Zazwyczaj można Panią spotkać
na koniach. Często przesiada
się Pani z konia na rower?
Katarzyna Dowbor: Bardzo lubię rowery.
Jest to taki sport, który w przeciwieństwie
do jeździectwa ma pewną zaletę.
O konia trzeba cały czas dbać. Natomiast
rower można po treningu wstawić do garażu
i zapomnieć o nim na parę dni.
Beata Steć: Jakim rowerem Pani jeździ?
Katarzyna Dowbor: Trekingowym
(z przerzutkami i grubymi oponami) jeżdżę
po miejskich uliczkach. Górski jest
doskonały do wycieczek po lesie. Mam
specjalny bagażnik do przewożenia rowerów.
Dwa lata temu zabrałam rower
do Chorwacji. Codziennie rano, zanim
zaczynał się upał, wyruszaliśmy na wycieczkę
rowerową do gajów oliwnych czy
figowych. Dużo więcej się widzi jadąc rowerem,
a z drugiej strony jest to wysiłek.
Potem mogłam sobie leżeć bezkarnie na
plaży, kąpać się w morzu i nie mieć poczucia
winy, że nic nie robię.
B.S.: Czy ma Pani jakieś ulubione ścieżki
rowerowe?
K.D.: Tu, w Konstancinie i Powsinie, trasa
jest bezpieczna, tylko strasznie krótka.
Bardzo lubię trasy na Mazurach. Dobrze
jeździło mi się w rejonie jeziora Pluszne.
Fajnym miejscem jest jezioro Garda
u podnóży Alp, nazywane mekką rowerzystów.
Bardzo ciekawe są trasy w Zakopanem.
B.S.: Jeździ Pani rekreacyjnie?
K.D.: Jak najbardziej. Nigdy tego sportu
nie uprawiałam. W Polsce mało jest kobiet
trenujących kolarstwo. Kolarze, którzy
pozostali w mojej pamięci, to Szurkowski
czy Szozda. Przed wielu laty prowadziłam
program telewizyjny, gdzie
jako pierwsi w mediach zaprezentowaliśmy
rowery górskie. Pokazaliśmy, że ten
nowy sport zdobywa sobie coraz więcej
zwolenników. Jeździliśmy z kamerą do
Krynicy czy Zakopanego, gdzie odbywały
się zawody. Tam młodzi ludzie zaczynali
się ścigać na rowerach górskich...
B.S.: Wciągnęło to Panią?
K.D.: Tak. Najpierw pokazywaliśmy, jak
robią to inni, potem cała ekipa programu
kupiła sobie takie rowery. Któregoś razu
pojechaliśmy pod Częstochowę, bo tam
odbywały się zawody, atrakcją dodatkową
był wyścig kobiet: żon czy partnerek
trenerów i zawodników. Panie namawiały
mnie, abym i ja wystartowała
w jednym okrążeniu razem z nimi. Zapewniały
mnie, że wcześniej nie jeździły.
Dałam się przekonać. Umówiłyśmy się,
że równym tempem, bez wyprzedzania,
dojedziemy do mety. Wszystko filmowano,
więc miało to ładnie wyglądać.
I tak było, ale na początku. A potem -
nagle jedna zaczyna wyprzedzać, druga
też, i ja nie chciałam być gorsza. Zaczęły
się prawdziwe wyścigi. Panie dały czadu,
mnie poniosła ambicja.
Dojechałam jako trzecia, spadłam z roweru i straciłam na moment przytomność. Okazało się, że panie towarzyszyły wcześniej swoim partnerom, gdy oni trenowali. Zrobiły mnie w konia!(śmiech).
B.S.: Czyli swój pierwszy raz zaczęła
Pani od zawodów... Kiedy to było?
K.D.: 16, 17 lat temu. Strasznie mi się
to spodobało. Początkowo rowery były
bardzo skromne. Potem okazało się, że
są specjalne amortyzatory czy buty wpinane
do pedałów. Jest to takie zawodowstwo
i szaleństwo, że ja już za tym nie nadążam.
B.S.: Ceny takich rowerów potrafią
być równie zaskakujące... Czy zaawansowana
technologia wykorzystywana
w rowerach (ramy ze stopów metali),
zazwyczaj za kilkanaście tysięcy złotych,
gwarantuje niebywałą przyjemność
z jazdy?
K.D.: Jeżeli jest to rzeczywiście nasza
pasja, warto w niego zainwestować, bo
wtedy są lepsze osiągi, łatwiej jest pokonywać
dłuższe trasy w specjalnych butach
i majtkach z pieluszką. Często obserwuję
w Powsinie tzw. gadżeciarzy.
Ludzi, którzy wszystkie elementy stroju
mają dopasowane pod kolor ramy, ale to
jest ich wybór. Ja wydaję na konia, a kto
inny wydaje na piwo i papierosy. Podliczyłam
kiedyś koleżankę, ile ją kosztuje
miesięcznie palenie dwóch paczek papierosów
dziennie. Była w szoku, bo do
głowy jej nie przyszło, jak spora jest to
kwota. Mówię: "słuchaj, już byś za to
miała kort tenisowy raz w tygodniu z instruktorem".
B.S.: A Pani nigdy nie paliła?
K.D.: Nie. I nie lubię piwa (śmiech).
B.S.: Jeździła Pani na takim "wypasionym"
rowerze?
K.D.: Jeździłam, jak robiliśmy program,
bo wiele firm chciało, żeby przetestować
ich rowery. Jest to wielka przyjemność,
jak się ma odpowiednią ilość przerzutek,
amortyzatory, które powodują, że
dziury w drodze nie są odczuwalne. Ale
to wszystko zależy, jak wiele czasu spędzamy
na rowerze. Ja głównie inwestuję
w konia. Mam dwa średniej klasy rowery,
to mi absolutnie wystarcza.
B.S.: Interesuje się Pani gadżetami związanymi
z tym sportem?
K.D.: Był taki moment. To jest cały przemysł.
Miałam wtedy dużo lepszą figurę
i kupiłam sobie majtki do kolan, z tzw.
poduszką w środku, żeby pupa nie bolała
podczas jazdy na rowerze. Czy też staniczek
ze specjalnego materiału. Ale gadżeciarstwo
przechodzi z wiekiem (śmiech).
Teraz jeżdżę w normalnym stroju sportowym.
Jest to rekreacja i zabawa z moją
córką.
B.S.: Marysia szybko nauczyła się jeździć?
K.D.: Uparła się moja mama, która postanowiła
Marysię nauczyć. Biegała za
nią z kijem przy rowerze. Jestem jej
wdzięczna, bo wielką przyjemnością jest
jeżdżenie z dzieckiem na wycieczki. Moja
córka już od 3. roku życia zaczęła jeździć
na nartach, potem konno. Ma wpojone
od dzieciństwa, że wolny czas nie polega
na siedzeniu z pilotem na kanapie.
B.S.: Nie buntuje się?
K.D.: Myślę, że to jest pewna wartość,
którą jej przekazuję. W tej chwili ma
9 lat, ale myślę, że całe życie będzie pamiętała,
że trzeba być aktywnym. Ma już
zaszczepioną potrzebę ruchu.
B.S.: Jak Pani znajduje czas i siły na
sportowe pasje?
K.D.: Czasem strasznie mi się nie chce
jechać do stajni. Najchętniej bym
usiadła, podjadła czy napiła się dobrego
winka. Ale myśl o koniu jest silniejsza.
Więc jadę. Przy wierzchowcu jest trochę
pracy. Ale jak już wracam do domu, staję
po takiej jeździe pod prysznicem i myślę
- jestem z siebie dumna! Pojeździłam,
nabrałam kondycji. Kiedy się człowiek
sprawdzi w sporcie, jest potem psychicznie
zadowolony z siebie. Jak mam stresy,
to siadam na konia i potem pod prysznicem
spływają wszystkie problemy. Ponieważ
wysiłek fizyczny powoduje, że człowiekowi
psychika puszcza. Ludzie mówią:
"a, bo pani jest taka wysportowana".
Mówię: "kobitko, mi się też czasem nie
chce". Mam taką ochotę "poprzerzucać"
tym pilotem, pożyć cudzym życiem, na
przykład serialowym.
B.S.: A co sprawia, że jednak nie przesiaduje
Pani z pilotem na kanapie?
K.D.: Wpłynęła na mnie moja mama,
która jest bardzo ruchliwą osobą. Bardzo
długo jeździła konno. Wychowywała się
u rodziny we Francji. W związku z tym
gra w tenisa, krykieta i jeździ konno.
Dostała w prezencie wszechstronne wykształcenie.
W Polsce za czasów komunistycznych
jazda wierzchem była zabroniona,
bo to były wielkopańskie pomysły.
Nie grano w krykieta czy tenisa.
B.S.: Zabiera Pani mamę na wycieczki
rowerowe?
K.D.: Zakłada krótkie spodnie i jedzie.
I to jest fajne. Marysia się urodziła, jak
byłam panią w dojrzałym wieku i dlatego
muszę się dobrze trzymać i jak najwięcej
czasu z nią spędzać. Nawet w wieku dojrzałym
można zacząć uprawiać sporty,
niekoniecznie trzeba być mistrzem, ale
warto tego sportu posmakować. Wszyscy
myślą, że ja od dziecka jeżdżę konno.
B.S.: A jest inaczej?
K.D.: Mając 7 lat spadłam z wierzchowca
i obraziłam się na konie na wiele lat. Dopiero
w wieku 33 lat tak naprawdę pierwszy
raz wsiadłam na konia. Zapisałam się
do szkółki. Byłam najstarsza. Zaczęłam
niezwykle późno, ale uznałam, że jest to
coś, co chciałabym w życiu robić. Tak
więc wszystkie mamy: jeśli chcecie nadążyć
za swoimi dziećmi, próbujcie!
B.S.: Czy kask nie odbiera komfortu
jazdy na rowerze?
K.D.: Byłam świadkiem paru wypadków
na zawodach, znam ludzi, którzy przeżyli
ciężkie chwile, kiedy ich dziecko przewróciło
się i uderzyło głową o krawężnik.
Gdyby miało kask, nic by się nie stało...
B.S.: Czy sama Pani otarła się o niebezpieczeństwo?
Czy to jest bezpieczny
sport?
K.D.: Jeżeli się nie szaleje, to jest w miarę
bezpieczny. W tym sporcie narażona jest
nasza głowa. Jeżeli uderzymy nią o kamień
czy drzewo, to nie mamy szans.
Na koniu też jeżdżę w kasku, który zakładam
zamiast toczka. Raz próbowałam
zjechać rowerem z góry. To było mało
przyjemne, ponieważ rower bardzo się
rozpędził. Przewróciłam się i miałam poważną
kontuzję barku. Jeżeli nie uprawiamy
wyczynowo sportu, to powinniśmy
być dużo bardziej ostrożni. To ma
być przyjemność, a nie szaleństwo.