ESSENCE
Magazyn ludzi sukcesu esencja
dobrego
smaku

Eko-rewolucja

Na naszych oczach dokonuje się rewolucja pod maskami samochodów. Tradycyjny napęd powoli przechodzi do defensywy, ustępując miejsca alternatywnym źródłom

Tekst Filip Otto

Eko-rewolucja

Problem ocieplenia klimatu, ochrona zagrożonych gatunków czy moda na "zielone" produkty nie ominęły firm motoryzacyjnych, które robią więcej niż kiedykolwiek, by samochody były coraz lepsze, a przy tym oszczędniejsze i bardziej przyjazne dla środowiska. Można nawet powiedzieć, że producenci samochodów czują moralny obowiązek ochrony środowiska i starają się projektować coraz bardziej ekologiczne auta.

Zyskujemy na tym nie tylko my, klienci, bo przecież otrzymujemy auta tańsze w eksploatacji, ale także Matka Natura, bo w końcu czystsze auto to mniej zanieczyszczone środowisko. Należy jednak pamiętać, że auta wcale nie są największym trucicielem świata. Gorsze są nie tylko samoloty i statki, ale też, co może się wydać zaskakujące, wulkany (odpowiadają za co trzeci gram dwutlenku węgla emitowany do atmosfery) i krowie odchody (potężne źródło metanu, który w zdecydowanie większym stopniu zagraża środowisku niż dwutlenek węgla z rur wydechowych). Problem ocieplenia klimatu to jednak bardzo skomplikowana sprawa i nie będziemy się nią teraz zajmować. Skupmy się na tym, co robią producenci, by nasze auta były bardziej "eko".

Śladem pioniera

Podejścia są różne. Pierwsze sprowadza się do tego, by unowocześnić to, co już mamy, czyli stosowane dotychczas silniki benzynowe i wysokoprężne. Liderem takiego podejścia jest BMW, które oferuje we wszystkich swoich modelach pakiet EfficientDynamics. To zestaw prostych (z technicznego punktu widzenia) rozwiązań, które wymiernie obniżają zużycie paliwa i emisję dwutlenku węgla. I tak na przykład opony o niższych oporach toczenia, dłuższe przełożenia skrzyni biegów, system odzyskujący energię w czasie hamowania, silnik automatycznie wyłączający się w czasie dłuższego postoju czy inteligentne wspomaganie kierownicy (nie działa wtedy, kiedy jest niepotrzebne, co obniża zużycie paliwa) to tylko wybrane rozwiązania, które same w sobie pozwalają zmniejszyć apetyt na paliwo raptem o kilka procent, ale zastosowane razem mają bardzo duże znaczenie.

Oszczędności wynikające z zastosowania tych elementów oscylują wokół 25-30%, a to już naprawdę coś. Pionierem takiego podejścia, by każde auto było bardziej ekologiczne i oszczędne przy niewielkich kosztach, było właśnie BMW, jednak teraz prawie każda firma oferuje takie rozwiązania, najczęściej pod specjalną marką - w końcu chodzi o to, by inni widzieli, że wybraliśmy eko auto.

I tak Volkswagen oferuje modele z serii BlueMotion, Mercedes - BlueEfficiency, Renault - eco2, Ford - Econetic, a Seat - Ecomotive. To tylko niektóre przykłady.

Ekologia jest teraz bardzo na topie w świecie motoryzacji, więc niemalże każdy producent chce zaproponować ekologiczne modele. Ba, nawet Ferrari w taki sposób projektuje swoje nowe auta, by były nie tylko szybsze i jeszcze bardziej ekscytujące od poprzedników, ale jednocześnie oszczędniejsze i bardziej przyjazne dla środowiska.

Intuicja Hondy

Drugie podejście opiera się na zastosowaniu dwóch silników - benzynowego i elektrycznego. Takie dwusilnikowe auto to hybryda. Silnik elektryczny pozwala na jazdę z niewielką prędkością (do ok. 50 km/h) na krótkim dystansie (1-3 km), jednak jego głównym zadaniem jest wspomaganie silnika benzynowego, co obniża zużycie paliwa. Pionierem na rynku hybryd jest Toyota oraz należący do tej firmy Lexus. Na razie hybrydy są drogie, co wynika z ich skomplikowanej budowy (dwa silniki, baterie, unikalna skrzynia biegów), ale dzięki Hondzie może się to zmienić. Niedawno na polskim rynku pojawił się model Insight, który jest najtańszą hybrydą świata, ponieważ kosztuje nieco ponad 75 tysięcy zł. Z czasem okaże się, czy intuicja nie zawiodła Hondy i czy ten model sprawi, że zaczniemy masowo kupować tego typu samochody. O ile modele hybrydowe tylko częściowo korzystają z energii elektrycznej, o tyle auta elektryczne, cóż, korzystają wyłącznie z niej. Na razie modele wprawiane w ruch przez elektrony oferowane są w leasingu i najczęściej przeznaczone tylko dla służb publicznych (w ten sposób testowany jest ten rodzaj napędu, zanim trafi do masowej sprzedaży), ale za dwa, trzy lata w salonach pojawi się wiele zelektryfikowanych aut, które będziemy mogli kupić. I tak Smart proponuje model Fortwo ED (41 KM, 5,7 s do 60 km/h, zasięg około 120 km, sprzedaż od 2012 roku), Mini model E (204 KM, 8,5 s do setki, zasięg 250 km, sprzedaż od 2012 roku), Tesla modele Roadster (250 KM, setka w 4 s, zasięg 350 km, już w sprzedaży) i S (5,6 s do setki, maksymalnie 200 km/h, zasięg 500 km, w sprzedaży za dwa lata), a Nissan model Leaf (109 KM, zasięg około 160 km, cena - ok. 90 tysięcy zł, sprzedaż za rok).

Podobnymi parametrami może się pochwalić Mitsubishi i-MIEV. To czteroosobowe miejskie auto niedawno zadebiutowało w Polsce, a na rynku ma się pojawić w ciągu dwóch lat. Cena? Na razie to 160 tysięcy zł, ale z czasem ma spaść do około 80 tysięcy zł (będzie to możliwe dzięki masowej produkcji, co pozwoli obniżyć koszty). Całkiem nieźle jak na auto, które porusza się bezszelestnie, a przejechanie nim 100 km kosztuje około 5 zł, prawda?

Co nas napędza


Niedoskonałość aut elektrycznych polega na tym, że mają stosunkowo niewielki zasięg i trzeba je długo ładować - aby baterie były w pełni naładowane, auto musi być podłączone do gniazdka dwufazowego średnio przez 8 godzin. Za długo, tym bardziej że tankowanie auta zwykłą benzyną zajmuje dwie, trzy minuty.

W tym kontekście ciekawsze wydają się auta, które mają na pokładzie silniki benzynowy i elektryczny, ale nie są stricte hybrydami. O co chodzi? Zamontowana w aucie jednostka benzynowa nie ma żadnego połączenia z kołami, a zamiast tego ładuje baterie, gdy te "padną" (choć auto można też "tankować" prądem z gniazdka). Na takiej zasadzie zbudowano Chevroleta Volta i Fiskera Karmę. Oba auta mogą przejechać na bateriach elektrycznych dystans około 100 km, a kiedy już stracą "elektryczny dech", do akcji wkracza niewielki silnik elektryczny, który ładuje baterie i spala przy tym około 1,5 l/100 km. To nawet mniej niż skutery, a mówimy przecież o prawdziwych, dobrze wyposażonych i całkiem dynamicznych autach rodzinnych. Ale to i tak nie wszystko, nad czym pracują producenci. Jeszcze bardziej futurystyczny jest napęd wodorowy. Zasada jego działania jest prosta - wodór łączony jest z powietrzem, w wyniku czego powstaje prąd, który wykorzystują baterie elektryczne do napędu auta. Efektem ubocznym tej reakcji chemicznej jest czysta woda, która cieknie z rury wydechowej.

Fascynujące! Co ciekawe, auto z takim napędem - Hondę FCX - można już kupić. Na razie tylko w Kalifornii, ale to zawsze coś. Futurystycznie, wręcz kosmicznie wyglądający japoński sedan ma 136 KM mocy i zasięg na pełnym baku wodoru wynoszący około 450 km. Całkiem niezłe parametry. Szkoda tylko, że na razie koszty produkcji tego typu aut są wręcz astronomiczne, a stacji, na których można tankować wodór, właściwie nie ma. Ale z czasem, kto wie, może zamiast bezołowiowej będziemy tankować wodór?

Na razie trudno stwierdzić, który rodzaj napędu zwycięży. Silniki benzynowe i wysokoprężne wciąż się nie poddają, a hybrydy stają się coraz doskonalsze, podobnie jak auta na prąd i wodór. Fascynujące jest to, że tak fundamentalna zmiana w motoryzacji dzieje się na naszych oczach, tu i teraz. Jesteśmy jej świadkami, obserwujemy ją z pierwszego rzędu. Na razie nie wiadomo, co będzie napędzać auta naszych wnuków, ale pewne jest jedno - coś nas będzie wprawiać w ruch, bo przecież świat nie może stanąć.


ESSENCE 2011
 
Biografie gwiazd - Bizneswoman - Czasopismo przedsiębiorców - Ekskluzywne czasopismo - Ludzie biznesu - Ludzie sukcesu - Magazyn biznesmenów - Polskie gwiazdy