Aktorstwo to zawód kojarzony
z wolnością, możliwościami
wyboru, intensywnym życiem.
Czy w czasie studiów
i podczas pracy z reżyserami czuła się
Pani bezpieczna? Czy to miało znaczenie?
Anna Dymna: Czułam się bardzo bezpieczna.
Miałam 18 lat, gdy zaczęłam
grać. Otaczali mnie przyjaciele, profesorowie,
u boku których grałam pierwsze
role. W Teatrze Starym poczułam, że
w pewien sposób weszłam do prawdziwej
rodziny. Pracowałam wyjątkowo dużo,
ale "nie" musiałam robić niczego przeciwko
swoim przekonaniom. Mogłam
powiedzieć nie i to było szanowane, nie
trzeba się było sprzedawać. Tkwiliśmy
w okrutnym systemie, ale w Teatrze Starym
był "wentyl wolności". Jak teraz
o tym myślę, to rzeczywiście byłam
w specyficznej sytuacji, bo moje poczucie
bezpieczeństwa było absolutne.
Justyna Kopińska: Czy miasto także
daje poczucie stabilizacji? W jaki sposób
Kraków wpływa na plany i cele?
Anna Dymna: Żyję w magicznym mieście.
Nie mówię o ludziach, władzach,
bo one cały czas się zmieniają. Kraków
ma coś takiego, co się czuje i tego nie da
się wytłumaczyć. Tu wszystko jest takie
moje, spędziłam tu dzieciństwo, młodość,
tu są moi bliscy, a przede wszystkim
teatr. Ja jestem ich aktorką, z Krakowa,
kwiaciarze tak zawsze mówią. Dali
mi już miliony kwiatów.
J.K.: Jeszcze zanim rozpoczęła Pani studia
aktorskie, chciała zostać psychologiem
klinicznym?
A.D.: Zdawałam na psychologię na UJ.
Zawsze chciałam dociekać przyczyn.
Dlaczego człowiek jest dobry? Dlaczego
pragnie, kocha? Aktor to jest bardzo
szczęśliwy zawód, bo starasz się zrozumieć
człowieka i pomóc innym go zrozumieć,
ale również dzięki fundacji wykonuję
pracę podobną do pracy psychologa.
W TVP2 od siedmiu lat prowadzę program
"Spotkajmy się", w którym rozmawiam
z ludźmi chorymi, niepełnosprawnymi.
Moje życie zatoczyło wielkie koło,
w niektórych sytuacjach pełnię teraz
funkcję podobną do psychologa, współpracuję
z lekarzami, specjalistami i uczę
się od nich niezwykłych rzeczy. A na scenie
czuję się jeszcze bardziej szczęśliwa.
J.K.: Jak działa fundacja, czy wysyłane
są listy do biznesmenów z prośbą
o wsparcie?
A.D.: Zanim zaczęłam prowadzić fundację,
otworzyłam Krakowski Salon Poezji.
Potrzebowaliśmy środków finansowych.
Zgłosiłam się do Izby Przemysłowo-
Handlowej i dostałam adresy do różnych
biznesmenów. Siedziałam przy telefonie
i dzwoniłam, prosząc o finansowe wsparcie
tej inicjatywy. Wtedy właśnie spotykałam
się pierwszy raz z ludźmi biznesu.
J.K.: Jakie były reakcje?
A.D.: Różne, choć ludzie znają mnie
ze "Znachora" czy "Barbary Radziwiłłówny",
więc reakcje zwykle są przychylne.
Czasem ktoś stawia warunki,
prosi o spotkania, żąda czegoś w zamian.
Zdarzają się ludzie, którzy chcą robić interesy.
Aktorki w potocznym mniemaniu
są naiwne, więc na początku przychodzili
naciągacze, którzy proponowali wykorzystanie
mojej twarzy za 100 zł miesięcznie
przy reklamowaniu podejrzanych interesów.
Teraz już wiedzą, jaki mam stosunek
do tych kwestii, więc takie propozycje
pojawiają się bardzo rzadko. Istnieją
także biznesmeni, którzy nam pomagają
i wspierają nas finansowo, ale chcą pozostać
anonimowi, nie robią tego ani dla reklamy,
ani dla rozgłosu.
J.K.: Czy zdarzają się ludzie ze świata
biznesu, którzy pomagają fundacji nie
tylko finansowo?
A.D.: Tak, ale nie jest ich wielu. Wolą
dać pieniądze, bo nie mają przecież czasu.
Zdarza się jednak, że przyjeżdżają do Radwanowic,
żeby zobaczyć, jak wygląda nasza
praca i bezpośrednio poznać naszych
podopiecznych. Moja fundacja prowadzi
tam warsztaty terapeutyczne dla osób
niepełnosprawnych intelektualnie, a od
dwóch lat budujemy dla nich w Radwanowicach
Dolinę Słońca, czyli ośrodek
terapeutyczno-rehabilitacyjny. Ludzie biznesu
uczestniczą czasem w naszych projektach,
ważnych wydarzeniach. Zdarza
się, że sami zgłaszają się z pomocą. Ale
przede wszystkim wspomagają fundację
różnymi sumami. Gdy dostajemy większe
pieniądze, to pilnuję, by ofiarodawca
nie dawał "na fundację", tylko na konkretny
cel. Zadajemy najpierw pytanie,
czy ktoś chce wesprzeć konkretnych podopiecznych,
czy budowę Doliny Słońca
lub Festiwal Zaczarowanej Piosenki. Gdy
jeszcze nie miałam fundacji, to usłyszałam
zdanie: "Na fundację dajemy. A ja
wiem, co oni z tymi pieniędzmi robią?
Dywany sobie kupują". Te "dywany" zapamiętałam
na całe życie. Dlatego zawsze
informuję, kto skorzysta z ofiarowanych
pieniędzy. Zbieramy na konkretne osoby
lub przedsięwzięcia, a nie na fundację.
J.K.: "W życiu nie ma krystalicznego
dobra i jednoznacznego zła. Dlatego,
gdy gram postać z natury negatywną,
pragnę pokazać, że ten ktoś być może
czyni źle tylko na skutek swojego cierpienia,
z powodu kompleksów, z jakiegoś
niedosytu życia" ("Warto mimo
wszystko", A. Dymna, W. Szczawiński).
Czy spotkała się Pani z zachowaniem,
którego nie była w stanie zrozumieć?
A.D.: Spotykam się z takim zachowaniem
coraz częściej. Poznaję młodych ludzi,
którzy nie wiedzą, co to jest dobro,
a co zło. Nikt z nimi o tym nie rozmawiał.
Jeśli popatrzymy na to, co propagują
media oraz na nasze życie polityczne,
dochodzimy do wniosku, że trzeba krzyczeć,
być ostrym, obrażać ludzi. Wtedy
jesteś górą i o tobie mówią.
Weźmy pierwszą z brzegu gazetę nastawioną
na sensacje i skandale. Świat pokazany
w takich pismach jest miejscem
zła, gwałtów, kradzieży, afer, oszustw.
Już same tytuły przyprawiają o zawrót
głowy. To się podobno świetnie sprzedaje,
a mnie to przeraża. W człowieku
jest wszystko, dobro i zło i wszystkie odchylenia.
W zależności od tego, gdzie
wyrośniemy, "to coś" się w nas rozwija.
My może byliśmy wychowywani w komunie,
ale dokładnie wiedzieliśmy, co
jest czarne, a co białe. Czego się nie powinno
robić, czego powinniśmy się wstydzić.
Teraz ludzie przestają sobie ufać.
Żyjemy w czasach, w których na każdego
znajdzie się haka, z każdego można zrobić
bandytę, opluć go. A tak nie można!
Człowieka należy szanować. Te proste zasady
są coraz mniej oczywiste. Za dużo
zajmujemy się złem, staje się ono bohaterem
naszych czasów, często najważniejszym
tematem naszego życia społecznego,
a w efekcie wzorem i normą. Uczę
młodych ludzi i obserwuję, jaki to ma na
nich wpływ.
J.K.: Używając metafory spektaklu teatralnego,
Goffman opisywał środki,
które stosujemy w życiu codziennym,
by osiągnąć zamierzone cele. Czy wszyscy
gramy?
A.D.: Gramy to złe słowo. My się uczymy
porozumiewać z ludźmi. Zaczęłam o tym
myśleć, gdy wychowywałam syna, a później,
kiedy zaprzyjaźniłam się z osobami
niepełnosprawnymi intelektualnie. Dziecko
działa odruchowo, sercem, ale dzięki
nam próbuje zrozumieć świat. Patrzy
na innych, stosuje zachowania i formy,
których używają dorośli. "Jak poproszę,
to dostanę, jak się uśmiechnę, to mnie
przytulą" - czy to jest gra? To są formy
konieczne do tego, żeby funkcjonować
w życiu. Osoby niepełnosprawne intelektualnie
są prawdziwe, uczciwe i czyste,
jak łzy w zachowaniach. Mózgami
nie zabijają uczuć. My robimy wszystko,
żeby nauczyć ich "zachowania". Chcemy
pokazać im nasze formy, aby nie zrażali
do siebie ludzi. Oni nie umieją kombinować,
grać. przebywając z nimi zrozumiałam,
ile rzeczy już w sobie zabiłam.
J.K.: To znaczy?
A.D.: Zabijamy odruchy poprzez formy.
Mamy ochotę do kogoś podejść i się
przytulić. Nie robimy tego, bo nam nie
wypada. Nie wypada mi pójść do reżysera
po premierze i zapytać: "I co, dobrze
grałam? Podobało ci się?". Będę czekała,
aż powie mi swoją opinię. Moi niepełnosprawni
przyjaciele jeszcze stoją na scenie,
a już pytają: "Ania! Dobrze zagrałem?".
Jeśli mają ochotę, to się do mnie
przytulają, płaczą albo głośno się śmieją.
My musimy tłumić pewne pragnienia
i emocje, bo jakby wyglądał świat, gdybyśmy
nie umieli nad nimi panować?
Nie można ich jednak całkiem w sobie
zabijać.
J.K.: Powiedziała Pani, że jest "dzika".
Na czym ta "dzikość" polega?
A.D.: Nie potrafię się pogodzić z wieloma
rzeczami, które w naszej rzeczywistości
stanowią normę. Źle się czuję na
wytwornych spotkaniach. Wolę z kimś
pogadać, w taki sposób, aby naprawdę go
wysłuchać, a na przyjęciach wszyscy kontaktują
się w pośpiechu i powierzchownie.
Zwykle tylko elegancko "międli" się
słowa i nic z tego nie wynika. Myślę że
bardzo często formy w życiu zabijają sens
wszystkiego, oddalają nas od siebie. Nie
lubię świata złożonego z przyjęć, znajomości,
układów. Wie pani, jakie rzeczy
naprawdę sprawiają mi przyjemność?
J.K.: Jakie?
A.D.: Wszystko, co najzwyklejsze: prace
i podglądanie roślin w ogrodzie, "rozmowy"
z moimi szalonymi kotami,
oswajanie ptaków, wędrówki po lasach.
Lubię spędzać czas tak, aby mało mówić
i żeby nikt na mnie nie patrzył. Ugotować,
zrobić nalewki, przetwory, spotkać
się z przyjaciółmi, ale poza środowiskiem.
To mi jest potrzebne do życia jak
tlen. Pragnę być zwyczajna. Całe życie
o to walczę, żeby nie zgubić zwyczajnego
człowieka, bo łatwo go zadeptać człowiekiem
na pokaz.