Tradycje artystyczne były
żywe w Pani rodzinie. Dorastała
Pani w bliskim kontakcie
ze sztuką i kulturą.
Jak definiuje Pani piękno? Czy tradycje
wyniesione z domu wpłynęły na kształtowanie
filozofii, na której oparła Pani
swoją firmę?
Elżbieta Wysoczańska: Moje wychowanie
sprawiło, że podchodzę do tego, co
robię bardzo idealistycznie i romantycznie.
Jestem przekonana, że miałabym
inne podejście, gdybym wychowała się
w rodzinie związanej z biznesem. Pasjonuję
się kreacją każdego szczegółu, semiotyką
produktu, socjologią odbiorców,
etyką wobec konsumenta. Nie pasowałabym
do Wall Street. Myślę, że to,
co wyniosłam z domu, to chęć wykonywania
zawodu, który będzie jednocześnie
pasją. Piękno? Odkąd pamiętam lubię
analizować, co sprawia, że postrzegamy
coś jako piękne. Piękno jest w szczegółach,
w harmonii, a czasami to po prostu
nieuchwytna aura.
Izabela Sondej: Na rynku jest wiele firm
kosmetycznych, każda z nich przekonuje,
że jej oferta jest najlepsza. Skąd
wzięła Pani przekonanie, że jest w stanie
stworzyć nową jakość; coś, czego jeszcze
nie było?
Elżbieta Wysoczańska: To typowa historia
sfrustrowanej klientki, która nie może
znaleźć tego, czego szuka. Myślę, że jest
to przypadek wielu kobiet szukających
tego, czego ja szukałam w kosmetykach:
skuteczności w walce ze starzeniem, a nie
"bla-bla" marketingowego. Każde stwierdzenie
udowodnione naukowo, do tego
naturalne składniki, bez petrochemii,
konserwantów, emulgatorów syntetycznych,
silikonów itp.
Na rynku jest wiele kosmetyków, które
są bardzo skuteczne, ale bazują na składnikach
syntetycznych i petrochemii, tym
samym nie wszystkie składniki są tej samej,
wysokiej jakości. Ponadto, koniec
hipokryzji - krem nie zmieni wszystkiego.
Każdy krem ma swoje limity,
a skóra jest największym organem, który
odzwierciedla higienę życia i stosowaną
dietę. Moje produkty przeznaczone są
do pielęgnacji skóry z zewnątrz i od
wewnątrz. Ta nierozłączna recepta na
piękną skórę odróżnia nas od innych marek
- moje klientki aplikują krem i łykają
tabletkę, dzięki temu efekt jest bardziej
widoczny.
I.S.: Kształciła się Pani w kilku kierunkach
- jest Pani dyplomowaną pianistką,
studiowała literaturę hiszpańską,
ukończyła w Madrycie fakultet dziennikarski.
Czy były to przemyślane wybory,
które Panią ukształtowały, nauczyły
wszechstronności, rozszerzyły
horyzonty, czy może etap poszukiwań?
E.W.: Myślę, że to, co Pani wymienia,
to jeszcze etap poszukiwań. Wychowałam
się w operze, więc studiowanie muzyki
było dla mnie czymś bardzo naturalnym.
Filologia hiszpańska była krokiem
w świat, bo zawsze chciałam podróżować
i poznawać inne kultury, tak wiec wylądowałam w Madrycie. Na miejscu
poczułam potrzebę uzupełnienia wiedzy.
Dziennikarstwo było tym dopełnieniem...
W czasie sjesty szłam do el Corte
Ingles i studiowałam całą ofertę kosmetyczną.
Znałam każdy krem i miałam
wszystkie próbki, bo cera była moją pasją
od zawsze. Poszukiwałam "zawodu",
który będzie moją pasją i coraz bardziej
dojrzewała we mnie idea, że powinnam
zająć się kosmetykami. Zaczęłam pracować
w firmie medyczno-farmaceutycznej
i wtedy poczułam, że zdobywam właściwą
wiedzę. Studia MBA International
Luxury Brand Management w Paryskiej
ESSEC były zatem bardzo świadomym
wyborem. Dlaczego właśnie luksus? Bo
pasja rodzi perfekcję, a perfekcja jakość
- jakość jest luksusem.
I.S.: Czy uważa się Pani za obywatelkę
świata? Myśli globalnie? Czy dobrze się
Pani czuje w ruchu, w podróży? Lubi
Pani zmiany? Czy kiedykolwiek pokutował
w Pani kompleks obywatelki "byłego
demoluda"?
E.W.: Absolutnie nie. Jestem bardzo
dumna z polskich korzeni i myślę, że wychowanie
w komunistycznym kraju pomaga
mi na co dzień w pokonywaniu sytuacji
niemożliwych. Nazywając markę
VISOANSKA, nie chciałam chyba ukrywać
tego, że jestem Polką. Mieszkałam
już w czterech krajach, co wpłynęło bardzo
na adaptację rożnych mentalności.
To jest pasjonujące. Zmiany pomagają
nam pozostać młodymi. Rutyna jest największym
wrogiem pod tym względem.
Od ponad 10 lat wsiadam w samolot jak
inni w metro, w Europie wszystko jest
tak blisko. To kwestia nastawienia psychicznego.
Ostatnio często poruszam się
pociągiem relacji Paryż-Londyn. Cudo,
z centrum do centrum w 2 godziny.
Uwielbiam odkrywać nowe kraje, chociaż
odkąd mam córeczkę staram się bardzo
ograniczać...
I.S.: Mieszkała Pani w Hiszpanii, studiowała
w szkole biznesu w Paryżu - czy
widać różnice w podejściu do pielęgnowania
urody w tych krajach i w Polsce?
E.W.: Największe różnice widać w makijażu
Hiszpanek i Paryżanek, który jest
bardziej naturalny w porównaniu ze sposobem
malowania się Polek. Podkład na
przykład jest używany od święta. Różne
narodowości mają także odmienne problemy
skórne, na przykład problem z naczynkami jest typowy tylko dla naszej
szerokości geograficznej, a Hiszpanki
oddałyby wszystko za świetlistość skory,
jaką cieszą się Polki.
I.S.: Jaki był najtrudniejszy moment
w Pani karierze? Co pomogło go Pani
przezwyciężyć? I przeciwnie - co Pani
postrzega jako swój największy sukces?
E.W.: Trudnych momentów było bardzo
dużo, chociażby "lansowanie" marki
w okresie największego kryzysu gospodarczego.
Moja mała córeczka pomagała
mi przezwyciężyć bezsenność i nerwy -
dzieci pomagają relatywizować problemy.
I ona jest też chyba moim największym
sukcesem, to cud życia. A drugi to fakt,
że jesteśmy w Harrodsie obok wielkich
marek.
I.S.: Czy wierzy Pani w to, że piękno
wypływa z harmonii ciała i ducha? Czy
próbuje to Pani uświadamiać swoim
klientkom?
E.W.: To filozofia naszej marki. Chcemy
uświadomić, iż zapewnienia firm, że
krem zrobi wszystko, to czysta hipokryzja.
Oczywiście, krem może bardzo pomóc,
ale zachowanie młodego wyglądu
wymaga utrzymania młodego ducha,
dbania o formę i zdrowie całego ciała. To,
co nas postarza najbardziej, to stare poglądy,
rutyna, otyłość, a nie parę zmarszczek
wokół oczu.
I.S.: Kiedy czuje się Pani najbardziej
szczęśliwa?
E.W.: Wówczas, kiedy robię to, co lubię
i kiedy spędzam czas z bliskimi, szczególnie
z moją małą córeczką. Kiedy widzę
efekty mojej pracy, kiedy spotykam kobiety
dziękujące mi za to, że dzięki naszym
kremom ich cera się poprawia. Kocham
też niedzielne przechadzki po Paryżu,
karuzelę w parku Tuileries - to
piękno dookoła "ładuje" mnie bardzo
pozytywnie.
I.S.: W jaki sposób postrzega Pani samą
siebie? Czego Pani najbardziej w sobie
nie lubi?
E.W.: Nie lubię w sobie spóźnialstwa.
A pierwsze pytanie jest dla mnie bardzo
trudne ... Jestem twardzielem o miękkim
sercu i jestem też bardzo emocjonalna.
Chyba raczej niepozorna blondynka,
która idzie w szpilkach, ale jak przychodzi
co do czego, to potrafi je zdjąć i trzepnąć
kogoś po głowie. Perfekcjonistka.
Kiedyś ktoś z firmy, która robi nam opakowania,
powiedział, że ma tylko dwóch
tak trudnych klientów: Chanel i nas.