Afryka Północna - miejsce,
które inspiruje i przyciąga
twórców filmowych z Hollywood.
Różnorodność i niezwykłość
afrykańskich lokacji działa na
wyobraźnię, stając się ucieleśnieniem
tego, co rozumiemy jako szeroko pojętą
egzotykę.
Wystarczy skierować myśli
w tym kierunku, by zaraz wyobrazić sobie
tajemnicze, ukryte za woalem kobiety,
karawanę wielbłądów, niezwykle jasne,
przejrzyste światło, ogromną rozmaitość
krajobrazów, wśród których nie brakuje
ani bezkresu pustyni, ani kołyszących się
palm, ani nawet szczytów górskich pokrytych
śniegiem. To kraina, w której
gdzieś za rogiem może czaić się niebezpieczeństwo,
jednocześnie zaś to siedlisko
filmowych snów, baza dla powstania
światów realnych i całkowicie wymyślonych,
a zawsze jednakowo inspirujących.
Światów, które na ekranie stają się tak
żywe i prawdziwe, że niejednokrotnie
zdarza się nam - widzom - odsuwać na
dalszy plan wątpliwości, czy obraz Afryki
na taśmie filmowej ma cokolwiek wspólnego
z rzeczywistością.
Dom Skywalkera
Magia ekranu sprawia, że w pełni akceptujemy
proponowaną nam przez realizatorów
swoistą umowność. W ten sposób
przed naszymi oczami rozkwita wydobyta
z zapomnienia forma Koloseum,
gdzie do walki stają gladiatorzy - Maroko,
za pośrednictwem filmowych czarów,
przeistacza się w Rzym. Wymyślona
pustynna planeta Tatooine z uniwersum
"Gwiezdnych wojen" nabiera realnych
kształtów i budzi się do życia dzięki egzotycznej
wielowymiarowości krajobrazów
Tunezji. Tunezja staje się całkowicie
pełnoprawnym aktorem, kryjąc się pod
wymyślonym filmowym pseudonimem,
czerpiąc z bogactwa własnego pejzażu tak
samo, jak zdolny aktor czerpie z własnego
talentu i własnej wszechstronności.
Obserwując wyścig racerów z "Mrocznego widma" ani na chwilę nie wątpimy,
że trafiliśmy w inny świat... a jeśli zapragniemy
kiedyś odwiedzić Tunezję osobiście,
obejrzeć na żywo miejsca, które gościły
ekipę filmową, będzie to bardzo podobne
do prośby o autograf.
W Afryce Północnej nie brakuje bowiem
turystów, którzy trafili tam zainspirowani
magią filmu, wykraczającą swoją
realnością poza ekran. Pragną zobaczyć
prawdziwą Casablankę, ponieważ mają
w pamięci nieśmiertelną historię miłosną
Humphreya Bogarta i Ingrid Bergman,
dźwięki Marsylianki i "początek pięknej
przyjaźni". Fakt, że większość akcji filmu
dzieje się we wnętrzach, nie ma żadnego
znaczenia. Casablanca to symbol dla turystów
odwiedzających Maroko. Podobnie
rzecz ma się z tymi, którzy przechadzają
się po piaskowozłotych formacjach
na bezdrożach Tunezji, marząc o spędzeniu
nocy w "domu Luke'a Skywalkera".
Drâa Valley w Maroku wciąga nas w labirynt
uliczek i korytarzy, w których czasami
nie sposób odróżnić autentycznych
miejscowych budowli od dekoracji postawionych
dla potrzeb realizacji filmów, ale
to przecież właśnie tutaj kręcono "Gladiatora"
i "Lawrence'a z Arabii". Taka
wycieczka staje się przeżyciem jednocześnie
turystycznym i artystycznym.
Różne twarze Tunezji
Wreszcie można w pełni poczuć to, przez
co przechodzili bohaterowie. Od Sahary
bije skwar, łatwo stracić orientację;
trzeba tu zachować ostrożność i zadbać
o dobre przygotowanie. W Egipcie i Algierii
nie brakuje miejsc, gdzie sytuacja
jest zaogniona przez fanatyzm religijny
i ekstremizm może łatwo stać się zarzewiem
konfliktów, brutalnie integrując
filmowe wyobrażenie z prawdziwym życiem.
I odwrotnie: turystyka w Afryce
Północnej czerpie z powodzeniem z filmowych
inspiracji, oferując nam możliwość
wypicia drinka w "barze Humphreya Bogarta"
czy pójścia śladem Indiany Jonesa
w jego poszukiwaniu Arki Przymierza.
Różnorodna i niezwykła, kraina Afryki
Północnej łatwo zakłada na siebie rozmaite
kostiumy i z powodzeniem wchodzi
w rozmaite epoki, stając się domem
szekspirowskiego Otella, Tybetem bądź
Jerozolimą; wszystkie te kostiumy podziwiamy
z zapartym tchem, oglądając
potem "Jezusa z Nazaretu", "Ostatnie
kuszenie Chrystusa" czy "Kundun". Nawet
ekipa Monty Pythona, kręcąc swój
"Żywot Briana", wybrała się na wycieczkę
do Tunezji. A tak wysoko cenione przez
Akademię Filmową krajobrazy znane
nam z "Angielskiego Pacjenta"? Wąskie,
tajemnicze uliczki, trawiaste enklawy,
pustynne bezdroża i kryjące się w załomach
skalnych jaskinie... tak, to jeszcze
inna twarz tej samej Tunezji.
Zobaczyć Afrykę
Można zaryzykować twierdzenie, że nie
ma miejsca na Ziemi, które by w równie
płynny sposób łączyło współczesność
i tradycję, kosmopolityzm i egzotykę, realizm i fantazję. W którym
z równym powodzeniem
można spotkać kobietę owiniętą
od stóp do głów, jak i wystrojoną
w spódniczkę mini. Gdzie są potężne
centra handlowe i rozkrzyczane bazary
pełne inspirujących wyobraźnię
towarów. Gdzie przewodnik karawany
swobodnie konferuje przez telefon
komórkowy. Czas i przestrzeń
stają się pojęciem płynnym, w każdym
momencie można przywołać
dowolną epokę, z epoki komputeryzacji
i miniaturyzacji w jednej chwili
cofnąć się w głąb starożytności.
Jednak spojrzenie na Afrykę Północną
wyłącznie przez pryzmat filmowej
kreacji niesie w sobie niejakie
zagrożenie. Jeśli już zdecydujemy się
ją odwiedzić, przeobrazić się w głodnych
wrażeń, zaciekawionych turystów,
trzeba uważać na to, by np.
wspaniałości legendarnego Egiptu
postrzegać tak, jak je widzimy własnymi
oczami, a nie jak przyzwyczaiła
nas magia srebrnego ekranu. Złudzenie
taśmy filmowej jest wspaniałym
doświadczeniem, ale to jednak tylko
miraż i czasami niepotrzebnie prowadzi
nas wydeptaną ścieżką bądź
drogą stereotypu. Bogactwo Afryki
Północnej obroni się przed tym, jeżeli
tylko spojrzymy na nią z ciekawością,
otwartością i bez z góry wypracowanych
obciążeń