ESSENCE
Magazyn ludzi sukcesu esencja
dobrego
smaku

Jestem specem

"Mam najwyższe uprawnienia - spec. Sam sobie daję zgodę, czy mogę w danych warunkach polecieć". Zbigniew Niemczycki opowiada o swojej podniebnej przygodzie.

Rozmawiała Beata Steć

Zbigniew Niemczycki

Jak długo Pan lata i jakimi samolotami?

Zbigniew Niemczycki: Latam od szesnastego roku życia. Jako młody chłopak zacząłem szkolić się na szybowcach, później na samolotach, a w końcu na śmigłowcach, na które mam licencję zawodową. Miałem również przyjemność latania samolotami F-16 z instruktorem.

Beata Steć: Jakie to przeżycie latać F-16?

Zbigniew Niemczycki: To jest wojskowy samolot bojowy. Przede wszystkim jest szybszy. Przechodzi się tam przeciążenia do 12G. Miałem specjalny kombinezon. Instruktor zapytał mnie, czy chcę należeć do klubu 9G. Podczas przekraczania granicy przeciążenia 9G na chwilę straciłem świadomość. Ale zaliczyłem to. Jest to wielka frajda i fantastyczne przeżycie.

B.S.: Ile godzin w powietrzu spędził Pan jako pilot?

Z.N.: Około 2 tysięcy godzin na samolotach i ponad 3 tysiące na śmigłowcach.

B.S.: Jakie maszyny Pan posiada?

Z.N.: Moja Fundacja "Polskie Orły", która organizuje od 12 lat piknik w Góraszce, jest pierwszym prywatnym muzeum lotniczym w Polsce. Mamy kolekcję starych samolotów, takich jak Messerschmitt 109 G6, Migi 15, pierwsze polskie śmigłowce SM 1 i SM 2, CSS - 13, popularny Kukuruźnik, Jaka-18. Często zasiadam za sterami mojego śmigłowca Bell 407. Latam też na Jaku-18 i na CSS -13, Antonowie An-2, Bonanzie Beechcraft i wielu innych.

B.S.: Który z nich jest Pana oczkiem w głowie?

Z.N.: Największy sentyment mam do CSS-13, popularnego Kukuruźnika. To jest dwupłatowy samolot z otwartą kabiną. Lata się w skórzanej pilotce i goglach. Tym samolotem po raz pierwszy w życiu, jako młody chłopak, wzniosłem się w powietrze z instruktorem. To była nagroda za moje zaangażowanie w sprzątanie hangaru i mycie szybowców. Pierwszy lot był dla mnie wielkim przeżyciem, nie spałem całą noc, byłem pod wielkim wrażeniem.

B.S.: Dla kogo jest ten sport?

Z.N.: Latanie trzeba mieć we krwi. Jeżeli ktoś ma pasję i sprawia mu to przyjemność, będzie dobrym pilotem. Przede wszystkim należy mieć głęboko zakorzenione dwie zasady - niebywałą pokorę i szacunek do maszyny, którą się lata. Wszystkie zasady w lotnictwie "pisane są czyjąś krwią". Ktoś zginął, aby powstała kolejna zasada. Jeżeli przestrzega się tych reguł, nie idzie się na skróty, nie próbuje się imponować, robić czegoś powyżej możliwości, to jest to bardzo bezpieczny sport.

B.S.: Czy każdy może być pilotem?

Z.N.: Sam paru osobom odradziłem. Początek lat 90. Nowa Polska. Latanie zaczyna być modne. Niektórzy chcieli zaimponować innym. Kiedyś na Nowym Świecie spotkałem kolegę. Miał niewyraźną minę. Myślałem, że idzie do dentysty. A on powiada, że wybiera się na trzecią lekcję latania. Powiedziałem mu "Michał, daj sobie z tym spokój. Stresuje cię to. Jesteś przerażony. Zostaw to. Nie musisz dorównywać koledze". Myślę, że może właśnie jemu albo komuś innemu, uratowałem życie. To było wymuszone i nie wynikało z jego pasji.

B.S.: A czy nie jest tak, że człowiek na początku odczuwa strach, a potem, kiedy nabierze doświadczenia, latanie sprawia mu przyjemność?

Z.N.: Jak ktoś zaczyna latać, to albo błyskawicznie połyka bakcyla, albo się do tego nie nadaje. Stres jest zawsze. Tak jak u aktora. Dobry aktor do śmierci ma tremę. Adrenalina wpisana jest na stałe. Każdy lot jest inny, zmieniają się warunki, pogoda, wiatr i trasa. Nie może być pilotem ten, kto boi się latać. Co innego mieć dystans, respekt i pokorę do tego, co się robi, a co innego bać się. Człowiek musi być opanowany. W trakcie lotu zdarzają się sytuacje stresowe, z którymi trzeba sobie poradzić, podjąć prawidłową decyzję. Lądowanie w trudnych warunkach pogodowych wymaga koncentracji, wiedzy, umiejętności i poprawnych odruchów.

B.S.: Jakie warunki trzeba spełnić, aby otrzymać licencję pilota?

Z.N.: Trzeba spełnić warunki zdrowotne. Stan zdrowia przyszłego pilota ocenia Instytut Medycyny Lotniczej albo inna instytucja, która ma uprawnienia do przeprowadzania badań lotniczych. Badane są przede wszystkim wzrok i serce. Następnie należy zapisać się do dobrej szkoły. Uważam, że w Polsce jest wiele przypadków pójścia na skróty w szkoleniach. Z pilotem jest jak z saperem - myli się tylko raz. W Polsce pojawia się coraz więcej prywatnych samolotów, co bywa okazją do pójścia na skróty, zwłaszcza w przypadku biznesmenów. Jednak za ominięcie części teoretycznej szybko można zostać ukaranym. Szczególnie, gdy jest się już samemu w powietrzu i nagle czegoś się nie wie. Moja rada jest taka, aby domagać się maksymalnie dobrego instruktora i jak najwięcej treningu. Po otrzymaniu licencji radziłbym jeszcze polatać z instruktorem przynajmniej 150 godzin w różnych warunkach.

Pilot Jacek Osiński, Zbigniew Niemczycki oraz Robert Kowalik 7-krotny Mistrz Polski w akrobacji samolotowej.

B.S.: Bierze Pan udział w pokazach?

Z.N.: Występuję na pokazach w Góraszce. Latam CSS, Jakiem albo śmigłowcem. Ostatnio demonstrowałem, co może zrobić w powietrzu śmigłowiec na pikniku lotniczym w Turbi. Ten aeroklub, w którym stawiałem pierwsze kroki w lotnictwie, obchodził 50-lecie swojego istnienia.

B.S.: Na pokazie w Góraszce odbywają się akrobacje w wykonaniu mistrzów na szybowcach i samolotach, skąd rekrutuje Pan pilotów?

Z.N.: To są piloci z całego świata. Niektórzy sami się zgłaszają, do niektórych my się zwracamy i bardzo chętnie przyjmują zaproszenie. Prawie co roku jest u nas mistrz świata w akrobacji, Jurek Makula, pięknie lata do muzyki. Parokrotnie mieliśmy balet czeski, cztery szybowce, które wykonują balet w powietrzu, coś fantastycznego. Mieliśmy mistrza świata, wspaniałego Węgra, który wykonuje akrobacje takie, że właściwie jest to wbrew zasadom fizyki i zawsze jego występy w Góraszce budzą wielkie emocje, tłumy przybywają, aby go zobaczyć. We wszystkich dziedzinach akrobacji mieliśmy mistrzów Polski, mistrzów świata w szybownictwie i w samolotach. Atmosfera Góraszki przyciąga ich, bardzo lubią u nas latać.

B.S.: Co sprawia Panu największą przyjemność?

Z.N.: Olbrzymią satysfakcję daje opanowanie samolotu czy śmigłowca do takiego stopnia, że człowiek czuje się w nim pewnie. Gdy wykonuję manewr lądowania w trudnych warunkach, robię go pewnie, nie stresując się, że coś może nie wyjść. To jest efekt systematycznego latania. W bazie lotniczej mówi się, że taki pilot ma "nabitą rękę". Śmigłowiec jest trudniejszy w pilotażu niż samolot. Mam najwyższe uprawnienia - spec. Sam sobie daję zgodę, czy mogę w danych warunkach polecieć. Jeżeli panują warunki poniżej tzw. minimum, z wieży pada pytanie "czy ma pan licencję spec?". Odpowiadam, że tak. To daje satysfakcję. Ta pasja pozwala się wyłączyć. Sprawia, że człowiek koncentruje się na locie i relaksuje. Druga sprawa to jest przyjemność bycia w powietrzu. Latanie daje radość, poczucie wolności i piękna. To jest kompilacja wielu doznań.

B.S.: Czy zaraził Pan tą pasją żonę i dzieci?

Z.N.: Mam córkę i trzech synów. Ten najmłodszy ma pasję i talent do latania. Mógłby już samodzielnie pilotować samolot, ale musi poczekać aż skończy 16 lat. Dużo trenuje w domu na komputerowym symulatorze. Latanie sprawia mu przyjemność. Ma duży dystans i pokorę. Kiedy uczę go latać, daje mi to olbrzymią satysfakcję. Od czasu do czasu lecimy z moim synem Maksem do Góraszki - on pilotuje, ja jestem przy nim i go asekuruję. Żona boi się i nie lubi latać. Jednak jest to świetny środek lokomocji podczas podróży po Polsce. Często latamy do Zakopanego śmigłowcem.

B.S.: Czy przeżył Pan chwile grozy w powietrzu?

Z.N.: Uczestniczyłem kiedyś w awarii samolotu pasażerskiego. Leciałem z Memphis do Denver w stanie Kolorado. Tuż po starcie eksplodował silnik w DC-9. Silniki umilkły i samolot lotem szybowym schodził do ziemi. W ostatniej chwili uruchomił się jeden z silników. Samolot awaryjnie wylądował w pianie na pasie startowym. Patrząc przez okno na zbliżającą się ziemię, sądziłem, że będzie katastrofa. Stres był tak wielki, że następnego dnia miałem obolały każdy centymetr ciała. Natomiast ja sam lądowałem awaryjnie śmigłowcem i samolotem, ale mam na tyle wyrobione odruchy, że wiem, co trzeba zrobić, aby wylądować bezpiecznie.

B.S.: W ostatnim czasie głośno było o wypadkach podczas pokazów lotniczych, choćby ostatnia katastrofa na Air Show, podczas której zginęli doświadczony pilot Lech Marchelewski (założyciel grupy "Żelazny") i Piotr Banachowicz. Czy według Pana to błąd pilota czy usterka samolotu?

Z.N.: Znałem Lecha. Całą grupą występowali w Góraszce. Bardzo pięknie latali. Lech miał 62 lata, chciał rozstać się z lataniem i przejść na emeryturę. Ten wypadek oglądałem z kilku ujęć. Odnoszę wrażenie, że to była wina pilota. Za wysoko postawił sobie poprzeczkę. Chciał dokonać czegoś, co pozostanie w pamięci. Wykonał figurę niezwykle trudną. Problem w tym, że on już nie latał w zespole regularnie, tylko od czasu do czasu. Latanie zespołowe wymaga niezwykłej, systematycznej pracy i ćwiczeń. Wydaje mi się, że zadanie, które sobie postawił, przerosło jego możliwości. Został popełniony błąd i skończyło się to tragicznie.

B.S.: Jak często zdarza się błąd wynikający z czynnika ludzkiego?

Z.N.: Statystycznie ponad 97% wszystkich wypadków lotniczych na świecie to błąd człowieka, a tylko w 3% zawodzi maszyna.

B.S.: Co Wy, piloci, myślicie i czujecie po takiej katastrofie?

Z.N.: Oczywiście katastrofa robi na nas wrażenie. Odczuwamy żal, gdy odchodzi ktoś z naszej rodziny pilotów. Jest to przykry moment, ale trzeba iść do przodu i wyciągnąć z tego prawidłowe wnioski. Raz w roku odbywa się spotkanie dla pilotów, organizowane przez Departament Wypadków Lotniczych w Urzędzie Lotnictwa Cywilnego. Omawiane są wszystkie wypadki lotnicze w danym roku. To nie jest miłe spotkanie. Ale zmusza do myślenia.

B.S.: Czy wyznaczył Pan sobie nowe wyzwanie?

Z.N.: Jeżeli ktoś chce poprawnie i bezpiecznie latać, to już jest wyzwanie. Cały czas udoskonalam wiedzę na ten temat. Dużo czytam i prenumeruję magazyny lotnicze. Teraz pracujemy nad odrestaurowaniem Miga-15. Będzie to druga tego typu latająca maszyna w Europie. Przebywanie na lotnisku sprawia mi ogromną przyjemność. Przy ładnej pogodzie, w niedzielę, zabieram syna i lecimy sobie do Góraszki na grilla.

B.S.: Czy w rodzinie pilotów obowiązuje jakiś kodeks?

Z.N.: Nie. To raczej mentalnie podobna wspólnota. Istnieje olbrzymia doza zaufania między mechanikiem a pilotem. Świat pilotów to specyficzne relacje, sposób porozumiewania się. Jesteśmy wobec siebie uczynni i kulturalni. Rozpoznajemy się po głosie i pozdrawiamy w powietrzu.


ESSENCE 2011
 
Biografie gwiazd - Bizneswoman - Czasopismo przedsiębiorców - Ekskluzywne czasopismo - Ludzie biznesu - Ludzie sukcesu - Magazyn biznesmenów - Polskie gwiazdy