Podobno Pana życiowym sukcesem
był zakup pistoletu do
przekłuwania uszu.
Wojciech Kruk: (uśmiech)
Szydzono z tego, ale nigdy tak małym
wysiłkiem finansowym oraz intelektualnym
nie zarobiłem tak wiele. To był koniec
lat 70. Jakie czasy, taki biznes, pan
jest młody, nie pamięta tamtej rzeczywistości.
Marek Łuszczyna: Ale po co Panu był
ten pistolet?
Wojciech Kruk: Sadzałem cztery panie
na ławeczce w moim maleńkim zakładzie.
Mówiłem: głowy w lewo - odwracały.
Potem szybciutko: znieczulenie
ksylokainą, strzał z pistoletu, przetarcie
watką, założenie kolczyka firmy Kruk.
I gotowe. Osiągałem tempo czterdziestu
pań na godzinę. Byłem w Poznaniu monopolistą.
M.Ł.: A może największy życiowy sukces
przyszedł później, podczas obrony przed
wrogim przejęciem przez grupę Vistula-
Wólczanka*. Pana ruch nazywano potem
"precyzyjnym, biznesowym cięciem
chirurgicznym", "mistrzowską strategią".
Pozornie bezbronna ofiara pokonała
agresora; Dawid - Goliata. Zachował
Pan kontrolę nad rodzinnym interesem,
mimo że wydawał się on stracony.
W.K.: E, tam. Media wykreowały mnie
na biznesową gwiazdę, stratega nad strategów.
Czy to był prawdziwy sukces,
okaże się w przyszłości, jeszcze sporo
przed nami pracy. W sensie teoretycznym
być może ma pan rację, zrobiliśmy
coś wartego odnotowania. Ale uważam,
że szum w dużej mierze wynikał z tego,
że zanosiło się na pierwsze wrogie przejęcie
na polskiej giełdzie. Ktoś się na mnie
zamachnął, a ja, zgodnie z filozofią judo,
obróciłem energię tego ciosu przeciwko
niemu. I teraz ten ktoś będzie miał bardzo
poważne problemy, by podnieść się
o własnych siłach z maty. Bo tego rodzaju
metody - bezwzględne, brutalne,
nie sprawdzają się w branży luksusowej,
opartej w dużej mierze na emocjach
i smaku. Kwestia smaku - jak mówił
Zbigniew Herbert.
M.Ł.: A pamięta Pan, jak będąc senatorem
IV kadencji, pracował nad ustawą
o prawie farmaceutycznym?
W.K.: Już wiem, o co pan chce spytać,
chętnie odpowiem.
M.Ł.: O to, o co pytało wtedy wielu.
Czy to prawda, że lobbował Pan, by
w ustawie znalazły się rozwiązania korzystne
dla inwestora własnej spółki
- amerykańskiej firmy Enterprise Investors,
która szykowała się do otwarcia
sieci aptek. W ustawie miał się znaleźć
zapis, że aptekę może prowadzić nie
tylko farmaceuta.
W.K.: W życiu nie słyszałem większej
bzdury. Przecież takie zapisy istniały od
zawsze. Oczywiście kierownikiem apteki
musi być farmaceuta. Lobby aptekarskie
walczyło, tak jak drobni kupcy z supermarketami,
o wprowadzenie określonych
ograniczeń zabezpieczających własne interesy
i nie dopuszczenie konkurencji.
Jestem zwolennikiem gospodarki liberalnej,
wolnorynkowej. Pogląd, że właściciel
apteki musi być aptekarzem, jest
jej zaprzeczeniem. Na tej samej zasadzie
można dojść do przekonania, że właścicielem
piekarni musi być piekarz, a fabryki
samochodów - inżynier. Pamięta
pan, co jeszcze było w tej ustawie?
M.Ł.: Że jedna apteka musi przypadać
na określoną ilość mieszkańców.
W.K.: Na 5 tysięcy. Więc jeżeli w ośmiotysięcznym
miasteczku jedyny aptekarz
byłby pijakiem lub niesolidnie prowadził
aptekę, to po leki ludzie musieliby jeździć
do innego powiatu. Dodatkowo niektórzy
pracujący nad tekstem ustawy chcieli,
by apteki nie znajdowały się od siebie bliżej
niż 500 m. Całkowita paranoja.
M.Ł.: A Enterprise Investors?
W.K.: A Enterprise Investors było właścicielem
zarówno sieci aptek, jak i fabryk
farmaceutycznych. I o ile fabrykom mogłoby
zależeć na rozdrobnieniu, to sieci
aptek miały zupełnie odwrotne zdanie.
Ustawa przeszła naturalnie, bez tych
wszystkich idiotycznych zapisów, czyli
w wersji rządowej, sejmowej, bez lobbystycznych
poprawek grupy senatorów.
Zresztą podobne stanowisko prezentowałem
przy pierwszych próbach tych zmian
w Senacie 1991 roku, kiedy o Amerykanach
nikt jeszcze nie słyszał. Wiedząc
jednak, w jakiej sytuacji się wtedy znalazłem,
nie wziąłem w ogóle udziału
w głosowaniu nad tą ustawą. A potem,
przy następnych wyborach, kiedy moja
konkurentka z tej samej partii, Unii
Wolności, próbowała wykorzystać tę sytuację
przeciwko mnie, skończyło się to
procesem sądowym, wygranym przeze
mnie we wszystkich instancjach, łącznie
z oddaleniem kasacji w Sądzie Najwyższym.
M.Ł.: Co to znaczy być dobrym biznesmenem?
W.K.: Być skutecznym, mieć nosa do
umiejętnego inwestowania kapitału. Posiadać
wyobraźnię, umiejętność antycypowania
oraz spójną wizję przyszłości
swojej firmy. No i nie ulegać przesadnie
emocjom. Jeżeli człowiek biznesu brałby
do siebie wszystko, co przeczytał w ostatnim
czasie na pierwszych kolumnach gazet
codziennych, to z całą pewnością popełniłby
samobójstwo lub co najmniej
zwariował.
M.Ł.: A czy być dobrym biznesmenem
to także myśleć o rozwoju młodego
polskiego kapitalizmu? Należy o niego
dbać, biorąc w pewnym sensie odpowiedzialność
za kraj? Pytam Pana jako
przewodniczącego Rady Krajowej Izby
Gospodarczej.
W.K.: To się nazywa społeczna odpowiedzialność
biznesu i jest czymś jak najbardziej
pożądanym. Tyle że najpierw powinien
się zmienić stosunek do ludzi biznesu.
Zarówno państwa polskiego, jak
i zwykłych obywateli. Potwornie zniechęca
ta drzemiąca w Polakach zawiść,
natychmiastowe konotowanie biznesmena
jako złodzieja. To - jak się czasem
zdaje - nieusuwalna mentalność wyniesiona
z okresu komunistycznego.
M.Ł.: A Pan odczuwa społeczną odpowiedzialność
biznesu?
W.K.: W Krajowej Izbie Gospodarczej,
w Wielkopolskiej Izbie Przemysłowo-
Handlowej, której prezesuję, podejmujemy
wiele inicjatyw wspierania przedsiębiorczości,
wdrażamy programy dla
młodzieży akademickiej, jeździmy z wykładami
po uczelniach, opowiadając
o swojej drodze do sukcesu. Ostatnio
aż mi dech zaparło - miałem spotkanie
z młodzieżą na Uniwersytecie Ekonomicznym
we Wrocławiu. Dwie duże, połączone
sale wykładowe, nabite po brzegi,
chyba z tysiąc osób, nikt nie wychodził
przez dwie godziny, a na końcu musiałem
jeszcze rozdawać autografy.
M.Ł.: Czy ciężko się dojrzewa w rodzinie
z długą biznesową tradycją? Czy kiedykolwiek
przeszło Panu przez myśl,
żeby w życiu zająć się czymś całkowicie
nie związanym z interesem jubilerskim?
W.K.: Mój ojciec był dla mnie absolutnym
guru, podziwiałem go we wszystkim,
co robił i dzięki temu nie przechodziłem
okresu buntu pokoleniowego.
Co nie oznacza, że nie miałem swojego
zdania oraz niezależnych pomysłów.
Tata umiejętnie mną pokierował, dzięki
niemu w rodzinny interes wszedłem naturalnie,
bezboleśnie. Był wielkim człowiekiem,
jednoznacznie przerastał swoje
otoczenie. Uważam, że trafił na złe czasy,
znacznie ograniczające jego potencjał.
M.Ł.: Miał wyższe wykształcenie, mama
również. Pochodzi Pan z rodziny kupiecko-
ziemiańskiej.
W.K.: Wykształconej, kulturalnej, z tradycjami,
ale naturalnie nie mieliśmy nic
wspólnego z arystokracją. W okresie mojego
dorastania mieliśmy w Poznaniu zakład
rzemieślniczy, zatrudnialiśmy cztery
osoby. Takie były ograniczenia rynkowe
narzucone przez państwo. Można było
zatrudniać tylko taką liczbę pracowników,
nie było mowy o większej skali działania.
Ograniczenia narzucone przez system
komunistyczny ucinały w przedsiębiorczym
człowieku możliwość rozwoju.
M.Ł.: Zaczął Pan drogę do prezesury od
stanowiska ucznia.
W.K.: Mimo trudnych czasów ojciec
chciał mnie uczyć przedsiębiorczości.
Mówił: masz tu 50 zł - co odpowiadało
mniej więcej dzisiejszej wartości tego nominału
- a resztę możesz sobie dorobić
w warsztacie. Zdałem egzaminy czeladnicze,
potem mistrzowskie i popołudniami
po zajęciach na studiach pracowałem
w warsztacie. Szybko się zorientowałem,
że praca idzie mi trzy razy gorzej niż naszym
etatowym pracownikom. Po prostu
miałem za mało wprawy i za wolno
mi wszystko wychodziło. Zresztą z jakością
tych wyrobów też nie było najlepiej.
Słabo - myślę, wiele nie zarobię. I wpadłem
na swój pierwszy biznesowy pomysł
z prawdziwego zdarzenia.
M.Ł.: Łatwe wzory?
W.K.: No pewnie, miedzioryty. Robiłem
popielniczki. Na kawałku blachy
młoteczkiem wykuwałem np. poznański
ratusz. Praca nad jedną taką pamiątką
z Poznania zajmowała mi siedem
minut. Sprzedawały się na pniu
w państwowych sklepach "Jubilera". To
były pierwsze poważnie zarobione pieniądze
przed kupnem pistoletu do przekłuwania
uszu (śmiech).
M.Ł.: A w 74 roku został Pan szefem rodzinnej
firmy. Męczyli domiarami?
W.K.: W ogóle, po 56 roku męczyli
tylko nieuczciwych prywatnych przedsiębiorców.
Proszę mi wierzyć, jeżeli ktoś
mówi panu, że borykał się z tym problemem
w latach 70., to oznacza, że najprawdopodobniej
sprzedawał towar poza
odpowiednią ewidencją. Bywały oczywiście
częste kontrole, szczególnie u ludzi
prowadzących małe sklepiki z modnymi
ciuchami czy butami, bo tam, żeby
zarobić, trzeba było omijać przepisy, no
i czasem kogoś na tym złapali i kończyło
się domiarem. My działaliśmy całkowicie
legalnie, sprzedawaliśmy swoje wyroby
wyłącznie za pośrednictwem Rzemieślniczej
Spółdzielni do państwowych
sklepów "Jubilera", nawet potrzebny surowiec
- srebro - od nich dostawaliśmy.
I proszę mi wierzyć, niczego nam wtedy
nie brakowało. Czasami tylko rodzice
nie dostawali paszportów na wycieczki
zagraniczne. Albo złośliwie - dostawało
tylko jedno z nich. Bo trzeba było trochę
utrzeć nosa prywaciarzowi. Niech sobie
nie myśli, że jak ma pieniądze, to już
może sobie ot tak, z Polski wyjechać.
M.Ł.: Były pieniądze, ale nie było możliwości
rozwoju.
W.K.: Ale i z tym zaczęliśmy sobie radzić,
oczywiście w dostępnym zakresie.
Mój ojciec przez cały okres prowadzenia
interesu bardzo uważnie śledził wszelkie
regulacje prawne dotyczące prywatnej
inicjatywy. Pamiętam, że w domu zawsze
były Dzienniki Ustaw i Monitory Rządowe.
Tata trzymał rękę na pulsie i ten
nawyk przekazał mnie. Nasza firma zawsze
działała legalnie, ale zawsze też wykorzystywała
100% prawnych możliwości.
No i w pewnym momencie wyśledziliśmy
wspaniałą furtkę, dzięki której
w 89 roku wchodziliśmy na wolny rynek
jako relatywnie duża, dobrze przygotowana
firma z niezłym kapitałem.
M.Ł.: Zaczęliście Państwo robić biżuterię
dla żon aparatczyków z ekipy
Gierka.
W.K.: Lepiej. Chyba w 1977 roku minister
kultury Wiktor Zin, ten rysownik,
wprowadził tytuł "mistrza rzemiosła artystycznego".
Pomyślałem: przecież jestem
trochę artystą, wykonywaliśmy biżuterię
moich projektów. Przeszliśmy
określone procedury i dostaliśmy ten tytuł.
Nadano go chyba tysiącowi rzemieślników-
artystów. Większość z nich to byli
tacy prawdziwi ludzie sztuki, siedzący
w piwnicach i pracujący nad dziełem życia.
Dla nas tytuł ten miał natomiast bardzo
wymierną wartość.
M.Ł.: Pierwszy przywilej.
W.K.: Był "miękki", polegał na preferencjach
w dostępie do surowców. Niespecjalnie
można było go wymiernie wykorzystać.
Wszystko zmieniło się w roku
81, kiedy kraj leżał na łopatkach. Wprowadzono
odpisy dewizowe. Według zarządzenia
producent-rzemieślnik mógł
zatrzymać 20% dewiz pochodzących ze
sprzedaży. A rzemieślnik-artysta został
zrównany z twórcą i otrzymał możliwość
50% odpisu dewizowego. Co zrobiłem?
M.Ł.: Rozpoczął Pan eksport.
W.K.: Właśnie tak. I w roku 1988 osiągnąłem
milion dolarów sprzedaży, więc
w twardej walucie mogłem zatrzymać
500 tysięcy. Wtedy średnia pensja w Polsce
wynosiła 30 dolarów. Wchodziłem
zatem w nową rynkową rzeczywistość
dobrze przygotowany, z warsztatem wyposażonym
w najnowsze zachodnie technologie
i maszyny oraz ze zgodą władz,
w związku z produkcją eksportową, na
zatrudnianie 25 osób. Dobrze wykorzystałem
te dewizy dzięki przywilejowi bycia
artystą, który dostałem od państwa.
M.Ł.: Wczytywał się Pan dalej w przepisy
prawne?
W.K.: Proszę pana! Cofnijmy się jeszcze
do lat 80. Z grupą warszawskich rzemieślników
udało się przekonać Państwowe
Centrale Handlu Zagranicznego Remex
i Cepelia do uruchomienia za nasze pieniądze
stoisk z biżuterią naszej produkcji
w hotelach Orbisu. Sprzedaż wyłącznie
za dewizy, jak w "Pewexie", odbywała
się przez kasy hotelowe, a centrala handlu
dostawała swoją prowizję. To też taka
nisza, którą odkryliśmy. Biuro Handlu
Zagranicznego było zadowolone, bo wyrabiało
plan - więc przyznawano im premie.
Hotele były zadowolone, bo miały
zyski z funkcjonujących sklepików. A ja
miałem przywilej bycia artystą. Bardzo
dobrze znającym się na prawie artystą
i dlatego nie musiałem zakładać firmy
polonijnej, jak wielu kolegów, zaczynających
swą karierę biznesową w tamtych
czasach.
*Zagrożenie wrogiego przejęcia ze strony Vistuli-Wólczanki przyszło w momencie, kiedy
firma W. Kruk kontrolowała zaledwie 28% udziałów. Wojciech Kruk szukał sposobów na
uniknięcie wrogiego przejęcia, jednak aby obronić fotel prezesa, musiałby zaciągnąć
kredyt wysokooeci 250 milionów zł, którego spłata ogromnie by go obciążyła. Postanowił
więc zagrać inaczej. Sprzedał częoeć rodzinnych udziałów przeciwnikowi, co sprawiło,
że tamten poczuł się pewnie. Rafał Bauer, ówczesny prezes grupy Vistula-Wólczanka,
uznał, że przejęcie poważnej marki z tradycjami stało się faktem. Plan ten nie był na
rękę również Jerzemu Mazgajowi, prezesowi firmy Paradise Group, któremu w sektorze
premium wyrósłby poważny konkurent. Jerzy Mazgaj oraz Wojciech Kruk postanowili
wiec zadziałać razem. Kruk za pieniądze uzyskane ze sprzedaży własnych udziałów
kupił 5% akcji Vistuli-Wólczanki, natomiast Mazgaj nabył 6% udziałów firmy. Okazało
się to wystarczającym pakietem, by przy wsparciu PZU usunąć z rady nadzorczej
sojuszników Bauera, a w konsekwencji odwołać samego prezesa.