Panie Janie, mamy rok 2005,
rozdanie nagród Amerykańskiej
Akademii Filmowej. Na
sali zasiadają między innymi
nominowani John Williams i John Debney,
ale po regułce "and the Oscar goes
to." pada Pańskie nazwisko. To chyba
jeden z tych momentów, które zmieniają
całe życie na zawsze. Jak Pan go
postrzega z perspektywy czasu?
Jan A.P. Kaczmarek: Był to z pewnością
krok milowy w mojej karierze. W muzyce,
w sztuce nawet największe sukcesy
potrafią być kwestionowane. Sportowcy
przekraczają obiektywne bariery
wysokości, szybkości, wytrzymałości itd.,
a w przypadku artystów wszystko jest
względne. Przez wiele lat byłem sceptykiem,
jeżeli chodzi o wszelkie nagrody
i wyróżnienia, ale zmieniłem zdanie.
W czasach chaosu i inflacji są one po
prostu potrzebne. Te najważniejsze pełnią
rolę filtra porządkującego chaos.
W muzyce filmowej Oscar jest jedyną
nagrodą, która się liczy.
Dariusz Kuźma: Oscar jest niezwykle
prestiżowy, ale również szalenie zobowiązuje.
Z pewnością pojawiła się większa
presja, choćby tylko z tego powodu,
iż stał się Pan osobą szeroko rozpoznawaną.
Czy to przeszkadza w pracy?
A może motywuje?
Jan A.P. Kaczmarek: Odpowiedzialność
przychodzi wraz z sukcesem. Oscara dostałem
w wieku 50 lat. To nie był początek,
ale zwieńczenie długiej kariery. Gdy
jest się młodym i niedoświadzczonym,
sukces może mieć destrukcyjne skutki.
Czuję większą odpowiedzialność, co
mnie motywuje, ale nie spędza mi snu
z powiek.
D.K.: Czy uważa Pan, że przez to idzie
Pan na jakieś kompromisy w swojej muzyce?
J.A.P.K.: To jest temat, który mnie fascynuje.
W twórczości często spotykają
się dwa elementy - zewnętrzna presja,
która stanowi spory nacisk w kierunku
kompromisu, i głos wewnętrzny - ten
rodzaj osobistej integralności, który pomaga
budować niezależność. A ta jest dla
mnie bardzo ważna. To jeden z podstawowych
tematów, które poruszam podczas
moich wykładów czy seminariów
- w świecie zdominowanym przez wielkie
korporacje, niezwykle rozrośnięty rynek
filmowy i muzyczny jest poddawany
różnego rodzaju naciskom, stąd zachowanie
własnego "głosu" jest bardzo trudne.
Wielu młodych ludzi nie wie, jak sobie
z tym poradzić. Ich pierwszy odruch polega
więc na tym, by się temu wszystkiemu
oddać, kopiować modne wzory
i być posłusznym wszelkim dyrektywom.
To na dłuższą metę zgubne myślenie!
Tym bardziej, że na rynku zawsze szuka
się "głosów" oryginalnych. Jak więc odnieść
sukces, dostosowując się do wymagań
innych? Każdy artysta musi odnaleźć
w sobie odwagę, by podążać z nurtem,
ale równocześnie potrafić powiedzieć
"nie" i wiedzieć, kiedy to zrobić.
D.K.: Czego więc uczy Pan młodych,
którzy chcą zdobyć sławę?
J.A.P.K.: Ciężko to streścić w jednym
zdaniu, ale upraszczając - staram się poznać
ich podstawowe cechy charakteru,
zrozumieć osobowość, rozpoznać ograniczenia.
A następnie pomagam je przełamywać.
Choć dzisiaj świat jest otwarty,
ciągle istnieje przepaść świadomości pomiędzy
młodymi polskimi twórcami
a tymi zza oceanu. Najlepszym przykładem
jest to, jak reagują na krytyczne
uwagi na temat swoich kompozycji. Dla
amerykańskiego twórcy jest to część dialogu
i nieważne, czy się z nią zgadza czy
nie, podchodzi do dyskusji bez większych
emocji. Natomiast, jeśli takie krytyczne
uwagi reżysera czy producenta
docierają do polskiego lub europejskiego
twórcy, ten często dostaje dreszczy i żywi
przekonanie, że ma miejsce zamach na
jego podstawowe prawa i twórczość.
D.K.: Od czasu, kiedy stał się Pan
sławny, wielu ludzi próbowało dokonać
syntezy Pańskiej twórczości, sprowadzając
ją do szeregu analiz i ładnych
przymiotników. Niewielu chyba jednak
wzięło pod uwagę Pańskie zdanie -
czym jest więc muzyka filmowa dla jej
kompozytora?
J.A.P.K.: Muzyka jest dla mnie podstawowym
żywiołem, za pomocą którego się
wyrażam i komunikuję z innymi ludźmi.
Pod tym względem nic się w moim życiu
nie zmieniło: emocje są ciągle najważniejsze,
a radość z komponowania
i słuchania muzyki pozostaje niezmiennie
taka sama.
D.K.: A czy proces tworzenia oznacza
dla Pana absolutną separację od otoczenia,
czy czerpie Pan inspiracje i pomysły
z "życia"?
J.A.P.K.: Zawsze szukam inspiracji w życiu,
fascynuje mnie wszystko - nagłówki
w gazetach, ludzkie emocje, przypadkowe
spotkania. To główny materiał dla
mojej twórczości, ale kiedy fizycznie zasiadam
do pisania, całkowicie się od
wszystkiego odseparowuję.
D.K.: Kilka razy puszczałem "Forgotten
Overture" z "Marzyciela" znajomym,
którzy filmu nie widzieli i po przesłuchaniu
tej kompozycji przeczuwali, że to
musi być coś związanego z dzieciństwem
i wyobraźnią, a moja narzeczona, również
nie znając jeszcze filmu, zapytała,
czy to muzyka z "Hooka", czyli filmu
o Piotrusiu Panie. To zresztą tylko jeden
z przykładów, bowiem w wielu Pańskich
partyturach muzyka odzwierciedla emocje
bohaterów - choćby w "Spotkaniu"
- jest melancholijna jak bohater i cała
sytuacja, w której się znalazł. Jak Pan
podchodzi do wyzwań stawianych przez
nowe kompozycje?
J.A.P.K.: To jest kwestia pewnej wrażliwości
na innych ludzi, a także na to, co
widzę w samym filmie. Moja praca zaczyna
się, kiedy oglądam dany obraz, często
jeszcze w nieskończonej wersji. Muzyka
jest przedłużeniem moich pierwszych,
instynktownych emocji z nim
związanych. Jeśli mówi pan, że moja muzyka
ma połączenie z tematem i dotyka
esencji tego, o czym opowiada film, to
znaczy, że nie straciłem swojego wyczucia.
Bardzo mnie to cieszy, ponieważ to
jedna z podstawowych cech, które dobry
kompozytor powinien w sobie mieć.
D.K.: Patrzy Pan w przyszłość z optymizmem?
Jakieś marzenia na przyszłość?
Może action score?
J.A.P.K.: To są zagadnienia czysto praktyczne.
Gdyby pojawiła się taka propozycja,
z pewnością bym ją rozważył. Nie
szukam takich wyzwań, ale pisałem już
muzykę do horroru, filmów z silnymi
elementami akcji oraz epickiego kina
wojennego i dobrze się w tym czułem.
Ważne, żeby nie zamykać się przed nowymi
doświadczeniami. I to mi się w zasadzie
udaje, choć po "Marzycielu" wielu
zaczęło uważać, że potrafię komponować
jedynie muzykę szlachetną, delikatną,
pełną emocji i wrażliwości.
D.K.: Cofnijmy się może na chwilę do
przeszłości. Nie wiązał Pan przecież
swojej przyszłości z kinem i w ogóle
z muzyką. Jeden ze słynniejszych Pańskich
cytatów głosi, iż granie było dla
Pana jak religia, później stało się zawodem.
Jak Pan postrzega swoją karierę
z perspektywy czasu?
J.A.P.K.: Patrzę na nią z satysfakcją -
gdy porównuję swój warsztat pracy z lat
80. i obecnie, różnica jest duża. Nauczyłem
się wielu rzeczy, mam o wiele większą
świadomość tego, co tworzę, a także tego, iż przebyłem długą drogę, by osiągnąć
to, co mam. Staram się rozwijać
w wielu różnych kierunkach - odkrywam
nowe narzędzia komunikacji, które
stają się również przedłużeniami moich
kompozycji, a także aktywnego związku
z ludźmi. Obecnie od jakiegoś czasu pracuję
nad międzynarodowym festiwalem
filmowym i muzycznym, który będzie
odbywał się w Poznaniu. Chcę również
tworzyć nowe miejsca, gdzie moglibyśmy
razem pracować, dyskutować ze sobą,
wzajemnie się inspirować. Wierzę w potęgę
dialogu! Ten festiwal ma być właśnie
miejscem takiej "gorączki" dyskusji. Na
podobnej zasadzie będzie funkcjonował
Instytut "Rozbitek".
D.K.: Właśnie, co z "Rozbitkiem"? Ma
to być organizacja nonprofit, pomyślana
jako przestrzeń dla spotkań artystów
filmu, muzyki i teatru. Obecnie
jednak nieco o tym projekcie ucichło,
a ludzie, nie wiedząc, w jakiej całość jest
fazie, zaczynają spekulować.
J.A.P.K.: Ludzie insynuują różne rzeczy,
ale niewielu próbuje zrozumieć jedną
podstawową kwestię związaną z "Rozbitkiem"
- to duży projekt, a te mają to
do siebie, że czasami zaczyna brakować
na nie środków i wszystko zajmuje więcej
czasu niż myśleliśmy. Mamy kilka
budynków i odnawiam je ze stanu kompletnej
ruiny. Nie jest to zadanie proste.
"Rozbitka" finansuję dotąd prawie
wyłącznie z własnych środków, dopiero
w 2010 roku pojawiły się pierwsze pieniądze
z unijnych funduszy. Zamiast żyć
wygodnie w Kalifornii, albo opalać się na
południu Francji czy Włoch, zaangażowałem
się w tak skomplikowaną operację.
Nie wszyscy decydują się na coś takiego.
Nie żądam komplementów, ale
prawda jest taka, że wymaga to ode mnie
sporo wyrzeczeń, uporu i konsekwencji
w działaniu. Nie brakuje mi energii, ale
w kraju istnieje wiele barier, które znacznie
spowolniły proces tej budowy.
D.K.: "Rozbitek" ma być miejscem,
w którym młodzi artyści będą mogli
szkolić się i wymieniać poglądy, bez
wpadania w szpony komercji. Wracamy
tym samym do wcześniej omawianej
kwestii - czy taki sprzeciw ma sens
w dzisiejszym świecie?
J.A.P.K.: Tak, sprzeciw ma zawsze sens,
ale musi być artykułowany w mądry sposób.
Nie chcę stworzyć odizolowanej wyspy,
która stanie się kółkiem wzajemnej
adoracji, lecz miejsce, w którym będzie
się szukało mądrej drogi oporu i rozwiązywania
dylematów związanych z tożsamością
artystyczną. "Rozbitek" ma sens,
bowiem nawet jeśli rynek filmowo-muzyczny
jest jednym z najbardziej skomercjalizowanych,
pozwala równocześnie
zaistnieć "głosom" kompletnie niezależnym.
"Rozbitek" budowany jest na podobnej
idei: nie na iluzji, ale na świadomości
świata, w którym żyjemy. W Polsce
istnieje jeszcze inny problem - nie
ma dużego rynku, który pozwoliłby zadziałać
prawom konkurencji. Reżyserzy
potrzebują silnych partnerów-producentów,
którzy będą ambitni i świadomi
tego, co robią, ale nie znajdują takich
zbyt wielu.
D.K.: Wróćmy do tego, co mówił Pan
o rozwijaniu się. Jest Pan również
obecny w internecie, chociażby na Facebooku,
gdzie - jak się wydaje - odpowiada
Pan sam na komentarze użytkowników.
Ceni Pan sobie taką formę komunikacji?
J.A.P.K.: Facebook jest dla mnie czymś
nowym, jestem na nim dopiero od kilku
miesięcy. Lubię tę formę komunikacji,
bo jest krótka, lapidarna i pozwala
mi rzeczywiście wchodzić w interakcję
z ludźmi, budować rodzaj społeczności
z udziałem osób, które słuchają mojej
muzyki. Facebook oraz strona internetowa
są dla mnie właśnie takimi narzędziami.
To dla mnie bardzo ważne,
bowiem podstawową wartością i powodem,
dla którego komponuję, są ludzie.
Choć na Facebooku trudno wejść z głębszą
rozmowę, szczególnie jeśli nie ma się
czasu na bycie "pełnoetatowym" Facebookowiczem.
Większość wpisów, które
uzyskuję, dotyczy emocji; ludzie piszą
o tym, co dana partytura dla nich znaczy.
A z tym trudno polemizować. To bardziej
miła wymiana energii, niż coś poważniejszego.
D.K.: Niemniej internet to medium,
które już ostatecznie pozbawia jakichkolwiek
złudzeń prywatności. Większość
moich informacji zdobyłem właśnie
stamtąd.
J.A.P.K.: Tego nie uniknę. Osoba publiczna
nie może uniknąć negatywnych
reakcji na siebie i to, co robi. Mogę tylko
działać zgodnie z własnymi zasadami
i nadzieją, że ktoś to doceni.
D.K.: To prawda, ale zakończmy optymistyczną
nutą - co muzyka, niekoniecznie
filmowa, może dać przeciętnemu
człowiekowi?
J.A.P.K.: Bardzo, bardzo dużo! Jest pokarmem
dla duszy. Dobrze napisana muzyka
może stać się ważną częścią życia,
pomagać budować czyjąś rzeczywistość
- niektórzy malują do muzyki, niektórzy
piszą, jeszcze innym pozwala się ona
skupić itd. Muzyka, w szczególności filmowa,
zawiera w sobie wiele emocji, a te
pozwalają ciekawiej i pełniej żyć.
Jan A.P. Kaczmarek - polski kompozytor muzyki filmowej, który często pracuje przy
amerykańskich produkcjach. Za partyturę do "Marzyciela" zdobył Oscara, najważniejszą
nagrodę w branży filmowej. Biznesmen, człowiek sukcesu, ale również pasjonat
i nieposkromiony aktywista. Wykładowca, nauczyciel, obecnie pracuje przy dwóch
międzynarodowych projektach skierowanych do młodych ludzi.