Problem ocieplenia klimatu,
ochrona zagrożonych gatunków
czy moda na "zielone"
produkty nie ominęły firm
motoryzacyjnych, które robią więcej niż
kiedykolwiek, by samochody były coraz
lepsze, a przy tym oszczędniejsze i bardziej
przyjazne dla środowiska. Można
nawet powiedzieć, że producenci samochodów
czują moralny obowiązek
ochrony środowiska i starają się projektować
coraz bardziej ekologiczne auta.
Zyskujemy na tym nie tylko my, klienci,
bo przecież otrzymujemy auta tańsze
w eksploatacji, ale także Matka Natura, bo
w końcu czystsze auto to mniej zanieczyszczone
środowisko. Należy jednak
pamiętać, że auta wcale nie są największym
trucicielem świata. Gorsze są nie
tylko samoloty i statki, ale też, co może
się wydać zaskakujące, wulkany (odpowiadają
za co trzeci gram dwutlenku węgla
emitowany do atmosfery) i krowie
odchody (potężne źródło metanu, który
w zdecydowanie większym stopniu zagraża
środowisku niż dwutlenek węgla
z rur wydechowych). Problem ocieplenia
klimatu to jednak bardzo skomplikowana
sprawa i nie będziemy się nią teraz
zajmować. Skupmy się na tym, co robią
producenci, by nasze auta były bardziej
"eko".
Śladem pioniera
Podejścia są różne. Pierwsze sprowadza
się do tego, by unowocześnić to, co już
mamy, czyli stosowane dotychczas silniki
benzynowe i wysokoprężne. Liderem takiego
podejścia jest BMW, które oferuje
we wszystkich swoich modelach pakiet
EfficientDynamics. To zestaw prostych
(z technicznego punktu widzenia) rozwiązań,
które wymiernie obniżają zużycie
paliwa i emisję dwutlenku węgla. I tak na
przykład opony o niższych oporach toczenia,
dłuższe przełożenia skrzyni biegów,
system odzyskujący energię w czasie
hamowania, silnik automatycznie wyłączający
się w czasie dłuższego postoju
czy inteligentne wspomaganie kierownicy
(nie działa wtedy, kiedy jest niepotrzebne,
co obniża zużycie paliwa) to
tylko wybrane rozwiązania, które same
w sobie pozwalają zmniejszyć apetyt na
paliwo raptem o kilka procent, ale zastosowane
razem mają bardzo duże znaczenie.
Oszczędności wynikające z zastosowania
tych elementów oscylują wokół
25-30%, a to już naprawdę coś. Pionierem
takiego podejścia, by każde auto
było bardziej ekologiczne i oszczędne
przy niewielkich kosztach, było właśnie
BMW, jednak teraz prawie każda firma
oferuje takie rozwiązania, najczęściej pod
specjalną marką - w końcu chodzi o to,
by inni widzieli, że wybraliśmy eko auto.
I tak Volkswagen oferuje modele z serii
BlueMotion, Mercedes - BlueEfficiency,
Renault - eco2, Ford - Econetic, a Seat
- Ecomotive. To tylko niektóre przykłady.
Ekologia jest teraz bardzo na topie
w świecie motoryzacji, więc niemalże
każdy producent chce zaproponować
ekologiczne modele. Ba, nawet Ferrari
w taki sposób projektuje swoje nowe
auta, by były nie tylko szybsze i jeszcze
bardziej ekscytujące od poprzedników,
ale jednocześnie oszczędniejsze i bardziej
przyjazne dla środowiska.
Intuicja Hondy
Drugie podejście opiera się na zastosowaniu
dwóch silników - benzynowego
i elektrycznego. Takie dwusilnikowe
auto to hybryda. Silnik elektryczny pozwala
na jazdę z niewielką prędkością
(do ok. 50 km/h) na krótkim dystansie
(1-3 km), jednak jego głównym zadaniem
jest wspomaganie silnika benzynowego,
co obniża zużycie paliwa. Pionierem na
rynku hybryd jest Toyota oraz należący
do tej firmy Lexus. Na razie hybrydy są
drogie, co wynika z ich skomplikowanej
budowy (dwa silniki, baterie, unikalna
skrzynia biegów), ale dzięki Hondzie
może się to zmienić. Niedawno na
polskim rynku pojawił się model Insight,
który jest najtańszą hybrydą świata, ponieważ
kosztuje nieco ponad 75 tysięcy
zł. Z czasem okaże się, czy intuicja nie zawiodła
Hondy i czy ten model sprawi, że
zaczniemy masowo kupować tego typu
samochody. O ile modele hybrydowe
tylko częściowo korzystają z energii elektrycznej,
o tyle auta elektryczne, cóż, korzystają
wyłącznie z niej. Na razie modele
wprawiane w ruch przez elektrony oferowane
są w leasingu i najczęściej przeznaczone
tylko dla służb publicznych
(w ten sposób testowany jest ten rodzaj
napędu, zanim trafi do masowej sprzedaży),
ale za dwa, trzy lata w salonach
pojawi się wiele zelektryfikowanych aut,
które będziemy mogli kupić. I tak Smart
proponuje model Fortwo ED (41 KM,
5,7 s do 60 km/h, zasięg około 120 km,
sprzedaż od 2012 roku), Mini model
E (204 KM, 8,5 s do setki, zasięg 250
km, sprzedaż od 2012 roku), Tesla modele
Roadster (250 KM, setka w 4 s, zasięg 350 km, już w sprzedaży) i S (5,6 s do setki, maksymalnie 200 km/h, zasięg 500 km, w sprzedaży za dwa lata),
a Nissan model Leaf (109 KM, zasięg
około 160 km, cena - ok. 90 tysięcy zł,
sprzedaż za rok).
Podobnymi parametrami może się pochwalić
Mitsubishi i-MIEV. To czteroosobowe
miejskie auto niedawno zadebiutowało
w Polsce, a na rynku ma się pojawić
w ciągu dwóch lat. Cena? Na razie
to 160 tysięcy zł, ale z czasem ma spaść
do około 80 tysięcy zł (będzie to możliwe
dzięki masowej produkcji, co pozwoli
obniżyć koszty). Całkiem nieźle jak
na auto, które porusza się bezszelestnie,
a przejechanie nim 100 km kosztuje
około 5 zł, prawda?
Co nas napędza
Niedoskonałość aut elektrycznych polega
na tym, że mają stosunkowo niewielki
zasięg i trzeba je długo ładować
- aby baterie były w pełni naładowane,
auto musi być podłączone do gniazdka
dwufazowego średnio przez 8 godzin. Za
długo, tym bardziej że tankowanie auta
zwykłą benzyną zajmuje dwie, trzy minuty.
W tym kontekście ciekawsze wydają
się auta, które mają na pokładzie
silniki benzynowy i elektryczny, ale nie
są stricte hybrydami. O co chodzi? Zamontowana
w aucie jednostka benzynowa
nie ma żadnego połączenia z kołami,
a zamiast tego ładuje baterie, gdy
te "padną" (choć auto można też "tankować"
prądem z gniazdka). Na takiej zasadzie
zbudowano Chevroleta Volta i Fiskera
Karmę. Oba auta mogą przejechać
na bateriach elektrycznych dystans około
100 km, a kiedy już stracą "elektryczny
dech", do akcji wkracza niewielki silnik
elektryczny, który ładuje baterie i spala
przy tym około 1,5 l/100 km. To nawet
mniej niż skutery, a mówimy przecież
o prawdziwych, dobrze wyposażonych
i całkiem dynamicznych autach rodzinnych.
Ale to i tak nie wszystko, nad czym
pracują producenci. Jeszcze bardziej futurystyczny
jest napęd wodorowy. Zasada
jego działania jest prosta - wodór łączony
jest z powietrzem, w wyniku czego
powstaje prąd, który wykorzystują baterie
elektryczne do napędu auta. Efektem
ubocznym tej reakcji chemicznej jest czysta
woda, która cieknie z rury wydechowej.
Fascynujące! Co ciekawe, auto z takim
napędem - Hondę FCX - można
już kupić. Na razie tylko w Kalifornii, ale
to zawsze coś. Futurystycznie, wręcz kosmicznie
wyglądający japoński sedan ma
136 KM mocy i zasięg na pełnym baku
wodoru wynoszący około 450 km. Całkiem
niezłe parametry. Szkoda tylko, że
na razie koszty produkcji tego typu aut
są wręcz astronomiczne, a stacji, na których
można tankować wodór, właściwie
nie ma. Ale z czasem, kto wie, może zamiast
bezołowiowej będziemy tankować
wodór?
Na razie trudno stwierdzić, który rodzaj
napędu zwycięży. Silniki benzynowe i wysokoprężne
wciąż się nie poddają, a hybrydy
stają się coraz doskonalsze, podobnie
jak auta na prąd i wodór. Fascynujące
jest to, że tak fundamentalna zmiana
w motoryzacji dzieje się na naszych
oczach, tu i teraz. Jesteśmy jej świadkami,
obserwujemy ją z pierwszego rzędu. Na
razie nie wiadomo, co będzie napędzać
auta naszych wnuków, ale pewne jest
jedno - coś nas będzie wprawiać w ruch,
bo przecież świat nie może stanąć.