W USA używa Pan pseudonimu
George Z. Czy
Amerykanie naprawdę
mają takie problemy
z wypowiedzeniem nazwiska "Zbyszewski"?
Jerzy Zbyszewski: Nazwisko Zbyszewski
jest zdecydowanie nie do wymówienia
dla większości Amerykanów. Jedyną
osobą, która potrafi powiedzieć całość
prawidłowo, jest mój klient, reżyser
Mike Nichols, ale on jest ogólnie wszechstronny
i genialny we wszystkim, co robi.
Reszta męczy się niemiłosiernie. Kiedy
Amerykanie chcą wypowiedzieć moje
nazwisko, zazwyczaj wychodzi z tego
"Zybuski" (śmiech). Wiele lat temu znajoma
powiedziała mi, że jeśli nie zmienię
nazwiska, to trudno będzie mi funkcjonować
w tym biznesie. Jako że używałem
już imienia George, znajoma dodała
do tego Z i zaprojektowała bardzo ładne
logo, którego do tej pory używam. Teraz
wszyscy nazywają mnie George Z. Przyzwyczaiłem
się. Nawet mój syn tak się do
mnie zwraca.
Mateusz Madejski: Promuje Pan polskie
konie w USA. Czy zyskały one już
w Stanach dobrą markę, czy jeszcze
trzeba nad tym pracować?
Jerzy Zbyszewski: W tym biznesie funkcjonują
ludzie, którzy lubią i doceniają
piękno. Jeśli nie widzą ładnego konia
z Polski, zwracają się ku innym. Promocja
jest procesem nieskończonym. Nad
tym trzeba pracować każdego dnia. Osobiście
pośredniczę w dzierżawach koni
z Polski od ponad 10 lat. Do tej pory
sprowadzone przeze mnie do USA
konie wygrały 7 narodowych czempionatów.
Jest to nie tylko duży sukces polskiej
hodowli, ale w ogóle zjawisko bez precedensu.
M.M.: Czy traktuje Pan hodowlę i sprowadzanie
koni bardziej jako biznes czy
raczej jako pasję?
J.Z.: Konie były moją pasją od dziecka.
Choć urodziłem się w Bielsku-Białej, to
zawsze marzyłem o tym, by mieszkać na
wsi i jeździć konno. Swoją pasję zmieniłem
w biznes, z którego żyję. Uważam się za życiowego szczęściarza, bo nigdy nie
traktowałem w kategoriach pracy tego,
co robię. To jest dla mnie przyjemność
i z radością wstaję każdego dnia, by robić
to, co kocham. Niektórzy z moich
klientów traktują konie wyłącznie jako
inwestycję. Jest nawet pojęcie w naszym
żargonie - "flip it", czyli kupowanie
konia, żeby go wkrótce sprzedać za
większe pieniądze. Ludzi, którzy działają
w ten sposób, jest całkiem sporo. Ale jeśli
naprawdę nie kochają koni, to bardzo
szybko odchodzą z tej branży.
M.M.: Kiedy Pan wyjechał do USA? Czy
zainteresował się Pan końmi na miejscu
czy jeszcze w Polsce?
J.Z.: Kocham wszystkie zwierzęta,
ale najbardziej psy i konie. Gdy miałem
13 lat, poprosiłem ojca, by wstawił
się za mną u kierownika stadniny koni
w Ochabach (koło Skoczowa, niedaleko
Bielska-Białej). Zacząłem jeździć konno,
skakać przez przeszkody. Każdą wolną
chwilę spędzałem na koniu. Po ukończeniu
liceum dostałem się na zootechnikę
w Krakowie. Poznałem wtedy Elę Potocką,
która po raz pierwszy zabrała mnie
do Michałowa. Zobaczyłem konia Negatiwa,
nie mając zielonego pojęcia, że to jeden
z najważniejszych ogierów w historii
rasy. Po skończeniu studiów pracowałem
z końmi wyścigowymi pełnej krwi angielskiej
w stadninie koni w Golejewku.
Tam nauczyłem się podstaw hodowli.
Konie arabskie zobaczyłem na Służewcu.
Nigdy nie przypuszczałem, że poświęcę
im całe życie. W 1981 roku zakwalifikowałem
się na program wymiany między
USA i Polską. Wraz z trzynastoma młodymi
ludźmi przyleciałem do Ameryki.
Szok był niesamowity. Po dwóch tygodniach
w Pensylwanii przejechałem autobusem
przez całe Stany do Scottsdale
w Arizonie. Przez trzy dni i dwie noce
siedziałem niemal przyklejony do szyby
autobusu! W Arizonie zacząłem praktykę
pod okiem wspaniałych fachowców,
Joli i Zenona Lipowiczów. Na farmie,
którą prowadzili Lipowiczowie, były konie
arabskie... i tak zaczęła się moja przygoda
z tymi końmi. Z Arizony przeniosłem
się do Kolorado, gdzie zacząłem trenować
konie pod siodło. Jeździłem na
pokazy i powoli zacząłem coraz bardziej
wciągać się w ten biznes. Koniem, który
mnie wylansował jako eksperta, był
ogier Emanor z hodowli w Michałowie.
W 1999 roku został Narodowym Czempionem
Ogierów USA. Zostałem też
sędzią i w związku z tym jeżdżę na pokazy na całym świecie. W tym roku, jako
pierwszy Polak w historii, będę sędziował
Czempionaty Narodowe USA!
M.M.: Czy posiadanie konia stało się
potwierdzeniem statusu społecznego?
Czy dobry koń w stajni to taki sam prestiż
jak Ferrari w garażu?
J.Z.: Zdecydowanie tak. Posiadanie koni
jest miernikiem statusu. Konie są tematem
rozmów, powodem do organizowania
przyjęć. To tak, jakby zapraszało się
kogoś na wernisaż. Ogląda się piękne
konie, czasem jedzie na spacer, ale największą
przyjemnością jest wygrywanie
na pokazach. To jest jak nałóg. Właściciele
koni płacą bardzo dużo, by zdobyć
błękitną wstęgę czempiona. Teraz
największy rynek na konie arabskie to
Bliski Wschód. Szejkowie płacą niebywałe
ceny, by pokonać sąsiada z innego
emiratu.
Ten biznes jest też czymś w rodzaju snobistycznego
hobby. Trzeba bywać. Są takie
pokazy, na których każdy liczący się
ekspert musi się pojawić. Jeżeli jestem
w domu dłużej niż dwa tygodnie, to już
zaczynam czuć się nieswojo.
M.M.: Jazda konna to dosyć niebezpieczny
sport. Czy da się jakoś zminimalizować
ryzyko wypadku?
J.Z.: Zlikwidować ryzyka się nie da. Należy
zawsze ochraniać głowę solidnym
kaskiem, ale resztę ciała ciężko uchronić
przed ewentualnym urazem. Spadałem
z konia wiele razy, miałem raz złamaną
nogę, gdy koń wywrócił się ze mną w galopie.
Ale nigdy żaden uraz nie powstrzymał
mnie przed powrotem do jazdy. To
zbyt wielka przyjemność!
M.M.: Czy poza końmi ma Pan jakieś
inne pasje?
J.Z.: Prawdę mówiąc, to poza końmi nie
mam za bardzo czasu na nic innego. Bardzo
lubię narty i kiedy tylko mogę udaję
się na kilka dni w góry. Teraz mieszkam
na Florydzie, więc aby pojeździć na nartach
muszę lecieć samolotem minimum
kilka godzin. Uwielbiam gotować. Gdy
podróżuję, to zwykle w samolocie czytam
jakąś książkę kucharską. Stanie nad
garnkami to dla mnie prawdziwy relaks.
M.M.: Ile kosztują konie ze stajni Hennessey
Arabians? Ile kosztował najdroższy,
którego Państwo sprzedali?
J.Z.: Najdroższym koniem w stadninie
Hennessey jest importowana z Janowa
Podlaskiego klacz Amba po Eukaliptusie.
Jej dwie siostry zostały sprzedane na
janowskich aukcjach za blisko pół miliona
dolarów każda. Taka też jest wartość
Amby. Do tej pory najdroższym koniem
sprzedanym przez nas była córka
ogiera Falcon BHF, Falcon Femme, która
powędrowała do Kalifornii za cenę 280
tysięcy dolarów. Handluje się również
embrionami. Embrion od czempionki
może kosztować nawet ponad 100 tysięcy
dolarów!
M.M.: Czy długo trwają negocjacje
w sprawie cen przy sprzedaży koni, czy
też ceny są z góry ustalone?
J.Z.: Czasami negocjacje trwają miesiącami.
Dyrektorzy polskich stadnin państwowych
bardzo niechętnie rozstają się
ze swoimi najlepszymi końmi. Dlatego
tak często konie się dzierżawi. Polskie
konie są promowane w USA, a ich dzierżawcy
mogą otrzymać potomstwo od
klaczy praktycznie niedostępnych w żaden
inny sposób.
Prawdziwi hodowcy zawsze mają
w swoim stadzie kilka koni, które nie są
na sprzedaż za żadne pieniądze. Gdy zaczyna
się rozmowę na temat takich koni,
ucinają krótko "niedostępny". Co prawda
bardzo trudno odmówić szejkom, którzy
oferują w zasadzie nielimitowane niczym
ceny. Ale znam takich, którzy odmówili,
chociaż cena naprawdę przyprawiała
o zawrót głowy!