Panie Prezydencie, tuż za nami
dwie rocznice - 25 lat minęło
od przyznania Panu Pokojowej
Nagrody Nobla, 65 od
Pańskich urodzin.
Lech Wałęsa: No, o tej drugiej to mógł
mi pan tak bezceremonialnie nie przypominać.
65 wiosen to nie jest powód do
wielkiej radości, to sporo.
Marek Łuszczyna: Ale dopiero teraz
przyszedł moment, w którym Pan jest
postrzegany w zupełnie nowym świetle
- jako człowiek niesłusznie skrzywdzony,
obrażony, potraktowany na
wskroś niesprawiedliwe. Takiego Lecha
Wałęsy jeszcze nie znaliśmy.
Lech Wałęsa: Nie przesadzajmy z tą moją
krzywdą. To, co się teraz dzieje wokół
mnie, to także pewnego rodzaju służba.
Biorę na siebie to, czego przeciętny Kowalski
by nie zniósł. Umówmy się, nie
tak łatwo mnie zniszczyć, sponiewierać,
coś jednak znaczę, również w starciu
z ipeenowską machiną. To, co zapewne
zmiażdżyłoby zwykłego człowieka, być
może skruszy się na Wałęsie. To swoistego
rodzaju pomoc słabszym. W taki
sposób należy rozumieć moje udręki.
M.Ł.: Ale paradoksalnie, poprzez swoje
ataki, bracia Kaczyńscy, Ojciec Rydzyk
oraz IPN pozwolili Panu na pojednanie
z tymi, z którymi był Pan skłócony od
momentu tzw. wojny na górze - z intelektualistami.
Oni teraz stanęli za Panem
murem. Adam Michnik ogłosił
apel: "odpieprzcie się od Wałęsy".
L.W.: Po prostu oni byli moimi adwersarzami,
przeciwnikami w sporze, podczas
naszej wspólnej walki. Ale nigdy nie grali
nieuczciwie. I ja nie grałem nieuczciwie.
Sporo było między nami różnic, z wieloma
spośród nich bardzo się kłóciliśmy,
ale to zawsze było rycerskie, czyste, nieosobiste.
Prawdziwi przeciwnicy, porządni
ludzie, szanują mnie.
M.Ł.: I wszystkim na to oczy otworzył
PiS swoją krucjatą przeciwko Wałęsie?
L.W.: No bez przesady, nie przeceniajmy
działań paranoików. Po pierwsze
to wszystko tak naprawdę rozpoczęło się
już drugiego dnia strajku w roku 1980,
kiedy zaczęło się wyjaśniać, że będzie
zwycięstwo. Gwiazda wtedy już szalał,
już się wszyscy na nim bardzo szybko poznali.
Teraz natomiast mamy do czynienia
z kumulacją, paranoicy powszechnie
istnieją, chodzą po świecie i jeżeli zbiorą
się w grupę, która jeszcze dodatkowo ma
jakieś wpływy, to zaczyna się dziać to, co
w ostatnim czasie widzimy.
M.Ł.: Ale przyzna Pan, że w związku
z tzw. IV RP znowu wzrosło zapotrzebowanie
społeczne na Pana, które po
prezydenturze ucichło. Jeszcze kilka lat
temu nie było tęsknot, które mógłby
Pan ucieleśniać. Teraz, można rzec, na
nowo ożył mit Wałęsy.
L.W.: Na bazie ostatnich wydarzeń wychodzi
po prostu na jaw cała prawda.
Wszystko, co przez lata było niejasne,
obarczało mnie i tliło się w głowach paranoików,
teraz z całą mocą okazuje się
kłamstwem. A mit Wałęsy? On nie może
być zachwiany. Nawet moi najzacieklejsi
wrogowie, używający najgorszych metod,
muszą go uznać. Muszą wiedzieć, że
nic nie jest w stanie zmienić mojej pozycji.
Nawet ci, którzy mnie atakują w tak
haniebny sposób, muszą to uznać.
M.Ł.: Nie jest Pan już zmęczony tą całą
sytuacją, Panie Prezydencie?
L.W.: Nie. Takie są widać koszta, które
muszę ponosić za swoją walkę. Za sukces
Polski.
M.Ł.: Pytam, bo Pana ta cała sytuacja
chyba bardzo denerwuje. Nazywa Pan
Jarosława Kaczyńskiego m.in. nędznikiem,
obłudnikiem, lucyferem rozczarowanym.
L.W.: Odpowiadam na co drugą zaczepkę,
co drugie oszczerstwo.
M.Ł.: Ale zastanawiam się, czy to ma
sens. Z jednej strony rozgorączkowany
Lech Wałęsa, lekko nie panujący
nad sobą, z drugiej natomiast w miarę
spójny system językowy, który Michał
Głowiński, językoznawca, przyrównał
do propagandy polegającej na szczuciu
obywateli na obywateli. Z 1968 roku.
L.W.: Odpowiadać na takie kalumnie
trzeba. Ale być może jest coś w tym, co
pan mówi, być może warto byłoby się dokładnie
przyjrzeć temu systemowi, przejrzeć
go, sprawdzić. Poznać prawdziwy
charakter. Może coś jest na rzeczy.
M.Ł.: Bo mi się przy okazji rocznicy
noblowskiej przypomina Jerzy Urban,
który, kiedy Pan otrzymywał tę nagrodę,
powiedział, że to tylko nic nieznaczący
epizod w zmasowanej kampanii
antykomunistycznej. Nie dostrzega
Pan podobieństw pomiędzy pewnymi
schematami językowymi?
L.W.: A bo Urban to też jest paranoik,
tylko inteligentniejszy od nich. I ma, co
za tym idzie, inteligentniejszy język.
M.Ł.: Panie Prezydencie, a czy słowa tak
naprawdę mają znaczenie?
L.W.: Mają, ale tylko w swoich klasach.
Zależnie od tego, kto do kogo mówi,
może być różnie zrozumiany. Różne
konteksty, różne sensy. Przykład: pamiętam
moją rozmowę z Jerzym Turowiczem
sprzed kilkunastu lat. Zaatakował mnie
na łamach "Tygodnika Powszechnego",
więc ja chciałem wyjaśnić, wziąłem do
tablicy, pogadajmy sobie o tym, mówię,
normalnie.
M.Ł.: Wszyscy pamiętamy: publicznie
połajał Pan jednego z najbardziej zasłużonych
polskich opozycjonistów, starego
profesora, wtedy.
L.W.: .wtedy chciałem tylko wyjaśnić
sytuację, dogadać się, bo miałem rację
w sensie merytorycznym. Ale wyszło na
to, że istnieją świętości, z którymi nie
każdy może tak dyskutować. Jak się okazało,
mnie nie było wolno, bo ja byłem
masą, tłumem.
M.Ł.: O nie, Panie Prezydencie. Wtedy
stało się coś zupełnie innego. Na naszych
oczach rozpadł się mit Solidarności -
pierwszego od 200 lat aliansu szlachty
i ludu. Rozpadła się romantyczna wizja
intelektualistów. Zaczęło następować to
pęknięcie, o którym rozmawialiśmy na
początku, rozłam.
L.W.: No, ale to nie ja robiłem rozłam,
bo ja byłem u góry. Rozłam zaczęli robić
ci, którzy nie chcieli kontynuować walki,
którzy zadowolili się tym, że Mazowiecki
jest premierem i to już jest pełnia szczęścia.
A ja chciałem walczyć dalej.
M.Ł.: Spytałem o to, czy słowa mają
znaczenie, bo w jednym z wywiadów
ŚP Bronisław Geremek wspominał, że
przed 1990 rokiem, kiedy doszło już
między Panami do wspomnianego rozłamu,
nasłuchał się z Pana ust publicznych,
krzywdzących wypowiedzi na
swój temat. Później natomiast został
niespodziewanie zaproszony do Belwederu.
Profesor wpadł w konsternację,
a Pan miał wtedy powiedzieć: "ależ panie
Bronku, przecież to tylko słowa,
słowa nic nie znaczą". Dlatego rozpocząłem
tę całą rozmowę o języku.
L.W.: To się łączy z tym, co powiedziałem
wcześniej. Bronisław Geremek był
moim doradcą, zanim zostałem prezydentem.
On mi tę prezydenturę odradzał,
twierdził, że to za dużo, że trzeba
przyhamować. Ja go uspokajałem, tłumaczyłem,
że to dla Polski konieczne, bo Jaruzelski
jako prezydent nie otworzy nam
drogi do Europy, o NATO nie wspominając.
I on się trochę jako mój doradca
nie wywiązywał. Nie rozumiał. Ja widziałem,
co jest konieczne i miałem świadomość
tego, że muszę walczyć dalej, a on
hamował. Ale, czegokolwiek bym nie powiedział
- to nie miało go obrazić czy też
zniszczyć naszej bliskiej relacji. I kiedy zostałem
prezydentem, mogłem pana Bronisława
zaprosić do Belwederu z czystym
sumieniem. Wie pan, to był ciężki czas,
bo oni mówili: stop prezydenturze, a ja
wiedziałem, że muszę to zrobić, mimo że
wcale nie chciałem.
M.Ł.: Nie chciał być Pan prezydentem
RP?
L.W. (gorzki śmiech): Oczywiście, że
nie chciałem! To jest podstawowy błąd
w postrzeganiu mojej osoby w tamtym
okresie. Analitycy i intelektualiści starają
się udowodnić, że moje dążenie do prezydentury
to była gra ambicji, kolejny
etap realizowania fantastycznej kariery.
A to była ciężka świadomość, że jeśli nie
obejmę tego urzędu, to droga naszego
kraju do UE będzie zatarasowana. Podejrzewam,
że wszyscy, którzy uważają, że to
było ambicjonalne, patrzą poprzez swój
zawężony horyzont, używają swoich kryteriów.
To jest ogromny błąd w założeniu.
M.Ł.: I gdyby Pan uznał, że wymaga
tego sytuacja, wróciłby Pan do czynnego
życia politycznego.
L.W.: Jeżeli zobaczę, że Polska tego potrzebuje,
nie będę się zastanawiał. Jeżeli
dalej wszystko będzie się toczyć tak jak
teraz, momentami nie za ładnie, ale ogólnie
w dobrym kierunku, to nie przewiduję.
M.Ł.: Bo trochę złagodniał Pana wizerunek,
Panie Prezydencie.
L.W.: Punkt widzenia zależy od punktu
siedzenia i odwrotnie. Być może według
niektórych tak właśnie się stało, co nie
oznacza, że zmianie uległy moje poglądy,
przekonania i sprawy, w które wierzę
z całą mocą.
M.Ł.: Czyli jednak nie do końca "Nowy
Lech", jak niektórzy ostatnio mówią
z pełnym przekonaniem.
L.W.: A widzi pan, to też zależy w jakich
kwestiach. Cały czas podróżuję, wygłaszam
wykłady, dużo pracuję przy komputerze,
więc można powiedzieć, że nieustannie
pracuję nad swoim osobistym
rozwojem. Mimo tych 65 lat, które mi
pan na początku wypomniał.