ESSENCE
Magazyn ludzi sukcesu esencja
dobrego
smaku

Skazany na EURO 2012

Bywa sentymentalny. Rozczula się, słuchając poezji śpiewanej, uwielbia bluesa. Jego namiętnością jest... koszykówka, a wielkim marzeniem - wyjazd do Nowej Zelandii. Uwierzył, kiedy inni zwątpili, że Polska i Ukraina mogą odnieść sukces w staraniach o EURO 2012. Michał Listkiewicz, prezes PZPN, filolog hungarystyki, opowiada m.in. o swoim życiu i mocnych stronach polskiej piłki nożnej.

Rozmawiała Beata Steć

Michał Listkiewicz, prezes PZPN

Panie prezesie, gratulacje! Czy czuje się Pan autorem sukcesu EURO 2012

Michał Listkiewicz: Czuję się tylko częścią dobrze funkcjonującej maszyny. Jeśli chodzi o ten trybik, którym byłem ja, to uważam, że kręcił się bardzo sprawnie.

Wszystko, co miałem do zrobienia, zrobiłem najlepiej, jak potrafiłem. Natomiast ten sukces jest udziałem setek osób po stronie ukraińskiej i po stronie polskiej na różnych szczeblach. Na pewno PZPN największą odpowiedzialność miał w pierwszej fazie, czyli w latach 2003-2005, kiedy przeszliśmy do finału. Starania o zwycięstwo w finałowej trójce były pracą związku, rządu i samorządu, prezydentów miast i dużej liczby ludzi.

Beata Steć: Uwierzył Pan, kiedy inni zwątpili?

Michał Listkiewicz: Cały czas wierzyłem i dlatego m.in. nie poddałem się nagonce, terrorowi i wywieranej na mnie presji, że mam odejść, bo toleruję korupcję, bo nie radzę sobie ze związkiem. Wiedziałem, że od medialnych połajanek ważniejszy jest cel, a tym celem był dzień 18 kwietnia.

B.S.: Z czego wynika Pana determinacja?

M.L.: Może z odporności na trudne sytuacje. Przeżyłem wiele wspaniałych chwil, jak chociażby udział w finale mistrzostw świata jako jedyny Polak w historii, ale i tragicznych, jak zamordowanie mojej mamy. Życie mnie uodporniło.

B.S.: Ukończył Pan studia mało sportowe, bo filologię węgierską. Czy ma Pan jakiś szczególny sentyment do tego kraju?

M.L.: Zawsze lubiłem uczyć się języków, to był mój konik. Mam sentyment do tego kraju. Przede wszystkim urzekli mnie tam ludzie. Niesłychanie serdeczni, gościnni i ciepli. Niekoniecznie w Budapeszcie, ale przede wszystkim na prowincji węgierskiej. I klimat, szczególnie na wschodzie Węgier, który przypominał mi klimat mojego dzieciństwa - czas, który spędzałem u babci na wsi pod Kaliszem. Zaimponowało mi ogromne poszanowanie tradycji. To jest wspaniały naród, który przetrwał otoczony przez inne narody słowiańskie i zachował swoją kulturę, język i tradycję. Miałem i mam tam wielu kolegów i przyjaciół. To jest moja druga ojczyzna i było mi trochę przykro, że musieliśmy z nimi rywalizować o EURO.

B.S.: Co się stało, że po ukończeniu filologii węgierskiej wybrał Pan jednak sport?

M.L.: Jak miałem 10 lat mój ojciec wraz ze swoim przyjacielem, aktorem Marianem Łączem, zabrali mnie na mecz piłkarski Polonia - Warszawianka. I wciągnęło mnie to. Chociaż w rodzinie nie było tradycji sportowej.

B.S.: Podobno był Pan dobrze zapowiadającym się sędzią koszykówki, a związał się z futbolem?

M.L.: Sędziowałem przez pewien czas równolegle w obu dyscyplinach. Może fakt, że trafiłem pod skrzydła znanego sędziego Andrzeja Libicha, który mnie wypromował, przesądził, że wybrałem piłkę nożną, choć w nią nie gram. Koszykówka do dzisiaj jest moją wielką miłością. Chodzę na prawie każdy mecz w Warszawie. Dwa razy w tygodniu gramy z grupą przyjaciół m.in. z Jerzym Engelem - moim zastępcą i jego żoną, byłą reprezentantką Polski w koszykówce.

B.S.: Mocne strony polskiej piłki nożnej?

M.L.: Popularność futbolu i jego znajomość wśród polskiego społeczeństwa. Do Niemiec, gdzie graliśmy mistrzostwa świata w ubiegłym roku, przyjechało kilkadziesiąt tysięcy Polaków. Nawet po przegranych meczach, na ostatnim, kiedy graliśmy tylko o prestiż, było 30 tysięcy ludzi z Polski. Drugim atutem są młode talenty. Wspaniały profesjonalista Leo Beenhakker, który u nas teraz pracuje, powiedział, że pod względem talentów nie ustępujemy Holandii, Hiszpanii i Francji. Niestety później ich kariery gdzieś gasną z różnych powodów. Ma na to wpływ jakość szkolenia, słabe boiska, złe warunki do treningu i kadra szkoleniowa. Trenerzy dzieci i młodzieży są nisko opłacani. Do silnych punktów zaliczyłbym również wspaniałe tradycje piłkarskie: złoto olimpijskie, medale mistrzostw świata i legendy piłki nożnej, takie jak chociażby nasi wielcy trenerzy: Kazimierz Górski i Antoni Piechniczek.

B.S.: Ocenił Pan, że prezentacja polskoukraińska wypadła najlepiej. Jakie argumenty przemówiły do UEFA, że zostaliśmy gospodarzami mistrzostw Europy?

M.L.: Myślę, że mieliśmy bardzo dobrze przygotowaną przez miasta i sztab 300-stronnicową dokumentację zgłoszeniową, czyli symulacje komputerowe, finansowe, zdjęcia lotnicze i plany. Drugą kwestią jest polityka UEFA, która chce włączać nowe kraje i regiony w organizację imprez. UEFA jest konsekwentna i stwarza szansę nowym państwom, na zasadzie: damy wam wędkę, a wy złówcie sobie ryby. Pierwszym sygnałem był finał Ligi Mistrzostw w Moskwie w 2009 roku, a następnie zielone światło dla Polski i Ukrainy w 2012 roku. Nasza prezentacja była najlepsza, bo wystąpili żywi ludzie, wielkie gwiazdy sportu: Irena Szewińska, Grzegorz Lato, Włodek Smolarek czy Jerzy Dudek. Ze strony ukraińskiej zaprezentowali się Sergiej Bubka, Andrzej Szewczenko i Władimir Kliczko. Inne prezentacje oparte były na komputerowych i laserowych popisach, nasza prezentacja była bardziej ludzka.

Michał Listkiewicz i Hryhorij Surkis -  prezes Ukraińskiej Federacji Piłkarskiej

B.S.: Kto odegrał większą rolę w staraniu o organizację mistrzostw, Ukraina czy Polska?

M.L.: Ukraina na pewno większą, tym bardziej, że oni byli pomysłodawcami. To Ukraina wpadła na pomysł w 2003 roku i przekonała nas, że warto się przyłączyć. Więc choćby z racji tego należy im się troszeczkę więcej zasług.

B.S.: Czy nie obawia się Pan, że zaangażowanie polityków w mistrzostwa Europy może mieć również negatywny aspekt? Czy nie będą oni bardziej zainteresowani zbijaniem politycznego kapitału?

M.L.: Gdyby Polska była w sytuacji takiej jak Niemcy, Anglia czy Francja, to oczywiście najlepiej, gdyby polityków nie było w komitecie organizacyjnym. Natomiast w naszym przypadku tylko udział polityków może sprawić, że ruszymy z budową infrastruktury pozasportowej. Ani PZPN, ani Polski Komitet Olimpijski, ani prywatni menadżerowie nie są w stanie sprawić, żeby powstała autostrada, aby rozbudowano lotniska, aby zapadła decyzja o budowie hoteli. To musi się dziać na szczeblu politycznym. Dlatego w naszej sytuacji jest to dobre rozwiązanie.

B.S.: Politycy mają więc pole do popisu?

M.L.: Politycy, jeśli poradzą sobie z EURO, mają wielką szansę na zdobycie ogromnej sympatii społecznej. Jeżeli wywiążemy się z obietnic złożonych UEFA i okaże się, że ocena EURO przez UEFA będzie wysoka, to wtedy ta ekipa polityczna, która się do tego przyczyniła, moim zdaniem, ma przed sobą wiele lat błogiego rządzenia.

B.S.: Czy w innych krajach polityka ma duży wpływ na sport? Jak Polska wypada na tle innych państw?

M.L.: Obecnie na świecie istnieje tendencja, aby sport się uniezależnił od polityki. W Polsce jest odwrotnie. Niestety jesteśmy na niechlubnej liście państw, gdzie FIFA musiała interweniować, aby zakończyć ingerencję polityczną w sport. Prezydent FIFA, Joseph Blatter, był u prezydenta Lecha Kaczyńskiego z osobistą interwencją, żeby odwiesić władze PZPN. Takie problemy były w Grecji, Portugalii, w krajach Afryki i Azji. Nie jest dla nas wszystkich powodem do dumy, że jesteśmy na liście obok Gabonu, Jemenu i tego typu krajów.

B.S.: Czy organy kontroli, które jeszcze całkiem niedawno sprawdzały PZPN, znalazły jakieś dowody? Jeśli nie, czy oczekiwałby Pan przeprosin za bezpodstawne oskarżenia?

M.L.: Z tego co wiemy, organy kontroli nie wykazały jakichś znaczących uchybień. W każdej działalności można coś wytknąć, a szczególnie w tak wielkiej organizacji, to jest oczywiste. Natomiast mnie nie oskarżono osobiście o jakieś niecne czyny. Dlatego nie oczekuję żadnych przeprosin. Owszem, mówiono, że jestem zbyt łatwowierny, ufny i mało widzę. Jednak nie są to zarzuty, za które należałoby się obrażać. W dużym stopniu media zrobiły ze mnie wroga publicznego numer jeden. Myślę, że opłaciło się znosić te wszystkie przykrości, aby przeżyć to, co przeżyłem w Cardii.

B.S.: Czy powołano sztab koordynujący przygotowania naszej federacji do organizacji mistrzostw Europy? Kim są te osoby, może Pan wymienić nazwiska?

M.L.: Sztab PZPN zamierzamy powołać w ciągu najbliższych tygodni, jego szefem będzie Adam Olkowicz, który był zastępcą przewodniczącego sztabu rządowego przez ostatnie lata. Jest osobą niezwykle kompetentną. Chcemy dobrać jeszcze kilka osób.

B.S.: Co będzie należało do zadań sztabu? Ile sztabów w ogóle zostanie powołanych?

M.L.: Myślę, że będą działały trzy komórki. Jedna to komitet organizacyjny powołany przez premiera, druga to sztab fachowców powołanych przez ministra sportu i trzecia to zespół w PZPN. Naszym zadaniem będzie głównie współpraca z UEFA i Ukrainą. Natomiast przyjdzie moment w 2008 roku, kiedy UEFA weźmie sprawy w swoje ręce i to ona będzie decydować o najważniejszych sprawach, tak jak zawsze ma to miejsce. Zostanie powołana spółka na prawie szwajcarskim, w skład której wejdą przedstawiciele Polski, ale decydujący głos należał będzie do UEFA, czyli organizacji szwajcarskiej.

B.S.: Jaką rolę widzi Pan dla siebie w organizacji mistrzostw?

M.L.: Widzę rolę znaczącą. Myślę, że będę osobą, do której UEFA może się zwracać z różnymi sprawami. Być może włączy mnie w skład swojego zespołu. Działam w tej organizacji od kilkunastu lat i cieszę się tam zaufaniem i prestiżem.

B.S.: Podobno Ukraina, która ma stadiony o wyższym standardzie niż Polska, chce przeznaczyć większą sumę pieniędzy na przygotowania do mistrzostw niż my?

M.L.: Jeszcze nie ma oficjalnych kwot ani z jednej, ani z drugiej strony. Ukraina nie będzie mieć problemów finansowych, bo w sztabie znaleźli się najbogatsi ludzie - oligarchowie. Tam jest zupełnie inny system polityczny, system dekretowy. Dekrety prezydenckie czy gubernatorskie załatwiają wszystko. Łatwiej jest podejmować decyzje.

U nas procedury są bardziej skomplikowane: długie przetargi, odwołania od przetargów. Moim zdaniem, jeśli nie powstanie specjalna legislacja pod kątem EURO 2012, to będziemy mieli kłopoty. Musi być zielone światło dla inwestycji na EURO 2012. Istotne jest, aby inwestycje związane z EURO miały krótszą ścieżkę, jeśli chodzi o przetargi, wywłaszczenia, odszkodowania itd. Budżet czołowych klubów na Ukrainie jest dużo wyższy niż polskich. Pieniądze przeznaczone na infrastrukturę sportową na Ukrainie są, moim zdaniem, trzy-, czterokrotnie wyższe niż u nas. Siedziba PZPN jest taka sobie, a federacja ukraińska ma nowoczesną siedzibę, której mogą jej pozazdrościć Anglia i Niemcy.

B.S.: Czy myśleliście Państwo o zmianie siedziby?

M.L.: Byłem właśnie na rozmowach w tej sprawie. Zależy nam, aby dostać kawałek ziemi od miasta czy od gminy. Bo związku nie stać na to, aby kupować grunty. Na całym świecie państwo pomaga związkowi, przekazując mu kawałek gruntu. Mam nadzieję, że tak będzie też u nas. Na bazie euforii EURO 2012 już trzy warszawskie dzielnice: Ursynów, Bielany i Bemowo same się zgłosiły z zaproszeniem, że chciałyby nas gościć u siebie. Wybierzemy najkorzystniejszą propozycję. Chcemy, aby obiekt służył również lokalnej społeczności.

B.S.: Polscy organizatorzy mają jeździć do krajów, które już przygotowywały mistrzostwa, na rekonesans, by zbierać informacje i czerpać z ich doświadczenia. Do którego kraju można przyrównać sytuację Polski?

M.L.: Planujemy wyjazd w najbliższym czasie do Niemiec, Portugalii, Szwajcarii i Austrii. Organizacja turnieju finałowego MŚ w Niemczech była perfekcyjna. Horst R. Schmidt, który doskonale sprawdził się jako szef komitetu organizacyjnego w 2006, został zaproszony do RPA i będzie tam dowodził komitetem organizacyjnym w 2010 roku. Może nasza sytuacja zbliżona jest trochę do Austrii i Szwajcarii pod tym względem, że organizatorami są dwa sąsiadujące kraje. Z Portugalią mamy tyle wspólnego, że jak oni dostali mistrzostwa, to był tam jeden stadion i jedna piąta autostrad. W tej chwili mają stadiony i autostrady. Jest też pewne ryzyko, bo niektóre kraje mają kłopot, co zrobić ze stadionami po mistrzostwach, m.in. Portugalia. Są to duże stadiony, często zlokalizowane na uboczu miast. Podobnie jest w Korei Południowej

stadion.

B.S.: Nam chyba ten problem nie grozi?

M.L.: U nas stadiony powstaną w wielkich miastach. I tak kiedyś musiałyby być wybudowane. Głód dobrego, nowoczesnego stadionu w Warszawie, Wrocławiu, Poznaniu, Krakowie i Gdańsku jest ogromny.

B.S.: Co zadecydowało, że do organizacji meczów wybrano Warszawę, Wrocław, Poznań, Gdańsk?

M.L.: Zadecydował sztab, w którym PZPN nie był dominujący. Sztab, który został powołany przez poprzedniego premiera. Wynajęto profesjonalną firmę KPMG, która oceniała statystycznie kryteria, jakie trzeba było wypełnić. Odpadły niektóre miasta, dlatego że źle sporządziły dokumenty albo były nieprzygotowane. Kryteria, które brano pod uwagę, to m.in.: plan rozwoju bazy hotelowej, rozwoju dróg, rozbudowy lotnisk i dworców kolejowych. Stadion był tylko jednym z elementów.

B.S.: Podobno szansę mają również Kraków i Chorzów. Czy miasta te znajdują się na liście rezerwowej? Czy decyzja o wyborze miast może się jeszcze zmienić? Od czego to zależy?

M.L.: To zależy od UEFA. Wystąpiliśmy z takim wnioskiem, żeby zamiast 4 miast było 6. W Portugalii było 10 miast, w Polsce są 4 i na Ukrainie 4, czyli w sumie 8. Może byłaby szansa, jeśli nie na 12, to na 10, ale to zależy jakie są plany rozwoju tych miast. Nie wystarczy, że Kraków czy Chorzów zbudują piękne stadiony. Trzeba też gdzieś te dziesiątki tysięcy ludzi zakwaterować w należytych warunkach. Trzeba zwiększyć przepustowość lotnisk. Trzeba dopasować dworce do tak ogromnego ruchu.

B.S.: W jakich okolicznościach możemy stracić organizację EURO 2012?

M.L.: Gdybyśmy nie spełnili wymogów, do których zobowiązaliśmy się gwarancjami rządowymi. Ale mam nadzieję, że nie będzie takiej sytuacji. Ostrzeżenia będą, tego nie unikniemy. Grecja dostała 10 ostrzeżeń. Tam jeszcze asfaltowano drogi w przeddzień zapalenia znicza olimpijskiego, ale zdążyli.

B.S.: Może Pan wymienić nazwisko konkretnego trenera, który dobrze przygotowałby reprezentację polską do mistrzostw w 2012 roku?

M.L.: Mam nadzieję, że przy trenerze Beenhakkerze wykształci się jakiś polski trener młodego pokolenia. Może to być Dariusz Dziekanowski, który jest teraz asystentem Beenhakkera. A może Waldemar Fornalik, bardzo młody, utalentowany trener czy też Dariusz Wdowczyk lub Maciej Skorża, który już był drugim trenerem przy Pawle Janasie. Ale może się tak zdarzyć, że pójdziemy tropem zagranicznym i trenerem zostanie Leo Beenhakker, który świetnie się trzyma i tak zakochał się w Polsce, że zostanie do 2012 roku.

B.S.: Czy można już wytypować jakieś talenty piłkarskie, które będą pretendować do reprezentacji Polski na EURO 2012?

M.L.: Mamy utalentowaną młodzież. W lipcu gramy w finałach mistrzostw świata do lat 20 w Kanadzie. Nasze drużyny siedemnasto-, osiemnastolatków spisują się nieźle w Europie. Piętnastolatkowie wygrali niedawno z Portugalią 2:0, co świetnie rokuje na przyszłość. Dziś mają 15 lat, za 5 lat, kiedy będą mieli 20, może już będą pukali do pierwszej reprezentacji. Myślę, że również dzisiejsi najlepsi reprezentanci, jak choćby Edi Smolarek czy bramkarz Łukasz Fabiański będą jeszcze grali na najwyższym poziomie, być może będzie to ostatni wielki turniej w ich karierze. Jacek Bąk, kapitan naszej reprezentacji, który ma 34 lata, żartobliwie powiedział, że chciałby zagrać w 2012 roku, ale w tym celu trzeba by go było zahibernować i odmrozić za 5 lat.

B.S.: Jakie drużyny awansują do EURO 2008?

M.L.: Mam nadzieję, że te, które są na czele grupy A, czyli Polska i Portugalia. Jednak jeszcze wiele meczów przed nami. Polska nigdy nie grała w finałach Mistrzostw Europy. Awans byłby ukoronowaniem mojej prezesury. W czasie gdy kierowałem związkiem, graliśmy dwa razy w finałach Mistrzostw Świata, otrzymaliśmy prawo do EURO 2012, organizowaliśmy w Wielkopolsce mistrzostwa Europy do lat 19 w ubiegłym roku. Zostały one uznane za najlepiej w historii przeprowadzone mistrzostwa młodzieżowe. Wiśnią na torcie byłby pierwszy w historii awans do EURO.

B.S.: Jeśli nie piłka to...? Co jest oprócz piłki nożnej i koszykówki Pana największą pasją?

M.L.: Lubię pobiegać sobie po lesie. Natomiast poza sportem uwielbiam teatr i muzykę. Pochodzę z rodziny o tradycjach teatralnych. Moja mama była reżyserem, a ojciec aktorem. Wychowałem się przy teatrze, towarzyszyłem mamie podczas jej pracy, podróżując po Polsce. Chodzę do teatru dużo częściej niż statystyczny Polak. Czytałem, że tylko 18% Polaków chodzi w ogóle do teatru, przeważnie 2?3 razy w roku.

B.S.: A jakiej muzyki Pan słucha?

M.L.: Jeśli chodzi o muzykę, to jestem sentymentalny. Czyli blues w każdej postaci. Znam na pamięć wszystkie piosenki śp. Tadzia Nalepy, słucham Joe Hookera itd. Moim ulubionym polskim zespołem jest Dżem. Bardzo lubię też poezję śpiewaną. Mam wszystkie płyty Bułata Okudżawy i Marka Grechuty.

B.S.: Czy jest Pan pracoholikiem?

M.L.: Bez przesady, ale jak pracuję, to dużo. Przychodzę do biura PZPN przed godziną 9.00 i pracuję do 19?20.00. Nudzę się bez pracy. Lubię się przemieszczać, często wyjeżdżam służbowo, ponad połowę roku jestem w podróżach.

B.S.: Dokąd najczęściej Pan wyjeżdża i jaki kraj chciałby jeszcze zobaczyć?

M.L.: Krajem, którym się zachwycam, ale nigdy tam nie byłem i muszę pojechać, jest Nowa Zelandia. Mam tam dość bliską rodzinę. Oglądając slajdy i video, mówię - to musi być paradise. Natomiast najczęściej wyjeżdżam do Szwajcarii, bo tam są siedziby FIFA i UEFA. Jak chcę się trochę zrelaksować, to w Nyon, gdzie jest siedziba UEFA, spaceruję nad Jeziorem Genewskim, patrzę na góry i jezioro i od razu lepiej się czuję.

B.S.: Twardo stąpa Pan po ziemi?

M.L.: Z jednej strony twardo. Chyba to, że przetrwałem te ciężkie czasy, o tym świadczy. Z drugiej strony mam miękkie serce i lubię pomagać ludziom. Opiekuję się rodzinami wielodzietnymi na wsi i domem dziecka. Jak ktoś zwraca się o pomoc, nigdy nie odmawiam. Moja mama była identyczna. Ta jej otwartość dla ludzi spowodowała, że wydarzyła się taka tragedia. Ludzie, którym pomagała, zamordowali ją.

B.S.: Jak dawno temu zdarzyła się ta tragedia?

M.L.: Niedawno, bo 5 lat temu.

B.S.: Wybaczył Pan osobie, która zabiła Pańską matkę?

M.L.: Może nie wybaczyłem, ale nie ma we mnie poczucia zemsty, agresji. Przekonała mnie Eleni, której zamordowano córkę. Ona wybaczyła temu chłopakowi. Powiedziała zdanie, które do mnie bardzo trafia, że gdyby do końca życia żyła tą nienawiścią do zabójcy, to jej życie nie miałoby sensu. Bo nienawiść zatruwa, szkodzi nie tylko temu, kogo nienawidzimy, ale i nam.

B.S.: Największy kompromis, na który poszedł Pan w życiu, to?

M.L.: Wyciągnięcie ręki do ludzi, którzy zrobili mi krzywdę i którzy zachowali się wobec mnie nie fair. Jak choćby Jan Tomaszewski czy kilku dziennikarzy. Nie potrafię długo chować urazy. Jeżeli ktoś zalazł mi za skórę, to ja po paru tygodniach mówię - dobra, było, minęło, życie idzie na przód. Wybaczam szybko, dla mnie żywienie urazy jest stratą czasu. Wielu ludzi, z moją żoną na czele, nie rozumie, dlaczego pomagam zabójczyni mojej mamy. Ta dziewczyna z patologicznej rodziny wysyła do mnie listy z prośbą o pomoc. Przesyłam jej do więzienia paczki, przekazuję jakieś kwoty na leczenie. Moja mama też by tak zrobiła. Tak mnie wychowała.

B.S.: Uzewnętrznia Pan swoje emocje?

M.L.: Jestem raczej zamknięty w sobie i nie pokazuję emocji na zewnątrz. Zawsze taki byłem, choć dużo gadam. Wszyscy mi mówią, że w trudnych chwilach wyglądam na opanowanego.

B.S.: Co Pana rozczula?

M.L.: Czasami zdarzy mi się uronić łzę na filmie, na tzw. wyciskaczu łez, ukradkiem oczywiście. A czasami też uśmieję się do łez, tak jak ostatnio na czeskim filmie Pod jednym dachem. Rozczulam się przy muzyce, szczególnie poezji śpiewanej, jak słucham piosenki Grechuty Krajobraz z wilgą i ludzie.

B.S.: Spoglądając na kapelusz w Pańskim gabinecie, nasuwa mi się pytanie: czy to jakaś pamiątka? Przywiązuje się Pan do ludzi, miejsc i przedmiotów?

M.L.: Niestety jest to niemiła pamiątka, bo jest to kapelusz od prezesa federacji Ekwadoru, z którym nieszczęśliwie przegraliśmy na mistrzostwach świata. Mam kilka obrazków z dzieciństwa, z miejsc, gdzie spędzałem wakacje. Są one dla mnie bardzo cenną pamiątką. Przywiązuję się do miejsc. Moja rodzina pochodziła z Kalisza, jak odwiedzam to miasto, wracam do wspomnień, gdzie bawiłem się, będąc dzieckiem. Na Żoliborzu mam sentyment do placu Wilsona, gdzie mieszkałem. Pod tym względem jestem sentymentalny.


ESSENCE 2011
 
Biografie gwiazd - Bizneswoman - Czasopismo przedsiębiorców - Ekskluzywne czasopismo - Ludzie biznesu - Ludzie sukcesu - Magazyn biznesmenów - Polskie gwiazdy