Człowiek jest tak skonstruowany,
że wszystko zniesie.
Jakie są nasze ograniczenia?
Rafał Sonik: Brak determinacji
i konsekwencji. Znam osoby, które
mnóstwo planują, jednak niewiele z tych
planów wcielają w życie. Spotykałem
też ludzi, którzy porywają się z motyką
na słońce i poprzez wyjątkową determinację
dopinają niewiarygodnie ambitnych
celów. Znam przedsiębiorcę, który
w ciągu dwóch lat 10-krotnie powiększył
swoją firmę. Wierzył w nią tak bardzo,
że ze wszystkich stron pozyskiwał partnerów
do współpracy: banki, fundusze,
finansowanie itd. Każdy był przez niego,
w pewnym sensie, oczarowywany. Nie
kwiecistością słów, które wypowiadał,
lecz wiarą w możliwości firmy. Nie zdajemy
sobie sprawy z pokładów siły woli
i determinacji, które mamy w sobie, dlatego
wiele osób rezygnuje i nie odkrywa
ich nigdy.
Justyna Kopińska: Jakie są powody rezygnacji?
Rafał Sonik: Przyczyn jest zapewne dużo.
Myślę, że szczególnie brak wiary w siebie
i narzucanie zbyt dużego tempa. W połowie
życiowego dystansu jesteśmy tak
wyczerpani, że nie ma w nas woli ani sił,
żeby biec dalej. Mając niewiele ponad
trzydzieści lat zacząłem obserwować takie
oznaki u siebie. Praca i osiągnięcia zawodowe
przestały sprawiać mi przyjemność.
Zrozumiałem, że potrzebuję czegoś
z zupełnie innej dziedziny. Wróciłem
do sportu wyczynowego i odnalazłem
dawne emocje.
J.K.: Słowo biznes ma dla Pana pejoratywne
znaczenie?
R.S.: Utarło się przekonanie, że biznes
jest synonimem spekulacji, kupowania
i sprzedawania dla samego faktu zysku na
transakcji. Oczywiście nie umniejszam
znaczenia tego działania, ale większą wartość ma dla mnie przedsiębiorczość. Rozumiem
ją jako tworzenie i utrzymywanie
miejsc pracy, budowanie wartości, pozyskiwanie
nowoczesnych technologii, funduszy
inwestycyjnych itp. Przedsiębiorczość
to dla mnie pomysł, determinacja
w jego realizowaniu, odpowiedzialność
za przebieg, zatrudnianie i utrzymywanie
stanowisk. Z czasem w przedsiębiorczość
wpisana jest także odpowiedzialność społeczna.
Świadomi społecznie przedsiębiorcy
wychodzą poza obowiązki, które
są im narzucane prawnie, część zarobionych
przez firmę pieniędzy przeznaczana
jest na cele społeczne.
J.K.: Kiedy pojawiły się u Pana pomysły
na firmę?
R.S.: Mam to szczęście, że żyłem w czasach,
które same podsuwały szanse. Moja
mama zawsze żartowała, że nie mogę
być biznesmenem, bo kiedy będąc jeszcze
dzieckiem dostałem mały samochodzik,
od razu wymieniłem go na notes.
Długo nie wiedziałem, jak wyjaśnić mamie,
że to wcale nie była zła transakcja.
Później zrozumiałem, że samochód mógł
służyć tylko przyjemności, jego wartość
nie mogła w żaden sposób rosnąć. Notesik
to jest coś bardzo praktycznego,
z czego można zrobić użytek.
W wieku kilkunastu lat byłem aktywnym
narciarzem, zacząłem uprawiać tenis
i windsurfing. Deska z prawdziwego
zdarzenia kosztowała na początku lat
80. kilkanaście pensji. Trzeba było mieć
sporo pieniędzy, żeby uprawiać sporty,
wprawdzie nie majątek, ale i tak dużo
więcej, niż rodzice byli w stanie mi zapewnić.
Pomyślałem, że fajnie będzie
zarobić samemu i w ten sposób zacząłem
prowadzić pierwsze interesy. Kupowałem
sprzęt narciarski, tenisowy, sportowy
i handlowałem. Właściwie od drugiej
klasy liceum utrzymywałem się sam.
Kupiłem samochód, uzyskałem niezależność,
mogłem też obracać większymi
ilościami towaru, bo wcześniej woziłem
narty w pociągu lub tramwaju. Dostałem
się na studia na handel zagraniczny
i wyjechałem do Niemiec. Prowadziłem
swoje przedsiębiorstwo. Pierwszego pracownika
zatrudniłem w 1986 roku, na
drugim roku studiów, a na trzecim założyłem
już firmę, która działa do dzisiaj.
Trzy lata później miałem ok. 30 pracowników.
W 1990 roku założyłem następną
firmę i w ciągu kilku miesięcy zatrudniłem
ok. 350 osób.
J.K.: Mówi Pan, że Dakar to kontynuacja
pracy, którą wykonuje Pan każdego
dnia. W jaki sposób praca w firmie, często
za biurkiem, łączy się z emocjami
podczas rajdu?
R.S.: Dakar to jest przedsięwzięcie pod
każdym względem. Należy znać języki
obce, ponieważ nikt w organizacji nie
posługuje się językiem polskim. Obowiązują
języki angielski i francuski. To także
przedsięwzięcie prawne, musimy znać
przepisy, reguły. Jeżeli się ich nie zna,
to dostaje się w kość z każdej strony. Ja
w tym roku zapomniałem o pozornie
mało istotnej regułce i dostałem 8 minut
kary, która zrzuciła mnie o 40 pozycji
w klasyfikacji do startu następnego
dnia. To także przedsięwzięcie organizacyjne,
należy przygotować sprzęt: pojazd,
serwis, części zamienne, mnóstwo rzeczy.
Wyjazd jest bardzo kosztowny, wymaga
działań o charakterze finansowym.
Żeby móc startować w Dakarze, trzeba
być przygotowanym na prawie wszystkie
tego rodzaju wyzwania, przed jakimi
normalnie staje przedsiębiorca.
J.K.: Powiedział Pan, że nie zgadza się
z zachowaniami niektórych zawodników
na ostatnim rajdzie, dlaczego?
R.S.: Jedna z fundamentalnych zasad
Dakaru mówi, że do absolutnego minimum
ograniczona jest obca pomoc na
odcinkach specjalnych. Na ostatnim Dakarze
nie było to egzekwowane i lokalni
zawodnicy taką pomoc otrzymywali. Serwis
nie może odbywać się poza głównym
biwakiem, a był w taki sposób przeprowadzany.
Nieoznakowane samochody,
nieuczestniczące w rajdzie, dostarczały
części zapasowych i kół zawodnikom.
W naszej klasie Dakar był - niestety -
nieuczciwy.
J.K.: A czy Panu również zdarza się łamać
reguły w sporcie lub biznesie?
R.S.: Świadomie nie. Nie wyobrażam sobie
oszukiwania i późniejszej konfrontacji
z samym sobą. Spaliłbym się ze wstydu.
Jestem reprezentantem Polski i nie chcę
brać udziału w czymś, za co musiałbym
się wstydzić przed Polakami, kibicami,
przyjaciółmi.
J.K.: Jak wyglądają zwykłe dni i noce
podczas rajdu?
R.S.: Cały czas jest intensywnie wypełniony.
Wstaję między 3.00 a 4.30 rano,
muszę dokładnie sprawdzić, czy sprzęt
jest przygotowany. Następnie dwie lub
trzy godziny trwa tzw. dojazdówka do
startu odcinka specjalnego. Na odcinek
specjalny wyjeżdżam ok. 7.00, po trzech
godzinach następuje 15-minutowa przerwa
na tankowanie, uzupełnienie oleju,
sprawdzenie sprzętu, jedzenie. To jedyna
szansa, żeby zjeść coś energetycznego,
na odcinkach specjalnych zwykle się nie
je. Miedzy 14.00 a 18.00 kończę odcinek
specjalny, po krótkiej przerwie wyruszam
na dojazdówkę. Na mecie najpóźniej
byłem o północy, ale z reguły jestem
o 17.00 lub 18.00 wieczorem. Oddaję
quada mechanikom, omawiam, co uległo
uszkodzeniu i powinno być naprawione,
jem kolację i robię roadbooka.
Muszę też uczestniczyć w spotkaniu organizacyjnym.
Kładę się spać ok. północy.
I znów wstaję po trzech lub czterech
godzinach snu.
J.K.: Jest Pan uważany za twardziela.
Mężczyznę, który prowadzi interesy,
lubi mocny sport, intensywne przeżycia.
Czy wizerunek takiego męskiego,
silnego faceta Panu odpowiada?
R.S.: Ten wizerunek jest przede wszystkim
prawdziwy. Nie jestem osobą, która
łatwo się załamuje. Nie myślę dużo
o przeciwnościach w biznesie, w działalności
gospodarczej, w sporcie czy w życiu
prywatnym. Lubię wyzwania.
Często zadaję sobie natomiast pytanie,
czy to, co robię, ma sens. To dotyczy
zarówno sportu, jak i pracy. Jeżeli widzę
w czymś sens, to jestem zdeterminowany,
żeby osiągnąć cel. Dakar jest tylko
dla najtwardszych, najbardziej wytrzymałych.
To powoduje, że kibice bardzo
się angażują. Rajd jest kojarzony z marzeniem.
Wielu kibiców chciałoby mieć
mocny charakter, być twardym, a to jest
wydarzenie, w którym mogą się sprawdzić,
dlatego ludzie widzą w zawodnikach
twardych mężczyzn.
J.K.: A jak patrzy Pan na kobiety
w sporcie, kto jest dla Pana kobiecym
autorytetem?
R.S.: Jutta Kleinschmidt jest autorytetem
dla wszystkich. To znakomity kierowca.
Dużym szacunkiem darzę dziewczynę-
quadowca Camelię Liparoti. Potrafi
być niesamowicie zdeterminowana.
To jest jedna z osób, które nocą nawigują
na pustyni. Większość tego nie robi ze
względu na duże zagrożenie. A ona potrafi
dojechać na biwak o drugiej, trzeciej
w nocy. Wiele jest kobiet, które w sporcie
bardzo szanuję, kiedyś fascynowała mnie
tenisistka Steffi Graff. Mówiło się o niej,
że jest ambasadorem Niemiec w świecie
sportu.
J.K.: Czy Pana żona interesuje się sportem?
Potrafi wspierać pasję?
R.S.: Moja żona interesuje się różnymi
dyscyplinami sportu. Jeździ świetnie na
nartach, pływa, zaraziłem ją windsurfingiem.
Lubi sport, ale nie bardzo rozumiała,
dlaczego idę w to aż tak mocno,
dlaczego wracam do wyczynowego
sportu. Żona ma taki tradycyjny model
sportowca, uważa, że wyczynowy sport
wiąże się z pewnym etapem w życiu. Od
szkoły sportowej do zakończenia kariery
w wieku około trzydziestu lat. Trudno
było jej przyjąć, że mając trzydzieści parę
lat, znowu staję się wyczynowym sportowcem,
ta faza życia powinna być już
za mną. W miarę upływu czasu i przede
wszystkim, w wyniku mojego udziału
w coraz poważniejszych zawodach, zacząłem
obserwować u niej więcej szacunku
niż zdziwienia. Takim ostatecznym potwierdzeniem
był ubiegłoroczny Dakar.
Myślę, że rozumie, iż to wyzwanie staje
się elementem naszego życia i jest nam
bardzo potrzebne.