ESSENCE
Magazyn ludzi sukcesu esencja
dobrego
smaku

Królestwo łowców skarbów

Na Karaibach, w cieniu palm kokosowych i na tle turkusowego morza, trwa morderczy wyścig do wraków hiszpańskich okrętów i zatopionych w nich kosztowności

Tekst i fot. Tomek Michniewicz

Królestwo łowców skarbów

Wszystkim wydaje się, że szukanie skarbów polega na wskakiwaniu do wody i rekreacyjnym pływaniu tam i z powrotem. Że daje się susa z łodzi i patrzy w dół, a tam na dnie stoi wielki żaglowiec z olinowaniem i flagą na maszcie. W bocianim gnieździe tkwi może szkielet jakiegoś majtka w bermudach, a koło sterowe kołysze się, gdy obok przepłynie ryba.

Gdy słyszy się słowo "skarb", przed oczami staje skrzynia z niedomkniętym wiekiem, spod którego wystają złoty łańcuch i puchar, a pod nimi widać stos błyszczących monet. W ładowni powinny leżeć rzędy kufrów i beczek skrywających nie wiadomo jakie cuda. Wystarczy podpłynąć i coś wyciągnąć.

Tak nie jest. Rajski jest tylko entourage. Faktycznie, ten biały piasek na plaży, palmy i turkusowa woda przywodzą na myśl sceny z "Piratów z Karaibów", ale na tym podobieństwa się kończą. Poszukiwacze skarbów to nie pogodne, żyjące chwilą lekkoduchy w szortach. Prawdziwe poszukiwanie skarbów to ciężka, fizyczna robota. To jak praca na budowie, tylko pod wodą, albo na platformie wiertniczej, gdzie wszystko się psuje. Trzeba przeciągać liny, mocować skrzynie i nosić łańcuchy. Pod wodą kopać łopatą doły, mocować boje i cały czas walczyć z prądem. To ciągłe naprawy, spawanie i malowanie, konserwacja silników albo wymiana części ważących po pół tony. To nie jest miejsce dla lalusiów i romantyków. Jeśli ktoś nie wytrzymuje tempa, wraca do domu. A wrak pod wodą? Też niezupełnie wygląda tak, jak można by przypuszczać. W ciągu 50 lat przestanie przypominać okręt. Zmieni się w kupę drewna i kamieni, bezładnie porozrzucanych po okolicy. Wszystko pokryje się piaskiem i mułem, porośnie koralami i wielorakim morskim życiem. Pod tą kupą kamieni i żelastwa będzie wprawdzie czekał skarb, ale nie będzie mienił się w słońcu. Srebro pokryje się warstwą czarnego jak smoła siarczku srebra, nie będzie ani błyszczeć, ani wyglądać zachęcająco. Mówiąc szczerze, łatwo je pomylić z kawałkiem skały wulkanicznej i przepłynąć obok bez większego zainteresowania. Jedynie złoto się nie zmieni. Będzie nadal czyste, świecące i magiczne.

Zabawki dużych chłopców

Gdy dołączałem do załogi Mel Fisher's Treasures, musiałem przejść drobiazgowy wywiad środowiskowy i weryfikację. Poszukiwacze skarbów to ludzie, którzy z założenia nikomu nie ufają, i mają po temu powody. Gorączka złota to w ich świecie nie jest jakiś abstrakt, tylko standardowy element codzienności, jak dla nas miejskie korki w godzinach szczytu. Złoto ma niesamowitą zdolność zmieniania ludzi uczciwych w nieuczciwych. Kradzieże, intrygi i oszustwa, a czasem nawet morderstwa, są na porządku dziennym. MFT od bardzo dawna szuka drugiej połowy galeonu Nuestra Senora de Atocha, zatopionego w 1622 roku przez karaibski huragan. Część dziobową już odnaleźli, a w niej 40 ton srebra i złota, wartego ponad 500 milionów dolarów. Nadal szukają rufy, na której znajdowała się kabina kapitana i kajuty oficerów, tam też sypiali bogaci pasażerowie. Powinni tam znaleźć mnóstwo prywatnego złota, pewnie dublonów i łańcuchów, a do tego sporo kosztowności, biżuterii i Bóg wie ile klejnotów. Prawdopodobnie szmaragdów i diamentów, bo to była ulubiona waluta bogatych mieszczan i szlachciców. Wartość - nie do oszacowania.

Siedząc w fotelu i czytając gazetę, ciężko sobie tak naprawdę uzmysłowić, że to nie zmyślona opowiastka, a karaibska rzeczywistość. Do mnie dotarło to, gdy po raz pierwszy dotknąłem skarbów. Pierwszym artefaktem, jaki trzymałem w rękach, była prochownica z Atochy - w takich żołnierze nosili proch do muszkietów. Cała była pokryta warstwą soli i martwych organizmów, miała trochę kamienia, jakieś muszle. To było coś nieprawdopodobnego. Trzymałem w rękach przedmiot, który spędził 400 lat pod wodą, zagrzebany w piachu. To był naoczny świadek sztormu, który zatopił Atochę. Miałem wrażenie, że niemal słyszę huk fal i wrzaski na pokładzie, który rozpadał się na kawałki.

Otrząsnąłem się z tego wrażenia bardzo szybko, bo obok mnie, na stole, w ponurym świetle zbyt słabych żarówek, błyszczało coś jeszcze - żywe srebro. To była wielka jak cegła sztaba kruszcu, kawałek najprawdziwszego skarbu z hiszpańskiego galeonu, na wyciągnięcie ręki. Pochyliłem się ostrożnie, oniemiały z wrażenia. Ingot był porowaty, odrobinę nadgryziony zębem czasu. Na powierzchni widniały wyraźnie odciśnięte symbole. Duży, stylowy monogram AR, a obok wybite litery ULXX i coś jeszcze, już nieczytelne. Prawdziwy, stary skarb. Nie miałem odwagi go dotknąć. John Corcoran, konserwator skarbu pracujący dla MFT powiedział mi wtedy: - Mamy tu taki konkurs. Jeśli dasz radę podnieść ją jedną ręką, jest twoja.

Myślałem, że żartuje, ale najwyraźniej mówił zupełnie poważnie. Zastanawiałem się, gdzie może być haczyk, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Cegła tej wielkości ważyłaby kilogram, może dwa. Srebro jest cięższe, a co tam, niech waży nawet pięć razy tyle, nadal najwyżej dziesięć kilo. Jeśli nie było przytwierdzone do stołu śrubami, wrócę do domu ze sztabką i nigdy już nie będę musiał pracować. Spojrzałem jeszcze raz na Johna, żeby się upewnić - skinął głową zapraszająco. Podciągnąłem rękaw koszuli i ostrożnie objąłem palcami kawał kruszcu. Potem trochę odważniej, aż w końcu chwytałem już z całej siły i ciągnąłem całą mocą, wszystkim co miałem, byle tylko unieść sztabkę choćby o centymetr, żeby chociaż drgnęła.

Srebrny ingot nawet nie ruszył się z miejsca. Ta sztabka srebra wielkości cegłówki ważyła pięćdziesiąt pięć kilogramów. Na pokładzie Atochy takich sztabek było ponad czterysta.

Gorączka złota

Po takim doświadczeniu nic nie jest już takie samo. Trudno jest się przestawić ponownie na biurowy tryb życia, cały czas myśli się o kolejnych wyprawach po skarby. Niektórzy nie są w stanie przeciwstawić się temu uczuciu. To właśnie gorączka złota. Na stu poszukiwaczy skarbów, dziewięćdziesięciu dziewięciu straci fortunę, a nie ją znajdzie. Łodzie, sonary, magnetometry, paliwo, dokumentacja, życie na Florydzie czy Karaibach - to wszystko kosztuje. Co rok pojawiają się tu dziesiątki podekscytowanych wannabe's - wszyscy wracają po miesiącu do domu, bez skarbu, ale za to z dziurą w portfelu. O ile nie skończą w więzieniu. Gdy ludzie wystarczająco długo patrzą na srebro i złoto, prędzej czy później zaczynają mieć głupie pomysły. Zazwyczaj sprowadzają się one do przygarnięcia nadprogramowej porcji skarbu - albo zwykłej kradzieży czy oszustwa. W firmach takich jak Mel Fisher's Treasures nie ma najemników, są poszukiwacze skarbów. Za tydzień pracy nurkowie dostają w sumie psie pieniądze, po trzysta dolarów. Natomiast każdy z nich ma zapewniony udział w skarbie, który znajdują, i to jest ich właściwe wynagrodzenie. Raz w roku organizowany jest tak zwany "tydzień podziału". Całe srebro i złoto wydobyte podczas ostatnich dwunastu miesięcy rozdzielane jest pomiędzy inwestorów i poszukiwaczy wedle niezwykle skomplikowanego algorytmu. Każdy z poszukiwaczy jako dodatek do tej marnej pensji dostaje więc też srebrne monety, puchary czy łańcuchy, w uczciwych proporcjach i na przejrzystych zasadach.

Mimo to gorączka złota co jakiś czas dopada któregoś z nurków. Trzy lata temu jeden z pracowników firmy wyciągnął z dna ponad trzydzieści pereł i schował je do kieszeni kurtki, zamiast złożyć do wspólnego podziału. Każda była warta dziesięć tysięcy dolarów, miał w tej kieszeni mały majątek. Minęło kilka dni i wyrzuty sumienia żarły go tak strasznie, że po prostu musiał się komuś wygadać. W największym zaufaniu powiedział o tej sprawie swojemu bratu, który również pracował w MFT, choć z inną załogą. Jego własny brat bez mrugnięcia okiem wydał go policji. Następnego dnia o świcie FBI wparowała do domu nurka z bronią gotową do strzału, wśród krzyków i dzwonienia kajdanek. Wyprowadzili go w samych majtkach i przeszukali mieszkanie, szybko znajdując perły. Groziło mu piętnaście lat w więzieniu federalnym za najpoważniejszy rodzaj kradzieży. W ostatniej chwili Fisherowie wycofali zarzuty. Uznali, że po tylu latach uczciwej pracy dopadła go gorączka złota, której prawie nie można się oprzeć.


Tomek Michniewicz brał udział w wyprawach po skarby na pustyniach Nowego Meksyku, Morzu Karaibskim i w południowej Afryce. Zapis jego obserwacji składa się na historię o obsesji, która ogarnia ludzi w obliczu bogactwa. O tym, do czego są zdolni i jak daleko potrafią się posunąć, zaślepieni gorączką złota. To również przestroga przed tym, co niesie ze sobą "przeklęta fortuna".

Najnowsza książka Tomka Michniewicza "Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów" zabierze czytelników w zamknięty, niedostępny krąg najsłynniejszych łowców skarbów. Świat pełen tajemnic, zatopionych galeonów, śmiertelnych pułapek, mrocznych sekretów i podwójnych intryg. Tomek Michniewicz brał udział w wyprawach po skarby na pustyniach Nowego Meksyku, Morzu Karaibskim i w południowej Afryce. Zapis jego obserwacji składa się na historię o obsesji, która ogarnia ludzi w obliczu bogactwa. O tym, do czego są zdolni i jak daleko potrafią się posunąć, zaślepieni gorączką złota. To również przestroga przed tym, co niesie ze sobą "przeklęta fortuna".


ESSENCE 2011
 
Biografie gwiazd - Bizneswoman - Czasopismo przedsiębiorców - Ekskluzywne czasopismo - Ludzie biznesu - Ludzie sukcesu - Magazyn biznesmenów - Polskie gwiazdy