na kuli ziemskiej ktoś do mnie podskoczy i powie: "Nie lubię jazzu, ale lubię to, co robisz". To jest największy i najprawdziwszy komplement. Ostatnio pani sprzedająca kwiaty na Chmielnej rzuciła mi się na szyję mówiąc: "Nie lubię jazzu, ale lubię to, co robisz". Zawsze byłem wierny miłości do jazzu. Mam dobre kryteria: serce i duszę. Serce do wielu rzeczy się zmieniło, ale nie do muzyki, muzyka gra cały czas.


ESSENCE 2011
 
Biografie gwiazd - Bizneswoman - Czasopismo przedsiębiorców - Ekskluzywne czasopismo - Ludzie biznesu - Ludzie sukcesu - Magazyn biznesmenów - Polskie gwiazdy