Czwartek, 11 maja 2006 roku.
Nina Terentiew: Ma Pan
ambicję zostać moim kronikarzem?
Marek Łuszczyna: Po 32 latach pracy
w Telewizji Publicznej składa Pani wypowiedzenie.
Trzy tygodnie po objęciu
przez Bronisława Wildsteina funkcji
prezesa TVP.
Nina Terentiew: I Pan myśli, że zadecydowała
koniunktura polityczna, że nie
miałam wyboru?
M.Ł.: Wtedy wszyscy sądzili, że
Wildstein to nie "człowiek Kaczyńskiego",
tylko jego inkwizytor, który od
razu ma się zabrać za budowanie stosów.
N.T.: Ale ja tego nie zrobiłam ze strachu
przed spaleniem. W ciągu tych wszystkich
lat współpracowałam z prezesami
związanymi z najróżniejszymi obozami
politycznymi: z Walendziakiem, Miazkiem,
Kwiatkowskim, Dworakiem.
I wszyscy ci ludzie dali mi odczuć, że bardzo
cenią mnie i moją pracę: wkład w budowanie
Telewizji Publicznej. Wildstein
nie powiedział i nie zrobił nic złego, co
by świadczyło, że mam się pakować, ale
nie pokazał także, że to co robię i zrobiłam
dla TVP ma dla niego jakąkolwiek
wartość. Czułam, że nie szanuje zarówno
mnie, jak i mojej pracy. To przesądziło
sprawę.
M.Ł.: "Nie mieściła się w wizji nowego
prezesa". Taka była oficjalna wersja.
N.T.: To on się nie mieścił w mojej. Od
razu poczułam, że nie mamy tej samej
grupy krwi. W tamten czwartek przyszłam
do jego gabinetu. Pan prezes myślał,
że będziemy omawiać jakieś sprawy
programowe, a ja powiedziałam, że chyba
nadszedł czas rozstania. Zrobił wielkie
oczy, spytał, czy to działanie pod wpływem
impulsu.
M.Ł.: Odbierała mu Pani luksus wyrzucenia
tuza.
N.T.: Być może ma Pan rację. Powiedziałam
wtedy, że to decyzja jak najbardziej
przemyślana i prezes spokojnie zgodził
się na moją rezygnację. Weszłam w trzymiesięczny
okres wypowiedzenia. Ale to
nie była najważniejsza dla mnie rozmowa
z nowym szefem. Ta najważniejsza nastąpiła
pod koniec trzeciego miesiąca. Byłam
z TVP związana klauzulą konkurencyjności,
która stanowiła, że przez rok po
rozwiązaniu umowy o pracę nie wolno
mi rozpocząć żadnej nowej działalności
zawodowej. W zamian za 80% wynagrodzenia.
Jakbym miała siedzieć rok
w domu na kanapie, to chyba bym zwariowała,
tym bardziej, że już miałam
plany na przyszłość. Chciałam otworzyć
agencję konsultingowo-medialną.
M.Ł.: Była Pani na łańcuchu.
N.T.: Z którego mógł mnie spuścić tylko
podpis prezesa Wildsteina. No więc jest
to spotkanie. Mówię: "nie chciałabym
marnować publicznych pieniędzy, proszę
o zwolnienie z klauzuli konkurencyjności,
poza tym jestem kobietą, która ceni
sobie wolność". Łypnął na mnie znad podania.
"Wolność, wolność. bardzo lubię
to słowo" - powiedział i podpisał. Byłam
wolna. Za chwilę pyta: "ale nie idzie
pani do TVN ani Polsatu?". "Prezesie -
odpowiedziałam - dziś nie, ale dzięki tej
wolności, którą uzyskałam, mogę to zrobić,
ona właśnie na tym polega".
M.Ł.: I nie poczuła Pani, że utraciła
miejsce pracy, z którym związała całe
swoje życie zawodowe, nie bolało oderwanie
od korzeni?
N.T.: Nie, aż samą mnie to zdziwiło.
Poczułam ulgę. Pojechałam na wakacje,
a po jakimś czasie zadzwonił prezes Solorz.
I tak się rozpoczęło moje nowe życie.
M.Ł.: Nie tęskni Pani?
N.T.: Dla mnie samej jest to zdumiewające,
ale nie. Pracując w TVP, nie wyobrażałam
sobie, że mogłabym zmienić firmę,
tak jak ludzie pozostający w szczęśliwym
małżeństwie nie planują nowych partnerów
życiowych. A potem bywa, że to
udane małżeństwo się nagle rozpada.
I człowiek zaczyna nowe życie z kimś innym.
I też może być z nim szczęśliwy.
I ja jestem.
M.Ł.: I nie przechodzi Pani przez myśl
powrót do TVP? Naturalnie wtedy,
kiedy zmieni się jej prezes.
N.T.: Ależ Pan się bardzo myli - znam,
lubię i cenię prezesa Urbańskiego. Ale
mam już po prostu inną pracę. Tamten
okres mojego życia jest definitywnie zamknięty.
M.Ł.: A gdyby Pani oferowano objęcie
funkcji prezesa TVP?
N.T.: No skąd! Ja jestem człowiekiem
przy zdrowych zmysłach i nie ma pieniędzy,
które by mnie nakłoniły do objęcia
tego stanowiska.
M.Ł.: Ryszard Frelek powiedział w 1971
roku do Macieja Szczepańskiego: "no
stary, uważaj, bo objąłeś najniebezpieczniejszy
urząd w kraju".
N.T.: Ej, tam. Wtedy to była miła posadka.
Będąc szefem Radiokomitetu,
uprawiało się gry i zabawy polityczne. Jeśli
to się matce partii podobało, to dawała
pieniądze bez żadnych ograniczeń.
Dzisiaj wygląda to już zupełnie inaczej.
Z jednej strony, ma się pod sobą gigantyczną
firmę. Trzeba dbać o oglądalność,
rentowność i zysk, być menedżerem.
Z drugiej zaś strony jest się obarczonym
obowiązkiem realizowania idei, misji telewizji
publicznej. Plus jeszcze to upolitycznienie.
Prezes TVP - straszny urząd.
M.Ł.: Jakie pytanie zadałaby Pani na
"Bezludnej wyspie" Bronisławowi Wildsteinowi?
Może takie, jak Maćkowi Maleńczukowi
w 2003 roku - czy czuje się
człowiekiem spełnionym?
N.T.: Pan się ze mnie doktoryzuje?
M.Ł.: A może takie, jak Dariuszowi Michalczewskiemu:
czy celem jego życia
jest boks?
N.T.: Oba bym zadała, bo są trafne,
i dorzuciłabym od siebie jeszcze jedno.
Dlaczego tak inteligentny i przewidujący
człowiek dobrał sobie do współpracy
w TVP ludzi, którzy pozornie wydawali
się być jego wiernymi żołnierzami,
a nagle z taką łatwością obrócili bagnety
przeciwko swojemu wodzowi.
M.Ł.: Być dobrym dziennikarzem. Co
to znaczy?
N.T.: Potrafić umiejętnie wydobyć ze
swojego bohatera zwierzenia, otworzyć
go, ale także poczuć granice jego intymności,
które są nieprzekraczalne. Trzeba
posiadać umiejętność poruszania się po
kruchym lodzie oraz świadomość, w którym
momencie ten lód pęknie. Trzeba
pamiętać, że ludzie kultury to nie politycy,
że nie można wyprowadzić nagłego,
niesygnalizowanego ciosu, powalić rozmówcę
na ring i uznać to za dobre dziennikarstwo.
Przeciwnie, moich rozmówców
najbardziej otwierała pewność, że są
ze mną bezpieczni.
M.Ł.: Gdzie ten lód stawał się niebezpiecznie
cienki?
N.T.: Artyści mają swoje pięty achillesowe,
zazwyczaj jest to ich życie prywatne.
Tabloidowy sposób myślenia polega
na tym, że skoro są to osoby publiczne,
to mamy im prawo zajrzeć do
łóżka. Otóż nie mamy. Mamy obowiązek
uszanować ich życie prywatne. Jeśli
ktoś mi przed rozmową mówił: "słuchaj,
te kolorowe tygodniki pełne są scen czułości
z moją żoną, od której właśnie odchodzę.
Nie chcę, żebyśmy o tym gadali
na wizji" - nie gadaliśmy. Omijałam bolące
miejsca. Kiedyś do Polski przyjechał
Roman Polański. To było tuż po tym,
jak został w USA banitą. Przyjął nasze
zaproszenie do studia, ale wiedzieliśmy,
że temat jest tak niebezpieczny, że zrobimy
jeden fałszywy krok, posuniemy się
o jedno pytanie za daleko i on wyjdzie
ze studia albo da w twarz prowadzącemu,
jeśli byłby to facet. Ja poprowadziłam
tamtą rozmowę.
M.Ł.: Wyszedł?
N.T.: Nie wyszedł.
M.Ł.: Z jednej strony czułe stąpanie po
cienkim lodzie w rozmowach z ludźmi
reprezentującymi kulturę wysoką, z drugiej
strony Nina Terentiew jako menedżer,
odpowiedzialny za programy masowe,
które mają podnieść oglądalność.
Nie odczuwa Pani wewnętrznej niespójności
w związku z tą dychotomią?
N.T.: Nie ma żadnej dychotomii. Podział
na kulturę wysoką i niską, komercyjną
i niekomercyjną jest sztuczny. To hipokryzja
ludzi nie potrafiących połączyć
tych sfer. Największym szczęściem
dla twórcy telewizyjnego jest zrobienie
programu, który wywoła łzy zarówno
u profesora uniwersyteckiego, jak i u jego
gosposi. A to wielka sztuka. Łatwo jest
zrobić coś banalnego lub coś, co zainteresuje
wyłącznie wąskie, elitarne grono.
Proszę mi powiedzieć, czy według pańskich
dychotomicznych podziałów muzyka
cygańska to kultura wysoka czy niska.
Ognisko się pali, Cyganie tańczą,
muzyka gra. Słucham.
M.Ł.: To kultura etniczna, wyabstrahowana
od tego podziału.
N.T.: Miga się Pan, bo nie potrafi odpowiedzieć.
A czy muzyka Krzysztofa Krawczyka
to w porównaniu z utworami tworzonymi
przez Krzysztofa Pendereckiego
kultura wysoka czy niska? Milczy Pan? To
niech Pan posłucha. Jedyny podział naszej
telewizji, jaki znam, to na publiczną
i komercyjną. Muzyka cygańska porywa
serca zarówno profesorom, jak i gosposiom
domowym. Serial "M jak miłość"
miał dziesięciomilionową widownię. Jak
ktoś mi mówił, że to telenowela dla gospodyń
domowych, to ja się pytałam,
czy mamy ich aż tyle w Polsce. Potem
z badań wyszło nam, że gros ludzi, oglądających
losy tych bohaterów, posiada
wyższe wykształcenie. Podobnie jest ze
"Światem według Kiepskich", który był
synonimem dna, a potem wyszło, że jest
kultowy wśród bardzo zróżnicowanej widowni.
Lepiej nie dzielić kultury.
M.Ł.: Ostatnio rząd wpadł na pomysł
zniesienia abonamentu. W otwartym liście
do premiera zaprotestowali ludzie
kultury i sztuki. Same znane nazwiska.
N.T.: I ja ich doskonale rozumiem, bo
pojęli, że telewizja publiczna jest ich
ostatnim mecenasem, że w zalewie komercji
zostali ze swoimi ambitnymi planami
sami. Zdają sobie sprawę, że to
ostatni bastion, że bez abonamentu, ergo
- misyjności, telewizja zacznie jeszcze
bezwzględniej walczyć o widza. Tak, jak
inne komercyjne stacje.
M.Ł.: W Polsacie nie pojawia się Pani
na wizji. Z obawy przełożonych, że
twarz Niny Terentiew każdemu się kojarzy
z TVP?
N.T.: Skąd! Ja po prostu nie mam czasu!
Jestem dziennikarzem starej daty, manufakturą,
nie fabryką, nie wyobrażam sobie
czytania z promptera albo przyklejonej
do kamery kartki. Pewnie, może
i mogłabym prowadzić intymne rozmowy
z twórcami po północy, tyle że nie
po to zostałam zatrudniona. Jako menedżer
mam konkretne zadania do wykonania:
czytelne i wymierne. Rozliczają
mnie wyniki oglądalności. Ja, jako Nina,
może i miałabym ochotę usiąść w knajpie
z Krzysiem Majchrzakiem i pogawędzić
przed kamerą, ale czy w Polsacie znalazłby
się na to klient?
M.Ł.: Ale dobrze się Pani tam czuje?
N.T.: Wyśmienicie. Powiedziałabym:
luksusowo. Mam fantastycznych szefów.
Robię to, co kocham. Czuję się spełniona.
M.Ł.: Z przełożonymi raczej nigdy nie
wikłała się Pani w konflikty.
N.T.: Nie, bo ja się nigdy nie mieszałam
w kwestie polityczne. Spośród wszystkich
szefów TVP najbardziej lubiłam się
z Wiesławem Walendziakiem. On prowadził
program "Bez znieczulenia", ja moją
"Wyspę", dogadywaliśmy się super, ale
wszyscy pamiętamy, jakie miał poglądy.
Kiedyś go pytam: "Wiesiu, ale, jeśli chodzi
o politykę, gdybym stanęła ci na linii
strzału, zabiłbyś, prawda?". "Oczywiście
- odpowiedział - ale stosując znieczulenie,
Ninko".