Od 40 lat jest Pan pasjonatem
łowiectwa. Czyja to
zasługa?
Jan Kobuszewski: Teścia
i szwagra, którzy byli zapalonymi myśliwymi,
a ponieważ bardzo lubię las i przyrodę,
zdałem egzaminy myśliwski oraz
selekcjonerski, co dało mi do lasu swobodny
dostęp. Przez całą dobę.
Anna Laszuk: Jakie trofea ma Pan na
swoim koncie?
Jan Kobuszewski: Trofeów nie kolekcjonuję
z zasady. Natomiast trzeba pamiętać,
że myśliwy to nie tylko ten, który
strzela, ale również dożywia, fotografuje,
dba o zwierzynę i zachwyca się nią. Nigdy
w swoim długim życiu nie strzelałem
do gatunków płowych, czyli do sarny
i jelenia, uznając, że ten proces przypomina
egzekucję. Polowałem na czarną
zwierzynę. Ustrzeliłem w życiu kilka dzików,
ale moim głównym celem zawsze
było ptactwo, tzn. ,,pióro", i zające, czyli
,,puch".
A.L.: To oznacza, że nie posiada Pan
instynktu łowieckiego, swoistego instynktu
"zabójcy". Skoro tak, to skąd
decyzja o zostaniu myśliwym?
J.K.: Zdecydowałem się na myślistwo,
ponieważ inaczej nie dostałbym broni,
a broń myśliwska była potrzebna do tzw.
bezkrwawych łowów, czyli strzelania do
rzutków [krążki wystrzelone z maszyny
- przyp. red.]. Strzelanie sportowe zawsze
było dla mnie wielką frajdą i przyjemnością,
ale także obowiązkiem. Każdy
myśliwy musi raz w roku zweryfikować
swoje możliwości, to się fachowo nazywa
,,przestrzelanie broni".
A.L.: Atmosfera polowania wciąga?
J.K.: Oczywiście. Nie samo polowanie,
ale atmosfera właśnie, ponieważ w naszym
kole byli wspaniali myśliwi. Większość
z nich już nie żyje, ja jestem jednym
z najstarszych. Atmosfera polowania jest
przepiękna. Po pierwsze - przyroda.
Niesamowite są na przykład polowania
na tzw. białej stopie, czyli na świeżym
śniegu. I to jest polne polowanie, już nie
na kury, ale na bażanty i zające.
A.L.: Od czego zaczyna się dzień myśliwego?
J.K.: Zwykle prowadzący polowanie
zbiera wszystkich myśliwych, którzy stają
na baczność, pozdrawia ich i mówi: proszę
państwa, dzisiaj polujemy na taką a
taką zwierzynę, będzie tyle a tyle pędzeń.
Polujemy z nagonką, strzelamy ,,do puchu"
lub do ,,pióra".
A.L.: W jaki sposób naganka nagania
zwierzynę?
J.K.: Naganka wchodzi na swoją pozycję
i pokrzykuje, zbliżając się do linii myśliwych.
Bardzo ważne jest zachowanie bezpieczeństwa
na polowaniu. Każdy myśliwy,
stojąc na stanowisku, musi popatrzeć
w prawo i w lewo oraz porozumieć
się z sąsiadami po obu stronach. Nigdy
nie wolno strzelać po linii myśliwych,
tylko przed siebie. Jeśli zwierzyna przekroczy
tę granicę, przenosi się rufę broni
i strzela poza nią.
A.L.: A potem?
J.K.: Potem jest bardzo przyjemny punkt
polowania: przerwa. Ognisko, posiłek,
kiełbaski, czasami koledzy przynosili
w termosach bardzo dobry bigos. Jest
herbata, kawa, pogaduszki o tym, kto
spudłował, a kto nie. Potem, na zakończenie,
ten, który ustrzelił najwięcej, zostaje
królem polowania i jest dekorowany
tzw. ,,złomem", czyli złamaną malusieńką
gałązką świerkową.
A.L.: Jak długo trwają takie eskapady?
J.K.: Bardzo różnie. Polne przeważnie jeden
dzień. Wyjeżdża się o szóstej, siódmej
rano, a samo polowanie zaczyna się
o dziewiątej i trwa do zmroku, co daje
od dziesięciu do dwunastu pędzeń. Jest
to o tyle męczące, że z miejsca na miejsce
trzeba spacerować piechotą i czasami pokonuje
się ponad 20 kilometrów.
A.L.: Jakie cechy musi mieć zdolny myśliwy?
J.K.: Pierwsza zasada to strzelać do rozpoznanego
celu, nie pomylić naganiacza
ze zwierzyną, ani owcą, koniem czy
krową. Nie można strzelać do zwierzęcia
pod ochroną. Należy wykazywać się
doskonałą znajomością gatunku, co potwierdza
zdany egzamin łowiecki. To
bardzo obfity materiał, obejmujący zasady
bezpieczeństwa na polowaniu, znajomość
broni, przepisy łowieckie, etykę
oraz gwarę łowczych. Upoważnia on do
posiadania dubeltówki, czyli broni śrutowej.
Natomiast drugi egzamin, selekcjonerski,
odbywa się mniej więcej dwa lata
później i uprawnia do posiadania sztucera,
czyli broni kulowej. Jest trudniejszy.
A.L.: Większą frajdę sprawiało Panu polowanie
bronią kulową czy śrutową?
J.K.: I dubeltówka, i sztucer to moja
ukochana broń. Do jelenia, byka, kozła,
sarny i dzika strzela się z broni kulowej.
To znaczy, etyczny myśliwy, który decyduje
się na to, żeby zabijać, nie może ranić
zwierzęcia. Strzał musi być skuteczny.
Do ,,pióra" strzela się z broni śrutowej
i w zależności od gatunku stosuje się inną
grubość amunicji. Do zwierzyny płowej
i dzika można strzelać z broni śrutowej,
ale nie śrutem, tylko breneką, tzw. ołowianą
kulą. To jest straszna amunicja,
dlatego że wlot jest mały, a wylot ogromny.
Niekiedy zdarza się królewski strzał:
strzela się do nadlatującego bażanta,
który spada wprost pod nogi myśliwego.
A.L.: Jakie zasady etyczne obowiązują
myśliwych?
J.K.: Przede wszystkim nie wolno strzelać
do słupkującego (czytaj: stojącego)
zająca, dlatego, że nie daje się szans zwierzynie.
Zwierzyna na polowaniu musi
uciekać, być w ruchu i to jest jej szansa,
bo myśliwy zawsze może chybić. Nie
można strzelać do kaczki na wodzie, tylko
w locie. Nie wolno strzelać do piechocińca,
czyli biegnącego bażanta lub kuropatwy.
Do ptactwa strzela się w locie. Ja
w swoim życiu dawałem dużo szans.
A.L.: Łowiectwo daje Panu radość?
J.K.: Myśliwym zawdzięczam dobrą znajomość
przyrody, lasu, pól, jezior, łąk.
To największa radość, jaką mi sprawiło
myślistwo. Czasami jest dość zabawnie.
Wiadomo, że na polowaniu w żadnym
wypadku nie wolno pić alkoholu, tak jak
podczas prowadzenia samochodu. Kiedyś...
kiedyś... lata temu jeden z kolegów
pił herbatę i resztę z kubka wylał do ogniska,
a tu... ni stąd ni zowąd, ognisko
wybuchło. Wszyscy wiedzieli, o co chodzi.
W każdym razie delikwent natychmiast
został wykluczony z dalszego polowania.
A.L.: Już sama gwara łowiecka wywołuje
uśmiech na twarzy osób niezwiązanych
z myślistwem. Jakieś przykłady?
J.K.: Zając to nie zając, tylko ,,szarak"
albo ,,gach". Nie ma uszu, tylko ,,słuchy",
nie ma oczu, tylko ,,trzeszcze", nie
ma nóg, tylko ,,skoki". Zamiast futra ma
,,turzyce", a zamiast ogona ,,omyk" lub
,,osmyk". Jeleń nie ma nóg, tylko ,,badyle".
Poroże u jelenia i byka to ,,wieńce",
a u kozła to ,,parostki". Tak więc żadna
zwierzyna nie ma rogów, bo rogi to ma
krowa albo... mąż.