Na przestrzeni ostatnich
miesięcy bardzo często pojawiał
się Pan w mediach.
Wszystko to za sprawą realizacji
kolejnego projektu spółki Żebrowski & Korin Pro Skene. Z jakiego
powodu zdecydował się Pan na nowy
rodzaj działalności?
Michał Żebrowski: Założenie Teatru
6 piętro było bezpośrednim rezultatem
mojej współpracy producencko-teatralnej
z Eugeniuszem Korinem, człowiekiem,
na którego teatrze się wychowywałem
i który reżyserował dyplom na
moim roku, gdy kończyłem Akademię Teatralną. Wiele lat temu, kiedy byłem
młodym aktorem, to on zaproponował
mi współpracę. Jednak wtedy z niej nie
skorzystałem, bo wyjechałem za granicę.
Dopiero po latach zwróciłem się do Korina
z propozycją współpracy. Dzięki
temu zrobiliśmy kilka przedstawień
i w końcu założyliśmy firmę. Od tego
momentu przez lata szukaliśmy miejsca,
aby otworzyć teatr. Po wielu, wielu poszukiwaniach,
niespełnionych obietnicach,
różnych rozmowach, rozmaitych
lokalizacjach jedyną osobą, która dotrzymała
słowa, okazała się Hanna Gronkiewicz-
Waltz. Z budżetu miasta doposażyła
salę koncertową PKiN w sprzęt teatralny,
a nasza spółka producencka zobowiązała
się oddać ten nakład w ciągu trzech
lat. W ten sposób zawarliśmy unikalną
umowę. Żadne przedsiębiorstwo prywatne
nie oddaje państwowych pieniędzy,
które zostają im pożyczone na uprawianie
własnego teatru.
Beata Nessel: Czy na tym rola Ratusza
w funkcjonowaniu Teatru 6 piętro się
skończyła?
Michał Żebrowski: Bez niego, podobnie
jak bez nas, nie byłoby Teatru 6 piętro.
B.N.: Czy to znaczy, że w ciągu tych
trzech lat dzierżawy, kiedy Państwo
będą próbowali rozwinąć działalność
i zgromadzić pieniądze włożone przez
miasto, nie będzie ze strony Ratusza
żadnego dodatkowego wkładu finansowego
w funkcjonowanie tej sceny?
M.Ż.: Nie. Miasto ma odnieść wyłącznie
korzyści. Po pierwsze, ma otrzymać
w ciągu trzech lat zwrot całej sumy. A po
drugie, decydując się na wydanie tych
pieniędzy nie na zewnątrz, ale inwestując
we własny majątek, ma czerpać korzyści
z użytkowania sali, która będzie teraz
w stanie generować dodatkowy zysk. Dla
Ratusza to jest świetny interes. Dla nas
jest to olbrzymia szansa, ale też zobowiązanie,
bo my będziemy musieli z własnych
pieniędzy produkować tu sztuki,
które też mają generować zysk. To oznacza,
że za własne błędy będziemy płacili
własną gotówką. Nie stać nas na eksperymenty
artystyczne, za które zwykle płaci
podatnik.
B.N.: Jaka będzie Pana rola w pozyskiwaniu
tych źródeł, dzięki którym teatr
będzie mógł się rozwijać?
M.Ż.: Jest ona niezmienna. Ja jestem
frontmanem teatru, z którym teatr ma
się kojarzyć, osobą, której ludzie mają zaufać,
człowiekiem, który sprawi, że ludzie
zaufają też naszemu teatrowi i przyjdą do
nas zarówno widzowie, jak i sponsorzy.
Eugeniusz Korin jest od tego, by tego zaufania
nie zawieść.
B.N.: Czy mają Panowie w planach pozyskiwanie
konkretnych sponsorów,
partnerów strategicznych?
M.Ż.: Mamy jednego sponsora - Mastercard,
z którego bardzo się cieszymy.
Jest już kolejny, ale nam nie chodzi
o ilość, ale o jakość.
B.N.: Czy tylko to, że Hanna Gronkiewicz-
Waltz umożliwiła Panom realizację
projektu teatru na własnych warunkach
w PKiN sprawiło, że właśnie to miejsce
wybrali Panowie na uruchomienie swojej
sceny?
M.Ż.: PKiN jest miejscem powszechnie
znanym z przestrzeni, gdzie można uprawiać
sztukę. Mam tu na myśli Teatr Studio,
Teatr Dramatyczny i kilka innych sal
widowiskowych, które najczęściej świecą
pustkami. Z tego powodu był to bardzo
dobry teren, aby uruchomić tu partnerstwo
publiczno-prywatne. Zwłaszcza, że
jest to miejsce, które ma własny parking,
dogodny dojazd metrem, pociągiem, autobusem
czy tramwajem, a do tego jest
wszystkim dobrze znane, bezpieczne, ciepłe,
ogrzane. Ma wszystkie atrybuty do
tego, aby przychodzili tutaj widzowie.
B.N.: Z jakich powodów powinni oni
się tutaj znaleźć?
M.Ż.: Przede wszystkim ma to być teatr
adresowany do widzów. Oni są jego istotą
i tożsamością. Dlatego chcielibyśmy, żeby
ludzie mówili po wyjściu "szkoda, że tak
rzadko chodzę do teatru". Będzie to też
teatr pozytywnej energii, pozytywnego
przekazu, który ma "prowokować do
myślenia - nie nudząc, wzruszać, nie popadając
w ckliwość i bawić, nie błaznując".
Właśnie taki teatr my, jako widzowie,
najbardziej chcielibyśmy oglądać.
B.N.: Pan, oprócz bycia frontmanem
teatru, będzie w tych przedstawieniach
wyłącznie aktorem?
M.Ż.: Nie wiem. Na pewno będę aktorem.
Nie chcę chować się za plecami moich
kolegów i być wyłącznie producentem.
Po pierwsze - rozpiera mnie energia,
a po drugie, robię ten teatr także ze
swoich egoistycznych pobudek aktorskich.
Bardzo lubię grać w przedstawieniach
Korina. Poza tym uważam, że będzie
uczciwiej wyjść razem z przyjaciółmi,
kolegami i wziąć wspólnie odpowiedzialność
za to, co się pokazuje na scenie.
B.N.: Czy przyjmując takie założenia
dla tworzenia własnego teatru, opierając
się na kilkuletnim doświadczeniu,
uda się Panom wspólnie wykreować teatr,
który będzie w stanie utrzymać się
z granych na tej scenie spektakli?
M.Ż.: Będziemy rozszerzać naszą działalność.
Zamierzamy robić cykl "Master
classes". Będziemy nagrywać programy telewizyjne,
w których mistrzowie różnych
gatunków sztuki będą przybliżać widzom
i amatorom tajniki swojego zawodu. Poza tym będą koncerty muzyczne i produkcja
monodramów "O tym jeszcze nie
było". Plan na te trzy lata jest bardzo bogaty.
B.N.: Czy w tym wszystkim nie zagubią
Panowie idei myślenia przede wszystkim
o widzu? Czy przy tak zróżnicowanej
ofercie uda się utrzymać wszystko na
wysokim poziomie?
M.Ż.: Mam zasadę otaczania się lepszymi
od siebie. Do współpracy zapraszam zazwyczaj
osoby, które potrafią zrobić coś,
czego ja nie potrafię. To spowoduje, że
kolejne cykle czy dziedziny, którymi Teatr
6 piętro będzie się teraz zajmował,
będą realizowane przez osoby do tego
odpowiednie.
B.N.: Czy przyjmując tak wysokie założenia
dla tej działalności i szereg obowiązków
Pana własna praca artystyczna
będzie mogła być w dalszym ciągu spokojnie
realizowana?
M.Ż.: Nie wydaje mi się, żeby sztuka
aktorów, którzy założyli własne teatry,
na tym ucierpiała. Przeciwnie. W historii
teatru było kilku dramaturgów, m.in.
Szekspir czy Molier, którzy po spektaklu
sprawdzali raporty kasowe, a przecież
zostawili po sobie kilka całkiem niezłych
sztuk. Wydaje mi się, że założenie
teatru jeszcze bardziej intensyfikuje zainteresowanie
samym aktorstwem, pozwala
na przebywanie głębiej w teatrze.
To jest także przykład bardzo nowoczesnego
myślenia. To, co my tu teraz robimy,
za parę lat będzie już standardem.
Jeżeli człowiek będzie chciał uchodzić za
osobę wykształconą, to nie będzie mógł
powiedzieć w towarzystwie, że nie był na
tym czy na tamtym. Tak jest na Zachodzie
i tak będzie również w Polsce.
B.N.: Czy będąc aktorem i równocześnie
dyrektorem artystycznym tej sceny
będzie Pan miał wpływ na repertuar?
M.Ż.: Dyrektorem programowym jest
Korin. On decyduje o obsadzie. Ja jestem
osobą, która opowiada o teatrze, a on
w nim reżyseruje. Między nami jest taki
naturalny podział obowiązków. Chociaż
nigdy tego nie ustalaliśmy, było to zupełnie
oczywiste z racji autorytetu, jakim
Korin cieszy się wśród lepszych ode
mnie.