W tym kraju znaleziono w 1905
roku jak dotąd największy
diament świata. Czy to nie
wystarczające powody, by odwiedzić to
najbardziej południowe i fascynujące
państwo Afryki?
Na początku była nadzieja
Dzieje człowieka na południowym
krańcu Afryki mają początek dziesiątki
tysięcy lat temu, wraz z pojawieniem się
plemion epoki kamienia łupanego. Ich
następcami były szczepy śniadych ludzi
Khoisan, prowadzące tryb życia zbieraczo-
łowiecki. Jednak jedynymi śladami
ich bytności na tym terenie są dziś wspaniałe
malowidła na ścianach jaskiń ukrytych
w masywie górskim Cedarberg. Dla
reszty świata ta część kontynentu odkryta
została dopiero przez Portugalczyków,
którzy uporczywie poszukiwali morskiego
szlaku do Indii i najcenniejszego
towaru wieków średnich - przypraw.
W 1487 roku Bartholomeu Dias okrążył
przylądek, nadając mu pierwotnie nazwę
Cabo das Tormentas, czyli Przylądek
Burz. Ostateczną nazwę - Cabo da Boa
Esperanca, czyli właśnie przylądek Dobrej
Nadziei - nadał zaś Jan II, król Portugalii,
gdyż było to miejsce, które według
niego dawało nadzieję dotarcia na
Daleki Wschód. Portugalczycy nie upatrywali
korzyści w kolonizacji tych ziem.
Przylądek, w ich przekonaniu, nie mógł
zaoferować wiele więcej niż uzupełnienie
słodkiej wody, a próby handlu z dzikimi
plemionami Khoisanów często kończyły
się aktami przemocy. Poza tym wybrzeże,
mgły i częste w tej okolicy sztormy stanowiły
poważne zagrożenie dla słabych konstrukcji
ówczesnych statków. Pod koniec
XVI wieku angielscy i holenderscy kupcy
zaczęli rywalizować z Portugalczykami,
a Przylądek stał się regularnym przystankiem
dla dręczonych przez szkorbut marynarzy.
W 1647 roku holenderski statek
Dutch East Indiaman rozbił się w Zatoce
Stołowej (Table Bay). Jego ocalała załoga
zbudowała fort u stóp Góry Stołowej
i przebywała tam przez rok, zanim nadeszła
pomoc z Holandii. Ten wypadek był
początkiem pomysłu na stałe osadnictwo
w okolicach Przylądka. Zarząd firmy
Dutch East India Company, prowadzącej
wymianę handlową z Indiami, zdecydował
się stworzyć tu bezpieczną bazę,
w której statki mogłyby zatrzymywać
się w celu uzupełnienia zapasów mięsa,
owoców i jarzyn przed podróżą na Daleki
Wschód.
Kraina winem płynąca
Organizatorem pierwszej kolonii, zwanej
Kaapstadt, został Jan Van Riebeeck.
Przywiózł on w swoich bagażach
również sadzonki winorośli znad Renu.
Sprzyjający klimat, duża liczba dni słonecznych
w roku oraz życiodajna rzeka
Oranje (Orange River), pomogły w powstaniu
wielu winnic i sadów, między
innymi w okolicach Keimos i Kakamas.
W ten oto sposób już w roku 1659 powstało
pierwsze wino z kapsztadzkich winogron.
W 1684 Simon van der Stel, gubernator
Kapsztadu, założył najsławniejszą
winnicę, Groot Constantia, z której
pochodziło wyborne wino deserowe,
przynoszące chlubę regionowi. Jego wielkimi
amatorami byli między innymi Napoleon
i Bismarck. Prawdziwy rozwój
plantacji winiarskich nastąpił jednak
dzięki wypędzonym z Francji Hugenotom,
którzy osiedlili się w Afryce pod koniec
XVII wieku. Trzy wieki później RPA
stała się wielkim producentem win. Wraz
z wyborem prezydenta Nelsona Mandeli
w 1994 roku i obaleniem apartheidu
kilka lat wcześniej, Afryka Południowa
zaczęła emanować pozytywną energią
i nowymi nadziejami na rozwój. Okazało
się, że przyszłość RPA to przemysł
winiarski, który znajduje się w stanie
nienotowanego nigdy dotąd rozkwitu.
Na przestrzeni ostatnich 12 lat przemysł
winiarski w RPA zrobił największy postęp
w porównaniu z innymi krajami
świata. Spożycie krajowe jest jednak zadziwiająco
niskie: 11 litrów rocznie na
mieszkańca! Bardzo wysokie za to jest,
o dziwo, spożycie mocnych trunków -
whisky, wódki i ginu. Dlatego status narodowego
drinka ma wcale nie kieliszek
wytrawnego Shiraza z winnicy w Paarl,
a niezwykle popularny koktajl z czystej,
mocnej wódki, miodu i wisienek maraschino,
o wiele mówiącej nazwie Moyo
Muddle, czyli w wolnym tłumaczeniu
"bałagan". Być może to uwielbienie mocnych
drinków wzięło się jeszcze z czasów,
kiedy Kapsztad słynął jako Tawerna
Mórz (Tavern of the Seas), w której chętnie
zatrzymywał się każdy żądny wrażeń
żeglarz, korsarz czy kupiec podróżujący
między Europą a Wschodem (włączając
Australię). Zdaniem wielu Afrykanerów,
szklaneczka whisky wieczorem najlepiej
zabezpiecza przed malarią i innymi chorobami
tropików...
Do wina najlepszy biltong
W dzisiejszej Republice Południowej
Afryki można skosztować specjałów
z najróżniejszych zakątków świata.
Trudno jednak doszukać się tu potraw
typowych dla rdzennej ludności. Współczesne
menu RPA stworzyli imigranci, tj.
Europejczycy, Hindusi i Malajowie. Biali
mieszkańcy tego kraju, z pochodzenia
głównie Holendrzy i Anglicy, przynieśli
ze sobą tradycje pochodzące z Europy,
w tym również kuchnię śródziemnomorską.
We wszystkich większych miastach
można spotkać lokale serwujące owoce
morza, potrawy francuskie, pizze, kebaby
i amerykańskie hot-dogi. W rejonie
Kapsztadu warto też skosztować potraw
malajskich i hinduskich (np. biryani -
ryż zapiekany z soczewicą i jagnięciną
lub kurczakiem, przyprawiony suszoną
kolendrą), w Kwa Zulu-Natalu jada się
raczej hinduskie curry (przyrządzane
z jagnięciny, kurczaka, wołowiny, rzadziej
krabów i warzyw). W całym kraju
popularne są owoce morza - homary,
krewetki, mule, ostrygi i rozmaite ryby
z Atlantyku i Oceanu Indyjskiego. Szczególną
specjalnością jest braai - owoce
morza z rusztu. Bardzo gorący klimat
wymusił w RPA specyficzny sposób przechowywania
żywności, który stał się w zasadzie
tradycją kulinarną. I tak np. mięso
soli się, przyprawia i suszy tak, aby się nie
zepsuło. Tak przyrządzone mięso stało
się bardzo popularną potrawą zwaną biltong,
którą można dostać praktycznie
wszędzie. Początkowo był to tylko sposób
konserwowania, potem przerodził się
w samodzielne danie przyrządzane z różnych
rodzajów mięs. Podobnie powstały
takie narodowe smakołyki, jak droewors,
czyli sucha kiełbasa, i bokkoms, czyli solona
ryba.
Do tradycyjnych lokalnych produktów
należą też rooibos - świetna i bardzo
zdrowa ziołowa herbata, oraz chutney
- owocowo-pikantne powidła do mięs
i ryb. Choć główne plemiona afrykańskie
zamieszkujące tereny RPA to Bantu,
w sztuce kulinarnej dominują jednak
tradycje malajskie, które, zgodnie z religią
muzułmańską, wykluczają używanie
w kuchni wieprzowiny i alkoholu. Dlatego
też sporą popularnością cieszą się
dania wegetariańskie, np. samosas - pierożki
smażone w głębokim tłuszczu, lub
chilli bites - smażone w głębokim tłuszczu
kulki ciasta przyprawione papryczkami
chilli.
A na deser już tylko diamenty
Historia diamentów w RPA rozpoczyna
się w roku 1866, gdy farmer Schalk van
Niekerk zauważył w rękach piętnastoletniego
chłopca z sąsiedztwa błyszczący kamyczek.
Chciał kupić od niego ten kamień,
ale matka chłopca wstydziła się
przyjąć jakiekolwiek pieniądze za zwyczajny
kamyk i po prostu go Niekerkowi
dała. Błyskotka wielokrotnie zmieniała
właściciela, aż w końcu w rękach specjalisty
okazała się być... 21-karatowym diamentem.
Nazwano go Eureka i jest dzi siaj wystawiony jako eksponat w muzeum
w Kimberly. Minęły 2 lata i o znalezisku
niemalże zapomniano. W roku 1869 pasterz
przyniósł van Niekerkowi piękny
diament o wadze 83,5 karata. Ten kupił
go za stado owiec i konie, a następnie
sprzedał za 11 200 funtów. Diament
nazwano Gwiazdą Afryki Południowej,
zaś sam farmer rozpętał diamentową gorączkę,
podobną trochę do gorączki złota
w Kalifornii.
Efektem była wojna domowa na przełomie
XIX i XX wieku pomiędzy farmerami
i kopaczami diamentów, w historii
znana jako wojna burska (od Boer - co
było popularnym imieniem południowoafrykańskich
farmerów). Jeszcze przed
jej wybuchem zostały odkryte bogate
złoża diamentonośnych kimberlitów,
które do dziś stanowią główne źródło dochodu
narodowego RPA i dają krajowi
zasłużone miejsce w pierwszej piątce największych
producentów diamentowych
świata. W południowoafrykańskich kopalniach
znaleziono też największy jak
dotąd surowy diament - w 1905 roku
w kopalni Premier w RPA odszukano kamień
ważący 3,106 karatów. Nazwano
go Cullinan -The Great Star of Africa,
na cześć Sir Thomasa Cullinana, który
otworzył i prowadził tę kopalnię.
U potomków Czarnego Napoleona
Nie sposób, będąc w RPA, zaprzepaścić
okazji dotarcia do jednej z wiosek Zulusów
- jednego z najbardziej walecznych
plemion Afryki, należącego do grupy etnicznej
Bantu, stanowiącej 75% społeczeństwa
RPA. Pod względem bitności
dorównywali im chyba tylko Masajowie.
Historia Zulusów, a zwłaszcza jej XIXwieczna
część, została spopularyzowana
dzięki telewizyjnemu serialowi "Zulus
Czaka". Wioski zbudowane do produkcji
tego filmu zostały co prawda spalone
w końcowej sekwencji obrazu, ale część
chat pozostawiono, tworząc swoisty
skansen w okolicach Durbanu, na północ
od Johannesburga, dostępny dziś dla
każdego.
Czarnoskóre ludy Bantu dotarły na teren
obecnego RPA stosunkowo późno -
w XVII i XVIII wieku - tworząc kilka
państw, wśród których największą sławę
zyskało plemię Nguni. Nguni, z racji
doskonale rozwiniętej wojskowej administracji,
skonsolidowało się jako naród
Zulu i pod wodzą króla Shaka, zwanego
przez Burów Czarnym Napoleonem, rozpoczęło
ostrą ekspansję, wzbudzając terror
i etniczny chaos w całej południowej
Afryce. Tylko dwa inne plemiona Bantu
- Sutu i Suazi - oparły się najeźdźcom,
tworząc istniejące do dzisiaj niepodlegle
państwa Suaziland i Lesotho. Dziś waleczność
ludu zuluskiego pozostaje raczej
już w sferze legend plemiennych i rytuałów,
ale wizyta w jednej z zachowanych
wiosek daje doskonały wgląd w niezwykle
bogatą kulturę i zwyczaje Zulusów.

Dla miłośników Wielkiej Piątki
RPA to zdecydowanie nie tylko marzenie
dla wielbicieli wina, drogocennych
kamieni i niezwykłej kultury plemiennej.
To również wspaniały kraj na bliskie
spotkania z dzikimi zwierzętami i pięknym
światem natury. Nie ma w RPA lepszego
miejsca do takich obserwacji niż
Narodowy Park Krugera - największy
park w Afryce Południowej. Został założony
w 1898 roku przez ówczesnego Prezydenta
RPA, Paula Krugera. Początkowo
był to rezerwat Sabie, obejmujący tereny
pomiędzy rzekami Sabie i Krokodile.
Był to teren myśliwski, pozostający pod
ochroną władz. W 1926 roku doszło do
połączenia Sabie z sąsiednim rezerwatem
Shingwedzi i wieloma prywatnymi farmami.
Tak powstał Narodowy Park Krugera.
Został on udostępniony turystom
rok później i stał się ważnym ośrodkiem
badań naukowych i ochrony przyrody,
a także największą atrakcją dla miłośników
zwierząt. Po niedawnym przyłączeniu
Gonarezhou National Park w Zimbabwe
i Limpopo National Park w Mozambiku,
ma on powierzchnię ponad
2 milionów hektarów i jest większy niż
Lesotho. W parku można doświadczyć
wspaniałej jazdy po afrykańskich bezdrożach,
no i zobaczyć prawie wszystkie
afrykańskie zwierzęta. Szerokość Parku
to przeciętnie 65 km, a długość wynosi
350 km. Większość obszaru stanowią
równiny i łagodne pagórki, jedynie
na wschodzie, przy granicy z Mozambikiem,
znajduje się pasmo gór Lebombo.
Park Krugera posiada więcej gatunków
flory i fauny niż jakikolwiek inny park
w Afryce Południowej. Jest tam ok. 336
gatunków drzew, 49 gatunków ryb,
34 gatunki płazów, 114 gatunków gadów,
507 gatunków ptaków i 140 ssaków.
Wśród nich jest ok. 8000 słoni
i 600 białych nosorożców. W gęstych
lasach rosną akacje, figowce oraz pięknie
kwitnące, czerwono-pomarańczowe
drzewa koralowe. Na pozostałych terenach
znajdują się rozległe trawiaste połacie,
na których wyrastają cierniste akacje,
leadwood i drzewa marula. W północnej
części parku jest najwięcej opadów, dlatego
panuje tam bardziej zróżnicowana
roślinność. Jest tam wiele baobabów
i liczne skupiska zwierząt. Park Krugera
daje niepowtarzalną okazję do obserwacji
zwierząt w ich naturalnym środowisku.
Miejsce to nigdy nie było zmieniane
przez człowieka, dlatego demonstruje
nam prawdziwą Afrykę.