Rozebrał Pan wiele atrakcyjnych kobiet. Jak to się robi?
Marcin Meller: Dzwoni i się pyta.
Anna Laszuk: Jak przebiegają negocjacje?
Marcin Meller: Jak normalna rozmowa. Czasami dzwonię ja, czasami ktoś z redakcji. Na początku przypomina to takie badanie gruntu. Niedawno rozmawiałem z pewną aktorką, która kiedyś mówiła, że "Playboy - nigdy w życiu". Ostatnio zapytana w jakimś wywiadzie, nie potwierdziła tej tezy. W związku z tym zaproponowałem jej spotkanie towarzyskie. Rozstaliśmy się bez żadnej decyzji i zobaczymy. Może za parę miesięcy się dogadamy, a może nie. Zdarza się oczywiście tak, że zadzwonię i kobieta od razu mówi, że nie ma takiej możliwości. I ja czuję, że tak naprawdę jest. Ale jeżeli jest jakieś wahanie w głosie, rozmawiam jak miałaby wyglądać sesja, negocjujemy stawki.
A.L.: Co skłania kobiety do tego, żeby pozować nago na łamach "Playboya"?
M.M.: Ciekawość. Próżność. Pieniądze. Taki moment w życiu. Charakterystyczna u kobiet jest granica wieku około 30-tki. Nikt im wtedy nie powie, że chcą się wybić, a jednocześnie zdają sobie sprawę, że...
A.L.: ...że latka lecą?
M.M.: Że latka lecą i młodsze już nie będą. Trochę też na zasadzie: "a czemu nie?". Tak było w przypadku kilku osób, Kayah czy Magdy Wójcik. Najpierw stanowczo mówiły: "nie, nie, nie", a potem powiedziały: "tak". Różne są motywacje. Ja w to nie wnikam.
A.L.: Jakie kobiety chcą oglądać mężczyźni?
M.M.: Przede wszystkim Polki. Po to zrobiliśmy badania, żeby mieć twarde dane, a nie tylko opierać się na intuicji. Cokolwiek można by sądzić o Dodzie, prawda jest taka, że kiedy jest na okładce, sprzedaż frunie. Pamiętam taką historię przy jej pierwszym pictorial, kiedy policja, bodajże w Poznaniu, apelowała do kierowców, żeby patrzyli na szosy, a nie billboardy z Dodą, bo były stłuczki. Panowie się gapili i wjeżdżali komuś w tyłek.
A.L.: Ale gusta panów różnią się w poszczególnych krajach. W czym polski "Playboy" jest inny od pozostałych edycji?
M.M.: Praktycznie każde Cosmo na świecie wygląda tak samo: około 80% identycznych materiałów, taki sam layout, podobny sposób redagowania.
Z "Playboyem" jest zupełnie inaczej, to znaczy Amerykanie dają licencję, możliwość korzystania z zasobów i to tyle. Na przykład brazylijska edycja jest bardzo skupiona wokół seksu. Wszystko kręci się wokół tego tematu: tu analny, tam oralny. Po prostu seks, seks, seks. Z kolei polski, niemiecki czy rosyjski są bardziej life style'owe, z większą ilością poważnych tekstów, innym doborem zdjęć. Generalnie polski "Playboy" jest wyżej postawiony w sensie wizerunkowym.
A.L.: Kto tworzy taki wizerunek?
M.M.: Tak naprawdę, to co się ukazuje w "Playboyu" jest decyzją redakcji, ze mną na czele. Wiem, że są pewne kobiety, które cieszą się popularnością, a ja ich nie chcę, bo mi nie pasują.
A.L.: Z jakich powodów nie pasują?
M.M.: Różnych, na przykład kwestia gustu.
A.L.: Czyli prywatnych?
M.M.: Tak. Analogicznie jest z bohaterami wywiadów. Ich wybór to kwestia decyzji redakcji. Młodzi, śliczni i popularni zazwyczaj mają niewiele do powiedzenia. Aczkolwiek są wyjątki potwierdzające regułę. Borys Szyc wybrał stylizację na bad boya i w ramach tej stylizacji jest świetny. Chuligański. Maciek Stuhr ma z kolei fantastyczny talent komiczny i jest mądrym facetem. Ma coś do powiedzenia. Generalnie jednak najlepsze wywiady wychodziły nam z Janem Nowickim czy Kazimierzem Kutzem. Więckiewicz jest świetny na rozmowę, ale on ma cztery dychy. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że w sensie marketingowym byłoby łatwiej, gdyby ciągle występowały gwiazdy seriali, ale ja tego nie chcę, przynajmniej dopóki mogę, a "Playboy" się sprzedaje.
A.L.: Wydawca nie naciska na wyższe słupki sprzedaży?
M.M.: Sprzedaż jest taka, że wystarczy. "Playboy" ma drogie reklamy, dlatego wpływy są bardzo dobre, wyższe niż w wielu pismach o większym nakładzie. Jesteśmy chyba na 11. miejscu. Nakład utrzymuje się na poziomie 100 tysięcy, sprzedaż w granicach 70-75 tysięcy, a trzeba przyznać, że rynek prasy dla mężczyzn kuleje w Polsce. Dlatego Gr(u)ner ma licencję na "GQ", bardzo fajny magazyn dla facetów, i nie wprowadza go do obiegu. Boją się, że tu się nie sprzeda. Na Zachodzie jest "Esquire", "Max", "Arena". Pomijam takie kraje, jak Włochy, gdzie można uraczyć męskiego "Vogue'a".
A.L.: Jak zareagował Pana ojciec - wykładowca, ambasador w Rosji i we Francji, minister spraw zagranicznych - na wieść, że zamienia Pan poważną "Politykę" na prasę erotyczną?
M.M.: Tak naprawdę pierwszego "Playboya" podprowadziłem właśnie tacie.
W końcu w latach 70. pracował jako tłumacz w "Forum", jednym z dwóch czy trzech miejsc w Polsce, gdzie ten tytuł przychodził formalnie. Oczywiście konsultowałem się z nim w tej sprawie. Po licznych wahaniach powiedział, żeby to brać.
A.L.: Kogo Pan się radzi bądź radził
w zasadniczych sprawach?
M.M.: Siostry, ojca, paru przyjaciół.
A.L.: O co ostatnio pytał Pan swoich bliskich?
M.M.: Czy prowadzić "Dzień Dobry TVN".
A.L.: Z perspektywy ocenia Pan, że warto?
M.M.: Moja praca jest w "Playboyu". W "DD TVN" się bawię.
A.L.: Spełnia Pan swoje ambicje w śniadaniowym programie?
M.M.: Tak, gdyby było inaczej, nie robiłbym tego. Miałem inne propozycje, z których nie skorzystałem. Gdybym miał prowadzić codziennie taki program, pewnie bym nie chciał, ale to tylko cztery poranki w miesiącu. Pomijam, że to bardzo korzystne dla mojego zdrowia, bo poprzedniego wieczora muszę iść grzecznie do łóżeczka. To już nie te lata, teraz czwartkową imprezę odczuwam jeszcze w sobotę. W "DD TVN" zajmuję się rozrywką. Mając dwie rzeczy na szali, "Playboya" i "DD TVN", wybrałbym to pierwsze.
A.L.: A nie myślał Pan o tym, żeby zostać politykiem, biorąc pod uwagę pasje ojca i dziadka?
M.M.: Nie. Przez chwilę na studiach, ale to było żartem, kiedy działałem jeszcze w NZS-ie. To nie dla mnie. Lubię odpowiadać sam za siebie.
A.L.: Polityk teoretycznie odpowiada sam za siebie.
M.M.: W Polsce partie coraz bardziej stają się strukturami i praktycznie wielkimi przedsiębiorstwami, gdzie tak naprawdę trzeba pilnować linii partyjnej. Wiadomo, są szaleńcy w stylu Palikota, Niesiołowskiego czy z drugiej strony Kurskiego.
A.L.: Jak ocenia Pan wyskoki Palikota?
M.M.: Mnie to bawi. A z racji tego, że mnie to bawi, nie nadaję się do polityki. Takie mam poczucie humoru. Palikot może sobie pozwolić na wszystko. Ma 300 milionów na koncie, więc może wymachiwać penisem, pistoletem i robić to, co mu fantazja podpowie. Natomiast ja mam tak przedziwny melanż poglądów, że nie ma takiej partii.
A.L.: Może warto założyć nową?
M.M.: Nie, nie. Wolność jest dla mnie jedną z najważniejszych rzeczy w życiu
i to mi się kłóci z byciem politykiem.
A.L.: Być może dlatego przypisuje się Panu "nieznośną lekkość bytu", bo przecież nie tylko z powodu literackiej miłości do Kundery. Chyba że to genetyczne, bo Stefan Meller potrafił zaparkować samochód, po czym wracał na piechotę, nie pamiętając, gdzie zaparkował?
M.M.: Ja nie zapominam. Chociaż...? W tym naszym roztargnieniu, ojciec był bardziej poukładany. Tak naprawdę wszystko zależy od tego, jak się zorganizuje przestrzeń wokół siebie. Jestem potwornym bałaganiarzem, ale w redakcji mam zastępcę, który chyba w poprzednim wcieleniu był niemieckim inżynierem. Jest moją pamięcią zewnętrzną. Mam też asystentkę, która pilnuje bieżących spraw. De facto, mogę wymyślać różne rzeczy, które zrzucam na nich,
a oni to układają w piękne kwadraty.
A.L.: Ale nie zawsze jednak tak było.
Z "Polityki" wyrzucili Pana za niedotrzymywanie terminów.
M.M.: Wyleciałem, a potem wstawili się za mną inni dziennikarze. Po pół roku dostałem sygnał, że mogę ubiegać się
o ponowne przyjęcie, ale ja wtedy przyszedłem i powiedziałem, że wyjeżdżam do Afryki. Jeżeli byliby tak mili, dali mi legitymację prasową i jeszcze jakieś fundusze, to będę szczęśliwy. To było bezczelnością - tak to oceniam dzisiaj i nie zrobiłbym czegoś takiego drugi raz. Ale wtedy, o dziwo, zadziałało.
A.L.: Na zakończenie: miałby Pan coś przeciwko temu, żeby Pana obecna żona, Ania, pozowała w "Playboyu"?
M.M.: (śmiech) Jej sprawa, ale wiem, jakie ma podejście. Jest ostrą feministką, więc podejrzewam, że odstrzeliłaby genitalia proponującemu.