Jest Pan zdobywcą obu biegunów, przeprawił się Pan przez pustynię i przemierzył Atlantyk. Jaka refleksja nasuwa się Panu, porównując każdy z tych światów?
Marek Kamiński: Antarktyda i Arktyka to najbardziej abstrakcyjne miejsca na Ziemi. Bieguny są niebezpiecznym obszarem, ponieważ zimno potrafi zabić człowieka w ciągu 15 minut, ale ja czuję się tam wolny. Może dlatego, że natura jest tam w czystej formie i miejsce to nie jest skażone moralnie. Pustynia w porównaniu do biegunów jest oazą, gdzie występuje wiele różnych form życia: węży, skorpionów i dzikich wielbłądów. Na pustyni w Australii byłem dużo bliżej nieba, w sensie Kosmosu, niż gdziekolwiek na świecie. Widziałem doskonale Drogę Mleczną i różne kolory gwiazd. Niebo nocą przybiera różne odcienie zieleni, fioletu i czerwieni.
Beata Steć: A jakieś ciekawe spostrzeżenia z wyprawy na biegun?
Marek Kamiński: W kształtach lodu można zobaczyć to wszystko, co stworzył człowiek. Dostrzegłem piramidy w Gizie, Sfinksa i Luwr. Te kształty z lodu były dla mnie metaforą cywilizacji. Podczas jednej z moich pierwszych wypraw przez Grenlandię, dobrze mi się szło, jak liczyłem do tysiąca. Była to jakaś forma medytacji, podczas której umysł się oczyszcza i przychodzą różne myśli. Wyobraziłem sobie, że kiedyś udam się samotnie na biegun południowy i że będę brał udział w wyścigu. Było tak ciężko, że wydało mi się to absurdalne. W 1993 roku nie mogłem jeszcze przypuszczać, że coś takiego będzie miało miejsce. A trzy lata później rzeczywiście sam zdobywałem biegun południowy i był to dla mnie wyścig. Podczas tej wyprawy miałem wrażenie, że znalazłem się w zupełnie innym czasie, podczas lekcji matematyki w szkole podstawowej. Myślę, że mamy dostęp do tego, co przeżyliśmy.
B.S.: Skąd Pan czerpie inspirację przy planowaniu kolejnej wyprawy?
M.K.: Inspirację czerpię z głębi siebie, ale nie z własnego ego. Myślę, że każdy człowiek ma jakieś przeznaczenie. Wsłuchanie się w wewnętrzny głos i dosłyszenie intuicji to najważniejsza rzecz w życiu. Widzimy coś, co nam się podoba, i chcemy, aby to się stało prawdą.
B.S.: Mniej znaną Pana pasją jest nurkowanie. Coś Pana zaskoczyło pod wodą?
M.K.: Zbieżność ze światem polarnym. Nurkowanie bardzo mi przypominało wyprawę na Antarktydę. Panowała niezwykła cisza, a jeśli już pojawiali się ludzie, to nie można było z nimi rozmawiać. Często wspominam nietypowe nurkowanie podczas wyprawy przez Atlantyk. Zanim wyruszyliśmy, obiecywaliśmy sobie, że wykąpiemy się na środku oceanu. Kiedy się tam znaleźliśmy, każdy z nas miał wymówkę, żeby jednak tego nie robić. Ale słowo się rzekło. Przewiązałem się liną i wskoczyłem do oceanu, ściągało mnie pod wodę, a świadomość 3 km pode mną była niesamowita.
B.S.: Co Pana najbardziej fascynuje w nurkowaniu?
M.K.: Możliwość obcowania z samym sobą.
B.S.: Jest Pan z natury samotnikiem?
M.K.: Nie jestem samotnikiem, bardzo lubię przebywać z ludźmi. Myślę, że prawdziwa samotność polega na braku relacji ze światem. Można być samemu na Antarktydzie i nie czuć się samotnie. Niektórzy ludzie mieszkający w Warszawie czy Gdańsku czują się bardziej samotni niż ja podczas tej wyprawy. Moja samotność polega na wyciszeniu się i próbie nawiązania kontaktu z samym sobą. Wielu ludzi przez całe życie nie ma okazji wsłuchać się w swój wewnętrzny głos, bo potrzebuje dodatkowych wrażeń i bodźców.
B.S.: Ciągnie Pana do miejsc najmniej poznanych przez człowieka?
M.K.: Ciągnie mnie, aby przekraczać granice. A te granice są wszędzie: w wodzie, na lądzie, w powietrzu i w językach.
B.S.: Skąd taka rozbieżność miejsc - z jednej strony biegun, z drugiej pustynia i jeszcze podwodny świat?
M.K.: To miejsca umowne, bo tak naprawdę są to podróże w głąb siebie. Bardziej interesują mnie wyprawy z tym związane.
B.S.: A czego Pan dowiedział się o sobie podczas tych podróży?
M.K.: Odkryłem, że to głowa - a nie nogi - dochodzi na biegun. To nie mięśnie o tym decydują, ale psychika i umysł. Pokonywanie fizycznych trudności jest mniej istotne niż pokonywanie własnych słabości. Kiedy wraz z Wojtkiem Moskalem zdobywałem biegun północny, swoich sił próbował z nami komandos, który wcześniej uczestniczył w operacji Pustynna Burza w Iraku. Prezentował się jak terminator zaprogramowany na zwycięstwo. A my przy nim wyglądaliśmy jak Pat i Pataszon (śmiech). Ja byłem chudy i wysoki, Wojtek był dużo niższy ode mnie. Wydawało się, że to właśnie nasz towarzysz jest tą maszyną, która może zdobyć biegun. Kiedy potem spotkaliśmy się na lodzie, zobaczyliśmy całkiem innego człowieka. Przed wyprawą prosił, aby do niego nie podchodzić, jak się spotkamy. A kiedy zetknęliśmy się przypadkiem na lodzie, on sam do nas podszedł. Ostatecznie przerwał tę wyprawę. Pomimo iż jego kondycja przewyższała naszą. Stąd te refleksje, że umysł jest ważniejszy niż sprawność fizyczna, bo potrafi nadrobić niedoskonałości ciała.
B.S.: Powiedział Pan: "nasze marzenia mają cenę, którą należy zaakceptować, choćby okazało się nią ludzkie życie. Musimy zaakceptować ryzykowanie własnego życia". Czy takie przekonanie towarzyszyło Panu od zawsze? Czy teraz, kiedy jest Pan ojcem, ta skłonność do ryzyka jest wciąż taka sama?
M.K.: Myślę, że są takie sprawy, które wymagają tego, żeby zaryzykować i postawić życie na szali, ale jednak nie za wszelką cenę. Wtedy, kiedy szliśmy na biegun z Wojtkiem Moskalem czy Jaśkiem Melą, to były właśnie takie sytuacje. Życie polega na rozwoju, oczywiście do jakichś granic. Teraz, kiedy mam córkę i malutkiego synka, to dzieci są spełnieniem moich marzeń. Teraz rodzina jest dla mnie najważniejsza. Ale wiem, że nadejdzie taki moment, w którym to dzieci zaczną spełniać swoje marzenia. Będziemy to musieli z Kasią zaakceptować i pozwolić im na ich realizację.
B.S.: Czy znalazł się Pan kiedyś w niebezpiecznej sytuacji, która stanowiła zagrożenie życia?
M.K.: Wbrew pozorom banalne sytuacje bardzo szybko mogą doprowadzić do tragedii. Po rejsie katamaranem przez Atlantyk, wypoczywałem wraz z narzeczoną na Mazurach. Pływaliśmy jachtem po jeziorze Śniardwy, był już koniec października, więc miałem na sobie ciepłe ubranie z polaru. Nagle coś wypadło z jachtu, pochyliłem się, aby to wyciągnąć. Wtedy mnie wykatapultowało i błyskawicznie znalazłem się pod wodą. Ubranie momentalnie się zamoczyło. Jacht płynął powoli na silniku. Dość szybko się opanowałem, wynurzyłem z wody i złapałem jachtu. A Kasia zatrzymała błyskawicznie silnik. Miałem szczęście.

B.S.: Czy żona czasami próbuje zatrzymać Pana w domu? Obawia się o Pańskie zdrowie i życie?
M.K.: W Piśmie Świętym napisane jest, że ci, którzy chcą za wszelką cenę ocalić życie, stracą je, a ci, którzy są w stanie je poświęcić, będą żyli. Kiedy szliśmy z Jaśkiem Melą na biegun północny, jego mamę zapytano, czy nie boi się, aby jej syn poszedł z obcą osobą tam, gdzie może stracić życie. Na co mama Jaśka odpowiedziała, że największe nieszczęście spotkało go kilka metrów od domu. Więc może gdzieś tam na końcu świata spotka go szczęście. Trzeba zaufać intuicji i wewnętrznemu głosowi. Ten głos czasami każe iść np. na biegun.
B.S.: A jak potoczyły się losy Jasia Meli?
M.K.: O to trzeba by było zapytać samego Jasia. W wakacje pracował wraz z narzeczoną w Norwegii. A teraz rozpoczyna studia w Wyższej Szkole Filmowej w Łodzi.
B.S.: Czy ta wyprawa miała wpływ na jego życie?
M.K.: Myślę, że tak. Jasiek po tej wyprawie uwierzył w siebie. To chyba jest najlepszy przykład, że tak naprawdę to głowa dochodzi na biegun, a nie nogi. Jasiek stał się symbolem, dzięki niemu wielu innych ludzi uwierzyło w siebie, nie tylko niepełnosprawnych. Jak się życia nie postawi na szali, to nie wie się, co ono znaczy.
B.S.: W jakich okolicznościach poznał Pan swoją żonę?
M.K.: Żonę poznałem na Rodos. Był to przypadek, ale i w pewnym sensie przeznaczenie. Najpierw leciałem z Gdańska do Warszawy samolotem, który miał godzinne opóźnienie. Myślałem, że już nie zdążę na czarter z Okęcia na Rodos, ale jak się okazało i ten lot był opóźniony. Było mi pisane tam dolecieć. Poznaliśmy się podczas kolacji na dzień przed moim odjazdem. Wypożyczyliśmy motocykl i objechaliśmy całą wyspę, tak wyglądały początki naszej znajomości. Okazało się, że mieszkaliśmy w tym samym hotelu "drzwi w drzwi".
B.S.: Czym Pana zauroczyła?
M.K.: Zauroczyła mnie tym, że jest autentyczna i niczego nie udaje. Coś między nami zaiskrzyło.
B.S.: Jak wygląda Pański zwykły dzień?
M.K.: Codziennie rano wybieram się na dłuższy spacer i kąpię się w morzu. Następnie staram się zajmować córką, a teraz również i synem. Idziemy na spacer, albo się razem bawimy. Później pracuję nad książkami, albo projektami fundacji, w której codziennie bywam. Kontynuuję naukę czterech języków: norweskiego, japońskiego, francuskiego i arabskiego.
B.S.: Kąpie się Pan w morzu poza sezonem?
M.K.: Staram się kąpać w morzu przez cały rok.
\ B.S.: Ile w sumie zna Pan języków, czy wszystkimi posługuje się Pan w praktyce?
M.K.: Mniej lub bardziej osiem. W języku zgromadzona jest kultura danego kraju. Całkiem inaczej odbiera się kraje, jak się mówi w ich języku. Interesuję się norweskim, bo teraz akurat piszę książkę o tym kraju, często tam podróżuję i mam tam wielu przyjaciół. Arabskim - bo planuję podróż dookoła świata, będę w krajach arabskich, więc chciałbym posługiwać się tym językiem. Przed podróżą do Japonii uczyłem się japońskiego i bardzo mi się przydał, teraz kontynuuję tę naukę. Myślę, że nauka języków odświeża umysł. Wittgenstein napisał: "granice mojego języka są granicami mojego myślenia". Ucząc się innych języków, poszerzamy granice naszego myślenia.
B.S.: Ma Pan jakieś bardziej przyziemne pasje?
M.K.: Kiedyś dużo grałem w szachy. Teraz fascynuje mnie żeglarstwo, nurkowanie, bieganie, pływanie i rower górski. Od paru lat staram się dwa razy w tygodniu praktykować jogę. Jest to ciekawa forma medytacji. Fascynuje mnie moment wyciszenia się po intensywnym treningu i dostęp do innych stanów świadomości.
B.S.: Czy żona podziela pańskie zainteresowania?
M.K.:. Jak najbardziej. Żona była pierwszą Polką na biegunie północnym, razem wspinaliśmy się na Kilimandżaro czy przemierzaliśmy Dolomity. Kasia z wykształcenia jest malarką, ale na wyprawach daje sobie radę lepiej niż wielu mężczyzn. Ja mam lęk wysokości, wspinam się z asekuracją. A żona jej nie potrzebuje.
B.S.: Co jest w życiu najważniejsze?
M.K.: Znalezienie harmonii, a w jaki sposób się do tej harmonii dochodzi, jakimi środkami, jaką aktywnością fizyczną, to już jest sprawa przeznaczenia.
B.S.: Czy wyznaczył Pan sobie jakieś kolejne wyzwania?
M.K.: Myślę o wyprawie dookoła świata "Bieguny Ziemi". Będę chciał w przyszłym roku w ciągu trzech miesięcy odwiedzić bieguny, które są pomiędzy biegunami: ubóstwa, bogactwa, edukacji, niebezpieczeństwa.