ESSENCE
Magazyn ludzi sukcesu esencja
dobrego
smaku

Moim konikiem jest rower

Najczęściej można ją spotkać na koniu. Ale w wolnej chwili, dla rekreacji, przesiada się na rower, bo jest to pomysł na spędzanie wolnego czasu z córką. Katarzyna Dowbor opowiada o aktywnym wypoczynku i rowerowych eskapadach.

Rozmawiała Beata Steć fot. Sebastian Wolny Agencja SE/EAST NEWS

Katarzyna Dowbor

Zazwyczaj można Panią spotkać na koniach. Często przesiada się Pani z konia na rower?

Katarzyna Dowbor: Bardzo lubię rowery. Jest to taki sport, który w przeciwieństwie do jeździectwa ma pewną zaletę. O konia trzeba cały czas dbać. Natomiast rower można po treningu wstawić do garażu i zapomnieć o nim na parę dni.

Beata Steć: Jakim rowerem Pani jeździ?

Katarzyna Dowbor: Trekingowym (z przerzutkami i grubymi oponami) jeżdżę po miejskich uliczkach. Górski jest doskonały do wycieczek po lesie. Mam specjalny bagażnik do przewożenia rowerów. Dwa lata temu zabrałam rower do Chorwacji. Codziennie rano, zanim zaczynał się upał, wyruszaliśmy na wycieczkę rowerową do gajów oliwnych czy figowych. Dużo więcej się widzi jadąc rowerem, a z drugiej strony jest to wysiłek. Potem mogłam sobie leżeć bezkarnie na plaży, kąpać się w morzu i nie mieć poczucia winy, że nic nie robię.

B.S.: Czy ma Pani jakieś ulubione ścieżki rowerowe?

K.D.: Tu, w Konstancinie i Powsinie, trasa jest bezpieczna, tylko strasznie krótka. Bardzo lubię trasy na Mazurach. Dobrze jeździło mi się w rejonie jeziora Pluszne. Fajnym miejscem jest jezioro Garda u podnóży Alp, nazywane mekką rowerzystów. Bardzo ciekawe są trasy w Zakopanem.

B.S.: Jeździ Pani rekreacyjnie?

K.D.: Jak najbardziej. Nigdy tego sportu nie uprawiałam. W Polsce mało jest kobiet trenujących kolarstwo. Kolarze, którzy pozostali w mojej pamięci, to Szurkowski czy Szozda. Przed wielu laty prowadziłam program telewizyjny, gdzie jako pierwsi w mediach zaprezentowaliśmy rowery górskie. Pokazaliśmy, że ten nowy sport zdobywa sobie coraz więcej zwolenników. Jeździliśmy z kamerą do Krynicy czy Zakopanego, gdzie odbywały się zawody. Tam młodzi ludzie zaczynali się ścigać na rowerach górskich...

B.S.: Wciągnęło to Panią?

K.D.: Tak. Najpierw pokazywaliśmy, jak robią to inni, potem cała ekipa programu kupiła sobie takie rowery. Któregoś razu pojechaliśmy pod Częstochowę, bo tam odbywały się zawody, atrakcją dodatkową był wyścig kobiet: żon czy partnerek trenerów i zawodników. Panie namawiały mnie, abym i ja wystartowała w jednym okrążeniu razem z nimi. Zapewniały mnie, że wcześniej nie jeździły. Dałam się przekonać. Umówiłyśmy się, że równym tempem, bez wyprzedzania, dojedziemy do mety. Wszystko filmowano, więc miało to ładnie wyglądać. I tak było, ale na początku. A potem - nagle jedna zaczyna wyprzedzać, druga też, i ja nie chciałam być gorsza. Zaczęły się prawdziwe wyścigi. Panie dały czadu, mnie poniosła ambicja. Dojechałam jako trzecia, spadłam z roweru i straciłam na moment przytomność. Okazało się, że panie towarzyszyły wcześniej swoim partnerom, gdy oni trenowali. Zrobiły mnie w konia!(śmiech).

B.S.: Czyli swój pierwszy raz zaczęła Pani od zawodów... Kiedy to było?

K.D.: 16, 17 lat temu. Strasznie mi się to spodobało. Początkowo rowery były bardzo skromne. Potem okazało się, że są specjalne amortyzatory czy buty wpinane do pedałów. Jest to takie zawodowstwo i szaleństwo, że ja już za tym nie nadążam.

B.S.: Ceny takich rowerów potrafią być równie zaskakujące... Czy zaawansowana technologia wykorzystywana w rowerach (ramy ze stopów metali), zazwyczaj za kilkanaście tysięcy złotych, gwarantuje niebywałą przyjemność z jazdy?

K.D.: Jeżeli jest to rzeczywiście nasza pasja, warto w niego zainwestować, bo wtedy są lepsze osiągi, łatwiej jest pokonywać dłuższe trasy w specjalnych butach i majtkach z pieluszką. Często obserwuję w Powsinie tzw. gadżeciarzy. Ludzi, którzy wszystkie elementy stroju mają dopasowane pod kolor ramy, ale to jest ich wybór. Ja wydaję na konia, a kto inny wydaje na piwo i papierosy. Podliczyłam kiedyś koleżankę, ile ją kosztuje miesięcznie palenie dwóch paczek papierosów dziennie. Była w szoku, bo do głowy jej nie przyszło, jak spora jest to kwota. Mówię: "słuchaj, już byś za to miała kort tenisowy raz w tygodniu z instruktorem".

B.S.: A Pani nigdy nie paliła?

K.D.: Nie. I nie lubię piwa (śmiech).

B.S.: Jeździła Pani na takim "wypasionym" rowerze?

K.D.: Jeździłam, jak robiliśmy program, bo wiele firm chciało, żeby przetestować ich rowery. Jest to wielka przyjemność, jak się ma odpowiednią ilość przerzutek, amortyzatory, które powodują, że dziury w drodze nie są odczuwalne. Ale to wszystko zależy, jak wiele czasu spędzamy na rowerze. Ja głównie inwestuję w konia. Mam dwa średniej klasy rowery, to mi absolutnie wystarcza.

B.S.: Interesuje się Pani gadżetami związanymi z tym sportem?

K.D.: Był taki moment. To jest cały przemysł. Miałam wtedy dużo lepszą figurę i kupiłam sobie majtki do kolan, z tzw. poduszką w środku, żeby pupa nie bolała podczas jazdy na rowerze. Czy też staniczek ze specjalnego materiału. Ale gadżeciarstwo przechodzi z wiekiem (śmiech). Teraz jeżdżę w normalnym stroju sportowym. Jest to rekreacja i zabawa z moją córką.

B.S.: Marysia szybko nauczyła się jeździć?

K.D.: Uparła się moja mama, która postanowiła Marysię nauczyć. Biegała za nią z kijem przy rowerze. Jestem jej wdzięczna, bo wielką przyjemnością jest jeżdżenie z dzieckiem na wycieczki. Moja córka już od 3. roku życia zaczęła jeździć na nartach, potem konno. Ma wpojone od dzieciństwa, że wolny czas nie polega na siedzeniu z pilotem na kanapie.

B.S.: Nie buntuje się?

K.D.: Myślę, że to jest pewna wartość, którą jej przekazuję. W tej chwili ma 9 lat, ale myślę, że całe życie będzie pamiętała, że trzeba być aktywnym. Ma już zaszczepioną potrzebę ruchu.

B.S.: Jak Pani znajduje czas i siły na sportowe pasje?

K.D.: Czasem strasznie mi się nie chce jechać do stajni. Najchętniej bym usiadła, podjadła czy napiła się dobrego winka. Ale myśl o koniu jest silniejsza. Więc jadę. Przy wierzchowcu jest trochę pracy. Ale jak już wracam do domu, staję po takiej jeździe pod prysznicem i myślę - jestem z siebie dumna! Pojeździłam, nabrałam kondycji. Kiedy się człowiek sprawdzi w sporcie, jest potem psychicznie zadowolony z siebie. Jak mam stresy, to siadam na konia i potem pod prysznicem spływają wszystkie problemy. Ponieważ wysiłek fizyczny powoduje, że człowiekowi psychika puszcza. Ludzie mówią: "a, bo pani jest taka wysportowana". Mówię: "kobitko, mi się też czasem nie chce". Mam taką ochotę "poprzerzucać" tym pilotem, pożyć cudzym życiem, na przykład serialowym.

B.S.: A co sprawia, że jednak nie przesiaduje Pani z pilotem na kanapie?

K.D.: Wpłynęła na mnie moja mama, która jest bardzo ruchliwą osobą. Bardzo długo jeździła konno. Wychowywała się u rodziny we Francji. W związku z tym gra w tenisa, krykieta i jeździ konno. Dostała w prezencie wszechstronne wykształcenie. W Polsce za czasów komunistycznych jazda wierzchem była zabroniona, bo to były wielkopańskie pomysły. Nie grano w krykieta czy tenisa.

B.S.: Zabiera Pani mamę na wycieczki rowerowe?

K.D.: Zakłada krótkie spodnie i jedzie. I to jest fajne. Marysia się urodziła, jak byłam panią w dojrzałym wieku i dlatego muszę się dobrze trzymać i jak najwięcej czasu z nią spędzać. Nawet w wieku dojrzałym można zacząć uprawiać sporty, niekoniecznie trzeba być mistrzem, ale warto tego sportu posmakować. Wszyscy myślą, że ja od dziecka jeżdżę konno.

B.S.: A jest inaczej?

K.D.: Mając 7 lat spadłam z wierzchowca i obraziłam się na konie na wiele lat. Dopiero w wieku 33 lat tak naprawdę pierwszy raz wsiadłam na konia. Zapisałam się do szkółki. Byłam najstarsza. Zaczęłam niezwykle późno, ale uznałam, że jest to coś, co chciałabym w życiu robić. Tak więc wszystkie mamy: jeśli chcecie nadążyć za swoimi dziećmi, próbujcie!

B.S.: Czy kask nie odbiera komfortu jazdy na rowerze?

K.D.: Byłam świadkiem paru wypadków na zawodach, znam ludzi, którzy przeżyli ciężkie chwile, kiedy ich dziecko przewróciło się i uderzyło głową o krawężnik. Gdyby miało kask, nic by się nie stało...

B.S.: Czy sama Pani otarła się o niebezpieczeństwo? Czy to jest bezpieczny sport?

K.D.: Jeżeli się nie szaleje, to jest w miarę bezpieczny. W tym sporcie narażona jest nasza głowa. Jeżeli uderzymy nią o kamień czy drzewo, to nie mamy szans. Na koniu też jeżdżę w kasku, który zakładam zamiast toczka. Raz próbowałam zjechać rowerem z góry. To było mało przyjemne, ponieważ rower bardzo się rozpędził. Przewróciłam się i miałam poważną kontuzję barku. Jeżeli nie uprawiamy wyczynowo sportu, to powinniśmy być dużo bardziej ostrożni. To ma być przyjemność, a nie szaleństwo.


ESSENCE 2011
 
Biografie gwiazd - Bizneswoman - Czasopismo przedsiębiorców - Ekskluzywne czasopismo - Ludzie biznesu - Ludzie sukcesu - Magazyn biznesmenów - Polskie gwiazdy