W życiu wszystko ma
swoją cenę, musisz
tylko rozważyć, czy
chcesz ją zapłacić. Dla
mnie cena nigdy nie jest za wysoka,
gdyż wiem, że kto się boi dużej stawki
- umiera: fizycznie wciąż żyje, lecz traci
duszę"- pisze Pan w książce "Syberia.
Wyprawa na biegun zimna." - Co to
znaczy, stracić duszę?
Jacek Pałkiewicz: Dla mnie mocne,
pełne emocji przeżycia są główną wartością
nadającą sens egzystencji. Widziałem
dużo w moim życiu i właściwie nic nie
powinno mnie już wzruszyć i zadziwić.
Ale nie mogę na to pozwolić, bo jeśli zabraknie
ciekawości i pasji, trudno będzie
myśleć o podziwianiu świata.
Justyna Kopińska: Czy Pana dzieciństwo
wpłynęło na marzenia i życiowe plany?
Jacek Pałkiewicz: Wychowałem się
w małym miasteczku na Mazurach, gdzie
nie było dużo atrakcji. Nie miałem żadnego
bodźca, który mógłby mnie zmotywować
- za wyjątkiem literatury podróżniczej.
Książki Jacka Londona, Roberta
L. Stevensona i całej plejady pisarzy
podróżniczych to pierwsze spotkanie z
nieznanym światem i przede wszystkim
z przygodą. Pamiętam, że od ojca chrzestnego
dostałem na urodziny globus, nauczyłem
się go na pamięć. To wciągało
mnie coraz bardziej.
J.K.: O jakich wyprawach Pan wówczas
marzył?
J.P.: Najczęściej myślałem o krajach
zupełnie mi nieznanych, ich nazwy
brzmiały tajemniczo i przyciągająco:
Timbuktu, Wyspy Komandorskie, Cieśnina
Boeringa, Indochiny. Kiedy już zacząłem
podróżować, wiedziałem, że chcę
odwiedzić te miejsca.
J.K.: Kiedy zaczął Pan realizować
plany?
J.P.: Przez wiele lat nie wypuszczano
mnie z Polski, wyjechałem w 1971 roku,
rok później zamieszkałem we Włoszech,
co dało mi liczne możliwości. Byłem panem
sytuacji, nie musiałem prosić o każdorazowy
wyjazd i właśnie wtedy zaczęły
się profesjonalne podróże: Afryka, Indochiny,
Ameryka Południowa.
J.K.: Podróże, z których część wiązała
się z ciężką pracą w kopalniach.
J.P.: Pracowałem w Ghanie i Sierra Leone.
W Ghanie praca była niebezpieczna
ze względu na dużą liczbę wypadków,
w Sierra Leone było znacznie gorzej. Dla
osób pracujących przy ochronie kopalni
istniał absolutny zakaz strzelania. To zupełnie
pozbawiało poczucia bezpieczeństwa.
J.K.: Która podróż stanowiła największe
wyzwanie?
J.P.: Moja wizytówka to samotne przepłynięcie
Oceanu Atlantyckiego. Sam
projekt był bardzo odważny, a jego ukończenie
kosztowało mnie dużo wysiłku,
stresu i strachu. To zostawia ogromny
ślad w duszy.
J.K.: Czy podczas tej wyprawy poczuł
Pan bliskość śmierci?
J.P.: W czasie sztormu modliłem się wielokrotnie.
Wtedy człowiek robi rachunek
sumienia: co zrobił, co widział, co
chciałby osiągnąć. Pojawia się żal. To pożegnanie
z życiem.
Utrata życia groziła mi także podczas zamachu
stanu w Nigrze. Robiłem zdjęcia
w Niamey, kiedy z tyłu niespodziewanie
dopadli mnie żołnierze, przystawiając
karabin do brzucha. To był okres, w
którym ludzie ginęli bez przyczyny, zabijano
ich bardzo wielu. Przejeżdżał samochód
i zauważyłem mężczyznę, któremu
poprzedniego dnia stawiałem piwo w barze,
był oficerem, na szczęście mnie rozpoznał,
zabrał od żołnierzy i zawiózł do
hotelu.
J.K.: Czy takie przeżycie zmienia człowieka?
J.P.: To są chwile, o których się nie zapomina,
bo zostawiają ślad w duszy człowieka,
wzbogacają go, czynią silniejszym,
odważniejszym, bardziej przezornym. To
pomaga nie tylko w krytycznych sytuacjach,
ale też w życiu codziennym.
J.K.: Co powoduje największy strach?
J.P.: To trudno określić, biorąc pod uwagę
ilość sytuacji ryzykownych w moim życiu.
Człowiek często odczuwa strach.
Szczególnie w nieznanym środowisku.
J.K.: Napisał Pan, że "właściwie spożytkowany
strach jest ojcem odwagi". Czy
można się nauczyć kontrolować strach?
J.P.: Strach może pomagać. Kiedy człowiek
się boi, zatrzymuje się i stara uniknąć
niebezpieczeństwa. Jeśli potrafi opanować
strach, myśleć w chłodny sposób
i odpowiednio zareagować, to uniknie
niepożądanego zdarzenia. W sytuacji,
gdy potrafi opanować emocje, adrenalina
wzmacnia go psychicznie, pojawia się też
więcej siły, która pozwala na lepsze rezultaty
działania. Dzieje się tak dzięki mobilizacji
i specyficznej atmosferze.
W sytuacji zagrożenia poradzi sobie
osoba, która ma doświadczenie i przeszła
już niejedną ryzykowną sytuację. Doświadczenie
sprawia, że kolejne zdarzenia
przyjmujemy z większym spokojem,
napięcie się zmniejsza. W mojej szkole przetrwania, bez wiedzy uczniów, stwarzaliśmy
wydarzenia powodujące strach.
To niesamowicie wzmacnia odporność
w sytuacji rzeczywistego zagrożenia.
J.K.: Czy według Pana należy maskować
uczucia?
J.P.: To zależy. Ja lubię osoby, które są
spontaniczne. Nie wyobrażam sobie zachwytu
nad chłodną kobietą. Przyciągają
mnie te, które są żywiołowe, radosne.
Cechy charakteru są dla mnie zawsze
ważniejsze niż uroda. Choć nie odpowiadają
mi kobiety całkiem niezależne. Jeśli
kobieta jest zbyt wyemancypowana, to
nie jest dobrą kandydatką na żonę.
J.K.: Czyli nie może być feministką?
J.P.: O właśnie, nie może być feministką.
Jestem zakorzeniony we Włoszech, moja
żona jest Włoszką. To kobiety niezwykle
ciepłe. Nie wyobrażam sobie, żebym
mógł być z feministką. Włoszki i kobiety
wychowane w kulturze śródziemnomorskiej
znają swoją rolę. W krajach
zaawansowanych feministycznie ta granica
nie istnieje. Parę dni temu usłyszałem
od znajomej, że jej mąż chodził na
kursy przewijania dzieci. Ustalili, kto będzie
je karmił i przewijał, w których godzinach
będą się nimi zajmować. W tym
jest dużo przesady, w takim podziale ról
odchodzi się od normalności. Zdaję sobie
sprawę, że obecnie kobiety pracują,
mają dużo obowiązków i odpowiedzialności,
ale są też miejsca, w których kobieta
powinna swoje zadania wypełniać.
J.K.: Co według Pana oznacza normalność?
J.P.: Dziecko i wszystko, co z nim związane
- to rola kobiety, tak wynika z historii.
Mężczyzna w przeszłości nigdy nie
zajmował się przewijaniem dzieci. Nie
boję się, że feministki spojrzą na moje
wypowiedzi krzywym okiem, nie zwracam
na to uwagi, ale rozumiem, że jest
to temat dyskusyjny i można rozważać te
zagadnienia z różnych stron.
J.K.: Czytałam Pana wypowiedzi na temat
kobiet-podróżniczek, czy kobiety
biorą udział w Pana wyprawach?
J.P.: Jeśli na wyprawach są u mnie kobiety,
to dają z siebie wszystko, żeby pokazać,
że w niczym nie są gorsze od mężczyzn.
Do kobiet-podróżniczek odnoszę
się z dużym szacunkiem, musiały wykazać
się niesamowitą odpornością.
J.K.: Bardzo dużo czasu spędził Pan poza
domem. Jak reagowała na to rodzina?
J.P.: Widzi pani, feministka pewnie po
dwóch latach by zrezygnowała, ale mam
małżonkę, która wie, jaka jest jej rola
i żyjemy harmonijnie już ponad trzydzieści
lat. Ona zawsze mówi, że wiedziała,
za kogo wychodzi za mąż i przez
myśl jej nie przeszło, by nałożyć na mnie
hamulce. Jednak na mojej nieobecności
najbardziej straciły dzieci, byłem gościem
w domu, więc nie mówią po polsku. To
cena tego stylu życia.
J.K.: Wyprawy to nie tylko nieobecność
w domu, ale też długotrwałe sprawy organizacyjne.
W jaki sposób przygotowywał
się Pan do podróży?
J.P.: Kiedyś przygotowania stanowiły
cały rozdział życia. Obecnie znam już teren,
ludzi, na których mogę się wesprzeć,
mam dostęp do internetu. Przy postępującej
globalizacji i internecie organizacja
wypraw zajmuje zdecydowanie mniej
czasu.
J.K.: Wspomniał Pan o globalizacji. Jaka
jest różnica między podróżą a współczesną
turystyką?
J.P.: Biura turystyczne organizują cyr kowe programy, aby zapewnić ludziom
namiastkę przygody i trudności. Przemysł
turystyczny dostosowuje się do oczekiwań
i wymogów klientów. Prowadzi się
ludzi za rękę, tylko w te miejsca, które
chce się im pokazać. Agencje turystyczne
stwarzają pseudokopię Zimbabwe, człowiek
przyjeżdża do tego kraju, ale nie ma
żadnego kontaktu ze społeczeństwem,
z prawdziwymi ludźmi, wszystko jest wyreżyserowane,
zgodne z konspektem turystycznym.
Turystyka uległa "spłaszczeniu",
wyprawy stały się produktem,
a prawdziwego kraju i jego mieszkańców
nie sposób na takim wyjeździe zobaczyć.
J.K.: Socjologowie uważają, że turysta
porusza się w "bańce". Ma kontakt
z agentami turystycznymi, kierownikami
hoteli, specjalnie przygotowanymi
atrakcjami, ale nie może zobaczyć tego,
co niewygodne, wymagające refleksji.
J.P.: Turysta rzeczywiście nie ma prawdziwej
wiedzy o państwie, które odwiedził,
i w ten sposób zaczyna postrzegać
świat. Kiedy klienci biura wracają do
swoich domów, mają poczucie satysfakcji,
bo wszystko zostało dostosowane do
ich gustu i oczekiwań, a to się zawsze podoba.
J.K.: Pan również bierze udział w takich
projektach?
J.P.: Biorę udział w projektach incentive
dla organizacji.
J.K.: I jak Pan się czuje, jadąc z pracownikami
takiej organizacji do luksusowego
hotelu w krajach skrajnej biedy?
J.P.: Organizuję wyjazdy incentive, ale
nie w wersji cyrkowej. W tych wyjazdach
hotele są luksusowe, nie należą jednak do
korporacji, tylko odzwierciedlają prawdziwy
klimat, atmosferę miejsca, w którym
przebywamy. Program ma na celu
zapewnienie czegoś niepowtarzalnego.
Z luksusowego hotelu wyjeżdżamy w egzotyczne
miejsca, gdzie próbuję pokazać
prawdziwe sytuacje, które dzieją się podczas
podróży. Hotele pięciogwiazdkowe
służą do odpoczynku, szczególnie że poprzeczka
podczas wszystkich przygotowanych
przygód została podniesiona bardzo
wysoko. Wiem, że to ma coś wspólnego
z tym, co oferują biura turystyczne,
ale wyprawy organizowane przeze mnie
mają znacznie prawdziwszy wymiar. Staram
się omijać miejsca, do których jeżdżą
wszyscy turyści, i pokazywać coś bardziej
oryginalnego. Oczywiście niektóre sytuacje
także są na pokaz, na sprzedaż. Obecnie
niewiele jest miejsc, które nie stały się
jeszcze produktem.