Często mamy jakieś pasje w młodości, ale potem o nich zapominamy albo je marginalizujemy, a u Pana pasja przerodziła się w zawód, sposób zarabiania pieniędzy. Jak zostaje się żeglarzem?
Mateusz Kusznierewicz: Dobrze jest mieć marzenia i jakiś cel w życiu. W młodości miałem sporo zainteresowań, aż spróbowałem żeglarstwa, które stało się moją pasją. Obecnie jestem zawodowym żeglarzem, który właśnie przygotowuje się do wyjazdu na swoje czwarte Igrzyska Olimpijskie. Co ciekawe, dziś ten sport pasjonuje mnie bardziej niż kiedyś. Każdy dzień, kiedy wypływam na morze czy jezioro, jest dla mnie wyjątkowy. Mam 32 lata, a zacząłem żeglować w wieku 9 na Zalewie Zegrzyńskim. Na pierwsze igrzyska pojechałem w wieku 21 lat, a od 16 jestem
w sporcie olimpijskim. Kawał czasu...
Beata Steć: Co Pana w tej pasji najbardziej pociąga? Moment zawodów, rywalizacja czy może jest to jeszcze coś innego?
Mateusz Kusznierewicz: Jestem urodzonym fighterem, walecznym aż do bólu. Wielką przyjemność sprawia mi ściganie się i rywalizacja w zawodach, nie tylko w żeglarstwie, ale w ogóle w sporcie. Na co dzień w życiu z nikim się nie ścigam, jestem raczej ułożony i spokojny. Innym powodem, dla którego lubię ten sport, jest kontakt z naturą. Rano, kiedy jeszcze rosa jest na trawie, wielką przyjemność sprawia mi spacer boso po ogrodzie. Kocham ciszę, zapach wiatru, promienie słońca bądź deszcz, który uderza o taflę jeziora. Kiedy wypływam na łódce, zostawiam za sobą miasto i jego cały zgiełk. Niezależnie czy to jest ciężki trening, czy zawody, to mam wielką frajdę z kontaktu z wodą. Lubię słyszeć, jak moja łódka przecina fale
i czuć, jak przenika mnie wiatr.
B.S.: Jest Pan samotnikiem?
M.K.: Jestem jedynakiem. Przez wiele lat żeglowałem sam i czasami lubię pobyć w samotności. Ale dobrze się czuję w towarzystwie drugiej osoby albo większej grupy. W życiu, na łódce czy w podróżach rzadko bywam sam.
B.S.: Przez 20 lat był Pan sobie sterem, żeglarzem
i okrętem. Po 2005 roku przeszedł do klasy Star i od tamtej pory to się zmieniło...
M.K.: I dzisiaj bym nie wrócił do żeglowania samemu. Może dlatego, że trafiłem na znakomitego człowieka. Mówię o Dominiku Życkim, z którym teraz pływamy. Przez wiele lat byliśmy rywalami, ale także dobrymi przyjaciółmi. Mam chyba szczęście do ludzi, bo z Dominikiem
i innymi dobrze mi się żegluje. Ta dyscyplina sportu jest na tyle skomplikowana, że czasami nie wystarcza czasu ani rąk do pracy. Świetnie podzieliliśmy między siebie obowiązki i jest dużo łatwiej.
B.S.: O czym rozmawiacie podczas zawodów?
M.K.: Prawie wszystkie tematy dotyczą aktualnej sytuacji na wodzie i walki. Natomiast czasami, żeby rozładować napięcie, któryś z nas powie jakiś żarcik i wybuchamy śmiechem. Ale po chwili wraca koncentracja i Dominik woła: "Mateusz, skup się, balastuj mocniej, szukaj wiatru". Mamy sporo czasu, aby porozmawiać, bo cały dzień spędzamy na łódce.
B.S.: Od niedawna pływa Pan również w teamie zawodowym. Jak rozpoczęła się Pana przygoda z nową klasą regatową RC 44, która dopiero zaczyna być popularna na świecie?
M.K.: Ja ten team stworzyłem. Od dłuższego czasu myślałem, aby zacząć pływać na większych jachtach. Żeglarstwo jest bardzo ciekawe, to sport olimpijski, oceaniczny, a także regaty na jeziorach. Są też jachty dużo większe. W Polsce tradycja żeglowania na tych jachtach jest skąpa. Było parę prób, ale sprawa okazała się trudna.
B.S.: Chodziło o pieniądze?
M.K.: O pieniądze i o sprawy organizacyjne. Odwagę i możliwości poprowadzenia takiego projektu. Od jakiegoś czasu zamierzałem żeglować na dużych łódkach. Myślałem, żeby przenieść się do innego kraju i tam pływać. Jednak przez tyle lat budowałem swoją markę, że postanowiłem podjąć się tego wyzwania tu, w kraju. I udało się. Ponad rok pracowałem nad tym projektem. Jesienią 2007 roku zbudowaliśmy łódkę i zaczęliśmy żeglować w Organika Sailing Team
w klasie RC44.
B.S.: Duża, szybka łódka, 8 osób na pokładzie. Jak Panu udaje się przystosować do nowych okoliczności? Na czym polega specyfika pływania w tej klasie?
M.K.: Dopiero uczę się organizacji i prowadzenia załogi. Tym bardziej, że łódką steruje właściciel jachtu, a nie ja. Na regatach są jeszcze trymerzy grota, trymerzy foka, dobierający żagle, czyli młynkowi, i dziobowy. Każdy ma wyznaczoną pozycję. Ja jestem dyrektorem sportowym całego projektu i taktykiem w czasie wyścigów. Jest to dla mnie nowe doświadczenie. Muszę mówić sternikowi, co należy zrobić: jaki zwrot wykonać, określić gdzie jesteśmy i gdzie chcemy się znaleźć czy rozpędzić łódkę. Do tej pory byłem przyzwyczajony myśleć i wykonywać to sam, teraz muszę wszystko werbalnie przekazać załodze. Na początku był to koszmar! Wydawało mi się, że jak o czymś pomyślę, to wszyscy już o tym wiedzą.
B.S.: Będziecie brać udział w zawodach?
M.K.: Będziemy startować w 6 regatach w każdym sezonie. Są to regaty w miłych miejscach: Dubaju, Sardynii, Portugalii, Austrii, we Włoszech i Szwajcarii. Może jeden cykl regat zorganizujemy
w Stanach, a w przyszłym roku w Sopocie. Więc dobrze i ciepło myślę o tym projekcie.
B.S.: Wspominał Pan o różnych akwenach. Jakie wody należą do Pana ulubionych?
M.K.: Moim ulubionym miejscem jest odległa Nowa Zelandia. Tam czuję się najlepiej. To drugi koniec świata, żeby tam polecieć, cały dzień trzeba spędzić w samolocie. Bardzo lubię tamte rejony pod względem żeglowania i życia.
B.S.: A jak żyje się w Nowej Zelandii?
M.K.: Są tam uroczy ludzie żyjący bez pośpiechu, szaleństwa w oczach i stresu. To jest odległy raj na Ziemi - wyspy wulkaniczne otoczone wodą. Wulkany wyłaniają się z głębi oceanu. Kraj zadziwia bogactwem kolorów i zapachów. Żyje się tam dobrze, miło, spokojnie i przyjemnie.
B.S.: Zatem jest to sentyment do miejsca. A gdzie jeszcze są dobre warunki do żeglowania?
M.K.: Dobre warunki są na Majorce czy u wybrzeży Portugalii. Bardzo lubię ścigać się również na kaszubskich i mazurskich jeziorach.
B.S.: Czy pływa Pan również dla przyjemności - rekreacyjnie?
M.K.: Jak mam wolny czas, to staram się skorzystać z innych możliwości. Zimą są to narty, snowboard, latem - deska wind-surfingowa, chcę się nauczyć pływać na kajcie. Mam niewiele czasu, bo ok. 250 dni w roku spędzam żeglując sportowo. Ale chciałbym na ładnym akwenie popływać wraz z przyjaciółmi katamaranem.
B.S.: Czy ma Pan swoją łódkę?
M.K.: Mam ich kilka. Część należy do mnie, a część do Polskiego Związku Żeglarskiego. Jest też łódka RC44, która należy do właściciela całego projektu. To jest maszyna wyścigowa - Formuła 1
w żeglarstwie. Niesamowity jacht ślizgowy, który rozwija duże prędkości.
B.S.: Nie myślał Pan o rejsach okołoziemskich?
M.K.: Specjalizuję się w żeglarstwie regatowym, nie w żeglarstwie morskim. Żeglujemy na oceanach, ale gdzieś blisko brzegu, i ścigamy się na krótkich trasach. Nie sprawia mi przyjemności pływanie nocą. Lubię widzieć wiatr i to, co się dzieje dookoła. Mam chorobę morską. Jak wypływam gdzieś daleko i zaczyna bujać, to nie czuję się dobrze.
W żeglowaniu regatowym to nie przeszkadza, natomiast na oceanie trochę bym się namęczył.
B.S.: Jakie ma Pan marzenia żeglarskie
i pozażeglarskie?
M.K.: Zbliżają się Igrzyska Olimpijskie, więc moim marzeniem jest zdobycie trzeciego medalu olimpijskiego na tych zawodach. Chciałbym nadal rozwijać swoje umiejętności żeglarskie, bo to mi sprawia największą przyjemność. A prywatnie, żeby wszystko się układało jak do tej pory. Jestem człowiekiem, który cieszy się życiem. Chciałbym tworzyć i żyć w takim tempie jak teraz. Abym miał trochę więcej czasu dla siebie i bliskich i na inne pasje: podróże, narty, kajta, golfa
i tenisa. Chciałbym nauczyć się robić porządne zdjęcia, bo zawsze ciągnęło mnie do fotografii.
B.S.: Mistrzowsko steruje Pan łódką, czy jest Pan równie dobrym strategiem
i taktykiem w życiu?
M.K.: Pracuję nad tym. Każdego dnia się uczę czegoś nowego. Wszystkie decyzje, które podejmuję, są przemyślane.
B.S.: Ma Pan pomocników, managera?
M.K.: Asystentkę, która mi pomaga. Współpracuję z wieloma osobami, z którymi się konsultuję. Jak na razie wszystko układa się po mojej myśli. To jest bardzo ciężka praca, nie tylko moja, ale wielu innych osób, przez cały czas się tego uczę.
B.S.: Chyba niechętnie odnosił się Pan do propozycji wystąpienia w reklamie, czy to się zmieniło?
M.K.: Nie występuję zbyt często w reklamach. Jest to działanie zamierzone. Do udziału w reklamie telewizyjnej prawo ma tylko mój sponsor główny, firma Era. Natomiast wszyscy inni moi partnerzy - Omega, Mercedes, Organika czy Diners Club International - to są firmy, z którymi realizujemy działania promocyjno-reklamowe skierowane bezpośrednio do klienta. Nie chciałem, aby mój wizerunek był wykorzystywany w zbyt wielu czy zbyt przypadkowych reklamach. Nastawiam się na długofalową współpracę
z partnerami biznesowymi, a nie na szybki cash, tak bardzo dzisiaj popularny. Jestem w tej kwestii bardzo zorganizowany i nie ukrywam, że mam satysfakcję z tego, co osiągnąłem do tej pory. Słyszę od specjalistów z branży, że jest to dobra droga
i nie popełniam tu żadnych błędów.
B.S.: Czy czuje się Pan już przygotowany do Olimpiady w Pekinie?
M.K.: Na całe szczęście mam jeszcze przed sobą 8 miesięcy. Gdybym dzisiaj miał wystartować, to nie starczyłoby mi siły i do sierpnia moja forma by spadła. W sporcie kondycję buduje się sukcesywnie. Do kulminacyjnego momentu 8.08.2008 chcę być w tej najwyższej formie. Aby wraz z Dominikiem móc pokazać światu, kto jest najlepszy.
B.S.: Zapewne poprzeczka na olimpiadzie ustawiona będzie bardzo wysoko...
M.K.: Będzie mi dużo trudniej zdobyć medal niż na innych Igrzyskach Olimpijskich. Panują tam niełatwe warunki: nasi rywale to najlepsi żeglarze na świecie, łódki są nowe. Ale do odważnych świat należy! Dzisiaj jesteśmy pierwsi
w rankingu Pucharu Świata, pokazaliśmy, że potrafimy zwyciężyć. Nie będziemy jechać jako główni faworyci, ale myślę, że to nawet dobrze.
B.S.: Jak Pan wróci z medalem z Pekinu, to co dalej?
M.K.: Mam nadzieję, że będzie długie świętowanie (śmiech). Ale tak naprawdę dużo pracuję przy innych projektach. Przygotowujemy budowę hotelu SPA
w miejscowości Swornegacie na Kaszubach z przystanią i wioską żeglarską. Prawdopodobnie wejdę też w świat mediów. Dostałem bardzo ciekawą propozycję, którą rozważam.
B.S.: Własny program?
M.K.: Coś większego, ale muszę się zastanowić, czy podołam temu wyzwaniu. RC 44 Organika Sailing Team to na pewno jest moja przyszłość. Pracy mam więcej, niż możliwości czasowych.