Docenia Pan swój taboret?
Leszek Możdżer: Który?
Marek Łuszczyna: Odrapany.
W kuchni.
Leszek Możdżer: Bardzo go doceniam.
Lubię go i uważam, że to ważne.
M.Ł.: Chodzi o stały punkt odniesienia?
O zabezpieczenie przed utratą kontaktu
z rzeczywistością?
L.M.: To często przywoływane przeze
mnie powiedzenie ze stołkiem ma symbolizować
umiejętność zachowania właściwych
proporcji w momencie, w którym
łatwo o ich zaburzenie. Kiedy zacząłem
pojawiać się na okładkach kolorowych
czasopism, zamieszkałem razem z grupą
starych przyjaciół. Aby chronić życiową
równowagę, nie stracić orientacji. Tam,
gdzie mieszkaliśmy, były akurat same
odrapane taborety.
M.Ł.: Przestraszył się Pan siebie?
L.M.: Raczej bałem się o siebie. Nagle
wokół mnie pojawiło się sporo dziwnych
ludzi, pochlebców, którzy usiłowali załatwić
coś za moim pośrednictwem; chciałem
się przed nimi ochronić.
M.Ł.: A swoich reakcji się Pan nie obawiał?
L.M.: Kiedy, siedząc w domu, po raz
pierwszy usłyszałem własne nazwisko
w radiowej Trójce, w moim organizmie
zaczęło dziać się coś niesamowitego,
trudno to opisać. Leżałem na łóżku
i czułem, że moje ciało jest od stóp do
głów sparaliżowane. Umysł miałem wypełniony
poczuciem absurdu, całkowitej
nierzeczywistości. To było doświadczenie
narkotyczne, nie znam mechanizmu
tego doznania, ale bardzo wyraźnie odczułem.
chyba inicjację, wejście w magiczny
nurt sukcesu. Miałem tak jeszcze
raz, tuż po pierwszym koncercie w Carnegie
Hall.
M.Ł.: Może tak smakuje spełnienie marzeń.
L.M.: Być może. Bo ja całe życie marzyłem,
żeby być znanym muzykiem.
M.Ł.: Ale taboret.
L.M.: Doceniam, doceniam. Panuję nad
swoją próżnością. Życie punktuje mnie
kopniakami, nie daje mi zapomnieć
o tym, że jestem tylko człowiekiem, żyjącym
w społeczeństwie, które dalekie jest
od doskonałości.
M.Ł.: A ja pamiętam taki film dokumentalny
Sylwestra Latkowskiego
"PUB 700". Jest w nim pokazane, jak
dzień po występie ktoś Pana podpuszcza:
"Leszek, entuzjastyczna recenzja
w gazecie, leć kupić". I Pan leci i kupuje
5 egzemplarzy, a później stoi rozczarowany
nad gazetą i mówi: "Nie napisali,
mam za swoje, lekcja pokory". Dał się
Pan nabrać?
L.M.: Ale to nie było tak, że nie znalazłem
w środku ani słowa, bo dałem się
zrobić na prosty numer. Wtedy chodziło
o to, że nie napisali nic na temat samej
muzyki - trans opery "Sen nocy letniej",
nad którą pracowałem przez rok i okupiłem
tę pracę wieloma wyrzeczeniami.
W gazecie były fotografie aktorów, poświęcono
sprawie sporo miejsca, ale nie
zamieszczono ani słowa o muzyce. To, co
dla mnie było najistotniejsze, zostało całkowicie
pominięte - to mnie wtedy rozczarowało.
Brak analizy.
M.Ł.: Więc mają rację ci, którzy mówią,
że jak na artystę nie jest Pan próżny.
L.M.:Artyści bywają tak samo próżni,
jak wszyscy inni ludzie. Profesja nie ma
znaczenia.
M.Ł.: Nie wierzę.
L.M.:Różnicę stanowi tylko fakt, że artyści
zazwyczaj występują dla licznej publiczności.
M.Ł.: A to mało? Właśnie dzięki sukcesowi
przed publicznością potrafią zaspokoić
swoją próżność, która, wedle
jednej z teorii, jest domeną ludzi niespełnionych.
L.M.: Kiepska teoria. Słowo "próżność"
jest ekwiwalentne ze słowem "pustka".
Tę pustkę trzeba wypełnić, stąd potrzeba
nieustannego poklasku, która wynika
z przekonania o własnej bezwartościowości.
Tej dziury, w której jest tyle bólu
i beznadziei, nie zapełni żaden sukces.
M.Ł.: A fikcyjny, złudny? Bycie celebrytą
na przykład.
L.M.: Tym bardziej nie.
M.Ł.: Powiedział Pan kiedyś, że na samym
wizerunku nie da się zbudować
poczucia własnej wartości, że prędzej
czy później musi się to wszystko roztrzaskać.
Chyba raczej później, bo celebryci
mają się świetnie.
L.M.: A skąd pan to wie? Każda gwiazda
stara się zawsze uśmiechać do kamery.
Jednak nie da się udawać zbyt długo.
Plotkarskie portale i tabloidy wezmą cię
na celownik, gdy tylko pojawi się jakiś
fałsz czy sprzeczność. Jeżeli za wizerunkiem
nie stoi jakaś głębsza, prawdziwa
wartość, to prędzej czy później oznacza
to kłopoty.
Podobno można, kreując jakieś fakty medialne,
sprzedać więcej płyt. Ja tego jeszcze
nie próbowałem. Może to jest błąd.
Ostatnio siedzieliśmy ze znajomymi przy
wódce i wymyślaliśmy medialne prowokacje,
które mogłyby spowodować pozytywny
ferment wokół mnie, co miałoby
przełożenie na sprzedaż. Ale było to na
zasadzie towarzyskiej zabawy.
M.Ł.: Bo z mediami żartów nie ma.
L.M.: Media to żywioł, którego nie da
się opanować. A im więcej osiągnie dany
artysta, tym ponętniejszym jest kąskiem
dla dziennikarzy. Cóż to za słodycz, napisać
druzgocącą krytykę kogoś, kto dużo
osiągnął! Kiedyś rozmawiałem w klubie
z dziennikarką, która narzekała, że bardzo
nie podoba jej się miejscowy didżej.
Skonstatowała jednak, że nie opłaca jej
się napisać na jego temat miażdżącej krytyki,
bo jest "zbyt mało znany".
M.Ł.: Ale przecież dba Pan o swój wizerunek,
kokietuje nim media. Biały garnitur,
kucyk, sesja fotograficzna w futerale
wiolonczeli.
L.M.: Nie pracuję nad nim, nie dbam,
nie cyzeluję, nie myślę o nim godzinami,
nie daję twarzy do reklam, choć miewam
propozycje. Wyjątkiem było napisanie
muzyki do reklamy makaronu (śmiech).
Utwór się jednak nie spodobał i nie zdecydowano
się go wykorzystać. Podsumowując:
uważam, że nie można oszukać
świata wizerunkiem. Jeżeli nic za nim nie
stoi, oszustwo zwróci się przeciw oszukującemu.
M.Ł.: Ale artysta musi mieć wyrazisty,
czasem nawet przegięty wizerunek sceniczny,
nie ma w tym nic złego. A Pan
tak mówi, jakby chciał, żeby nikt absolutnie
nie pomyślał, że Możdżer to tylko
biały gajer i modne okulary.
L.M.: Po prostu zwracam uwagę na to,
że forma musi być wtórna wobec treści,
która jest najważniejsza. Trzeba mieć
tego świadomość, żeby się nie pogubić;
trzeba pamiętać, że sukces medialny jest
zrobiony z papieru (bierze w palce plik
gazet) i prawdziwego szczęścia dać nie
może. Kiedy się osiągnie rozgłos, za rogiem
czeka mnóstwo niebezpieczeństw,
nieuczciwi ludzie, alkohol, narkotyki.
Czasem odnoszę wrażenie, że jestem zbyt
wrażliwy dla tego świata. Nie potrafię akceptować
go takiego, jakim jest, pełnego
przemocy i oszustw (nagle przerywa).
M.Ł.: Bo szczęście to.
L.M.: Ojej, nie wiem, budowanie go to
proces. Ja się co chwila gubię, już, już
wydaje mi się, że złapałem byka za rogi,
a za moment okazuje się, że była to iluzja
szczęścia, że pozostaje tylko poczucie dezorientacji.
Nie wiem, jak osiągnąć szczęście,
istnieją różne techniki. Nie wszystkie
są jednak bezpieczne, bo istnieje jeszcze
świat demonów, które tylko czekają, żeby
wleźć w ludzkie życie. Ostatnio zorientowałem
się, że jedną z podstawowych
umiejętności, które dają poczucie szczęścia,
jest umiejętność mówienia "nie".
M.Ł.: A wiara?
L.M.: Wiara tak. Jak najbardziej.
M.Ł.: Ona w Panu ewoluuje?
L.M.: Jak w każdym.
M.Ł.: Najpierw rewolucję wywołał Tymon
Tymański, który zaprosił Pana do
trójmiejskiego legendarnego zespołu
"Miłość". Miał Pan 19 lat, był miłym
chłopcem z katolickiej rodziny, a on na
koncertach śpiewał o wszystkich formach
wyuzdanego seksu.
L.M.: Tak było, a potem powolutku, powolutku
zacząłem dochodzić do wniosku,
że religia katolicka to nie cały duchowy
świat. Zacząłem szukać. Niestety
zabrnąłem w niebezpieczne rejony, nikomu
tego nie życzę.
M.Ł.: "Byłbym już ostrożniejszy w wieszaniu
krzyża na ścianie". Tak Pan mówił
o katolicyzmie.
L.M.: Po moich najświeższych życiowych
doświadczeniach najchętniej powiesiłbym
krzyż w każdym pomieszczeniu,
w którym przebywam. Zaskakująco
potężną pomoc otrzymałem właśnie od
księdza katolickiego, który uświadomił
mi, że trzeba bardzo uważać na to, jaką
energię wpuszcza się do swojego życia.
M.Ł.: Z Tymonem i "Miłością" doświadczył
Pan pierwszej popularności
w życiu?
L.M.: Tymon był przewodnikiem naszego
stada i o "Miłości" faktycznie zaczęło
być głośno.
M.Ł.: Więc szybko, choć w lekko wykoślawionym
zwierciadle stało się tak, jak
Panu przepowiedziała wykładowczyni
na Akademii Muzycznej: "Panie Leszku,
jeśli będzie pan dużo ćwiczył, może pan
sporo znaczyć na wybrzeżu".
L.M.: Tak. Wyznaczyła mi tę wąską perspektywę
z życzliwości, płynącej z dobrego
serca. Chciała być miła i motywująca.
Wtedy stało się dla mnie jasne, że
nie będę grał muzyki klasycznej.
M.Ł.: I zazwyczaj Pan nie gra. Hip-hop
Pan na przykład gra z zespołem Grammatik.
L.M.: To była jednorazowa przygoda,
nagrałem ten utwór na prośbę Jacka
Szumlasa, który wraz z Sylwestrem Latkowskim
współprodukował film "Blokersi".
Kocham muzykę i pragnę jej na
wszystkie możliwe sposoby.
***
M.Ł.: Podobno Leszek Możdżer, grając
muzykę, wpada w twórcze zapamiętanie.
Mówi Pan, że wtedy kierują nim
emocje oraz intuicja, rzadziej wystudiowanie
i wyrachowana, nabyta umiejętność.
Bywa Pan w transie.
L.M.:Wcale nie (odwraca się nagle od
fortepianu po 5 minutach spontanicznego
grania w garderobie Filharmonii
Narodowej. Wstaje, uśmiecha się). W jakim
transie?
Leszek Możdżer - najwybitniejszy polski pianista jazzowy. Wziął udział w nagraniu
przeszło 100 płyt. Oprócz jazzu gra muzykę klasyczną, rock, hip hop oraz komponuje
dla teatru i filmu. Jako pianista grał m.in. z Tomaszem Stańko, Archie Sheppem, Patem
Metheny'm, Billym Harperem, Joe Lovano, Lesterem Bowie, Davidem Gilmourem. Ostatnio
z gitarzystą Philem Manzanerą, perkusistą Charlesem Haywardem i grającym na basie
Yaronem Stavim przygotowali płytę "Firebird VII ". Można ich będzie usłyszeć na żywo
podczas czerwcowej trasy: Wrocław - 04.06, Poznań - 05.06, Warszawa - 06.06
i Sopot - 07.06