ESSENCE
Magazyn ludzi sukcesu esencja
dobrego
smaku

Mistrz długiego dystansu

Nie uznaję ludzi i rzeczy za balast, wykorzystuję potencjał świata do budowania siebie i swojego otoczenia. To kwestia umiejętności asertywnego działania - rozmowa z Robertem Korzeniowskim

Rozmawiał Darek Kuźma fot. Maciej Liese

Robert Korzeniowski

Kim obecnie jest Robert Korzeniowski? Biznesmenem? Menedżerem? Sportowym aktywistą?

Robert Korzeniowski: Dobre pytanie. Na pewno do końca życia będę czuł się olimpijczykiem. To zawsze będzie dla mnie pewien punkt odniesienia. Byłem często określany mianem mistrza w zarządzaniu swoją karierą sportową, przyjmijmy więc na użytek tej rozmowy, że jestem po prostu mistrzem długiego dystansu. I obojętnie, czy będzie to sport, biznes czy działalność społeczna, moje działania będą długodystansowe, oparte na strategii, zarządzaniu czasem i środkami. I zwracaniu uwagi na czynnik ludzki. A zatem Robert Korzeniowski to obecnie humanista sportowy w biznesie.

Darek Kuźma: A nie brakuje Panu czynnego sportu zawodowego, tej adrenaliny, pewnego rodzaju życiowej przewidywalności?

Robert Korzeniowski: W żadnym wypadku. Zrealizowałem się w tej kwestii całkowicie. A poza tym jestem realistą i wiem, ile mam lat. Lubię otwierać w życiu nowe etapy. Ten już zamknąłem, obecnie rozpoczynam kolejne. Adrenalina nie zniknęła z mojego życia, zmieniła się tylko jej forma. Nie ma już na finiszu złotych medali, ale istnieją pewne kryteria ewaluacji i walka o najwyższe oceny ciągle powoduje dreszczyk emocji.

D.K.: Trudno było się Panu przestawić ze sportu na bardziej abstrakcyjny tryb biznesowy?

R.K.: Uważam, że tryb biznesowy jest bardzo konkretny. Tutaj rządzą twarde dane, to konfrontacja finansów, zasobów ludzkich i wielu innych czynników. Nie była to dla mnie zupełnie nowa materia, pojawił się po prostu inny zakres zadań. Bardzo ciężko było natomiast przestawić się na inny tryb życia. Czyli odejście od reżimu dwóch treningów dziennie, wyjazdów na zgrupowania, kiedy w Polsce było zimno itd. W styczniu 2005 roku spędziłem w kraju pierwszą od wielu lat zimę i szczerze mówiąc - był to dla mnie szok. Czasami bolało, gdy trzeba było skrobać rano szybę samochodową. Natomiast w skali makro nie miałem żadnego problemu.

D.K.: Główny bohater filmu "W chmurach" żyje wedle zasady, że wszystko, co istnieje w naszym życiu - ludzie, miejsca, rzeczy - jest dla nas balastem. On jest samowystarczalny, a dzięki temu wolny. Zgadza się Pan z takim podejściem?

R.K.: Nie uznaję ludzi i rzeczy za balast, wykorzystuję potencjał świata do budowania siebie i swojego otoczenia. To kwestia umiejętności asertywnego działania, wybierania tego, co najbardziej w danej chwili odpowiednie i używania tej energii do realizacji własnych potrzeb, celów czy wizji. W pojedynkę nie zrobi się niczego, nie można nawet pójść na spacer, bo przecież ktoś musi wyprodukować buty, w których się chodzi. Człowiek nieprzypadkowo różni się od innych zwierząt życiem społecznym i uważam, że umiejętność komunikowania się oraz budowania relacji społecznych tworzy siłę zarówno całego społeczeństwa, jak i jednostki, która tę umiejętność posiada.

D.K.: Jak Pan ocenia obecne możliwości młodych ludzi, którzy są zainteresowani sportem - mają lepiej czy gorzej niż kiedyś?

R.K.: Uważam, że w związku z bardzo szeroką ofertą, jaką dostajemy dzisiaj od życia, jest trudniej niż kiedyś, bowiem sport nie jest już dla nastolatka czymś, w czym się będzie bezdyskusyjnie realizował. Widuję jednak ciągle dzieciaki bawiące się kapitalnie przy bieganiu, jeździe na rowerach czy grach sportowych, czyli nie jest tak źle. Mój kolega organizuje różne zabawy i imprezy sportowe i wierzy w to, że się da - ani razu nie postawił się na przegranej pozycji w walce z komputerem. Ja sam nie spotkałem się z tym, żeby dobrze zorganizowane zajęcia przegrały z telewizorem, tym bardziej, że teraz mamy o wiele większe możliwości wyboru tego, co oglądamy. Upadła instytucja podwórka i dlatego inicjowanie sportowe od najmłodszych lat jest trudniejsze. Ale takim podwórkiem może być również internet; służyć promowaniu wiedzy, postaw, idoli. Nie ma sensu z nim walczyć, trzeba nauczyć się go wykorzystywać.

D.K.: Uważa Pan, że w Polsce jest dobrze wykorzystywany?

R.K.: Nie, ciągle nie ma atrakcyjnych serwisów, które byłyby dla młodzieży czymś więcej niż dydaktycznym truciem. Całkiem dobrze sprawdzają się takie gry jak FIFA - to jest ten kierunek, ważna jest interaktywność. Jednak z drugiej strony lawinowo powstają portale społecznościowe, które są tak naprawdę pułapką, bo można się w nich zatracić. Żywego człowieka nic nie zastąpi, a jeśli mamy zdolnego trenera czy animatora sportu i świadomych rodziców, którzy wiedzą, że zakazywaniem kontaktu ze światem wirtualnym niewiele osiągną, znalezienie właściwych proporcji jest możliwe. W dalszym ciągu nic nie cieszy tak, jak prawdziwa wygrana nad rywalem, którego się mogło dotknąć, popatrzeć mu w oczy. To tak nie wygląda, kiedy wygrywamy na punkty z komputerem.

D.K.: Internet w ogóle coraz bardziej zwiększa anonimowość, prawda?

R.K.: Tak, jest duża anonimowość, a poza tym olbrzymia bezkarność. Słyszałem nawet taką analizę, że polski internet jest najbardziej agresywnym i rynsztokowym w Europie. To element naszej kultury, uwielbiamy komuś dołożyć, pokrzyczeć sobie gratis. Z reguły nie robimy tego patrząc prosto w oczy i nie potrafimy przyjąć na siebie ciosu. Nie liczę, że się coś w tym względzie zmieni. Chociaż chyba jednak lepiej, że pewne emocje właśnie tak się kanalizują. Warto pamiętać, że piszą ci, którzy chcą i mają na to czas. Natomiast nie jest to w żadnym wypadku przekrój społeczny.

D.K.: Mówił Pan, że trzeba wierzyć w to, że się da. Wcześniej stwierdził Pan, że jest realistą. Czy nie jest tak, że trzeba mieć w sobie sporą dozę idealizmu, żeby promować jakikolwiek aktywizm?

R.K.: To wszystko kwestia wyważenia. Uważam, że trzeba być idealistą, by potem przechodzić na poziom realizmu. Jeśli ktoś chce wyłącznie działać na poziomie realizmu, bez szczypty idealizmu, to sam się ogranicza, ponieważ nie pozwala sobie popuścić wodzy wyobraźni, kwestii tak potrzebnej w życiu człowieka. Potem pojawiają się stwierdzenia typu: "ale po co?" albo "tak się nie da". Nie, najpierw pomyślmy o rzeczach wielkich, pozwólmy sobie pomarzyć, a potem przechodźmy na poziom operacyjny - wtedy to, co się robi, zyskuje szansę na powodzenie.

D.K.: Jakby Pan zdefiniował to, co Pana ciągle motywuje, co sprawia, że ma Pan w sobie dalej tę pasję do ciągłego działania.?

R.K.: Ja po prostu kocham życie. Jestem człowiekiem pasji, kocham samorealizację, odkrywanie nowych lądów, poznawanie nowych ludzi. Jestem osobą pozytywnie nakręconą do życia i nie mam zamiaru nigdy przejść z pozycji pasjonata do roli zblazowanego emeryta. Moim ideałem człowieka wiecznej pasji jest profesor Władysław Bartoszewski, który tryska humorem i jest ciągle osobą twórczą.

D.K.: A biznes może być pasją?

R.K.: Oczywiście, ponieważ pozwala na samorealizację. Jeśli nie jest wyłącznie działaniem skierowanym na zarabianie pieniędzy, to naprawdę może kręcić. No chyba, że czyjąś pasją jest dodawanie sobie zer na koncie. Pamiętajmy jednak, że wszystkiego do grobu nie zabierzemy. Ja uwielbiam podróże, odkrywanie świata, kultur. To ma wymiar niematerialny i buduje mnie jako człowieka. Jeżeli biznes będzie drogą do samorealizacji, równocześnie oferowania sobie w życiu małych przyjemności, to chcę to robić!

D.K.: A jakieś hobby? Poza sportem oczywiście.

R.K.: Hobby to za dużo powiedziane, ale bardzo lubię robić zdjęcia, podróżować, interesuje mnie historia, lubię być na bieżąco z polityką. Chciałbym sprawdzić się w obszarach sportowych, które były dla mnie do tej pory niedostępne. Zaliczam odkrycia typu gra w squasha czy jazda na nartach. To mi sprawia przyjemność, natomiast zawsze będę miał gigantyczny szacunek do chodu i ciągle będę go promował.

D.K.: Co jest takiego magicznego w chodzie?

R.K.: To forma ruchu najbardziej właściwa dla każdego z nas. Chodzenie jest najlepszą formułą rozwoju całego ciała. Mamy fantastyczne panowanie nad wszystkimi jego elementami, przy okazji kształtuje się sylwetka. Chodzenie można trenować niezależnie od pory roku, w każdym miejscu, bez specjalnego sprzętu sportowego. Można je też uzupełniać każdym innym treningiem. Człowiek, który zaniedbuje się fizycznie, nie ma szans na skorzystanie ze wszystkich dóbr tego świata. Uważam, że w każdym miejscu, w którym żyjemy, aktywność fizyczna może być czystą przyjemnością. To cudowne, kiedy człowiek patrzy poprzez pryzmat pór roku na wstające słońce, słucha skrzypiącego pod butami śniegu, szumu liści, które szurają pod nogami, gdy się po nich przebiega. Przeszedłem Ziemię dookoła trzy razy i naprawdę wyszło mi to na zdrowie. Zatem - naprzód marsz!

Robert Korzeniowski - chodziarz, legenda polskiej lekkoatletyki. Czterokrotny mistrz olimpijski, trzykrotny mistrz świata, dwukrotny mistrz Europy. Po zakończeniu kariery sprawdza się w środowisku biznesowym. W latach 2005-2009 pracował w Telewizji Publicznej, ostatnie dwa spędzając na stanowisku dyrektora TVP Sport. Jest właścicielem firmy "Korzeniowski Sport i Promocja", która zajmuje się szkoleniami motywacyjnymi oraz organizacją wydarzeń sportowych.


ESSENCE 2011
 
Biografie gwiazd - Bizneswoman - Czasopismo przedsiębiorców - Ekskluzywne czasopismo - Ludzie biznesu - Ludzie sukcesu - Magazyn biznesmenów - Polskie gwiazdy