Czy słowo "polityka" ma dla
Pani negatywne znaczenie?
Danuta Hübner: Nigdy się
nad tym nie zastanawiałam.
Żyjemy w świecie, w którym słowo "polityka"
jest postrzegane w sposób negatywny
i to mnie martwi. Jako człowiek
nauki, potrafię jednak odizolować energię
negatywną od zrozumienia roli polityki
w naszym życiu. Odróżniam zjawisko,
którego potrzebujemy, aby nasze
życie było coraz lepsze, od formy uprawiania
polityki w Polsce. Niestety, czasem
forma - szczególnie ta, która razi
przeciętnie wrażliwych obywateli - przerasta
treść, nierzadko ją zastępuje. Razi
mnie traktowanie polityki jako sposobu
na robienie kariery.
Justyna Kopińska: Dom rodzinny?
Danuta Hübner: Dzieciństwo to lata 50.
i 60., świeża pamięć wojny, która przetrwała
w opowieściach rodzinnych. Jestem
tym pokoleniem, które ma silną
świadomość potrzeby budowania warunków
dla pokoju i rozwoju. Naszą cechą
jest docenianie normalnego życia, ale
mamy też ambicje. Najważniejsze, by nasze
dzieci żyły w spokoju.
J.K.: Jakie wartości były ważne w domu?
D.H.: Poczucie solidarności i odpowiedzialności.
Musiałam być odpowiedzialna
za młodszą siostrę. Pamiętam, jak
kiedyś w Parku Łazienkowskim wyjęłam
z buzi czekoladkę i dałam ją płaczącemu
chłopcu, ku przerażeniu jego matki. Miałam
dużo odruchów takiej zwykłej wrażliwości
na czyjąś krzywdę.
Wychowywałam się w środowisku babskim,
co kształtuje mnie do dziś. Miałam
poczucie, że rola kobiety jest bardzo
ważna.
J.K.: Doświadczyła Pani dyskryminacji
ze względu na płeć?
D.H.: Nie byłam chyba nigdy przedmiotem
jawnej dyskryminacji, natomiast
czasem byłam w sytuacjach, gdy mój
głos był mniej znaczący, tylko dlatego,
że pochodził od kobiety. Nawet wtedy,
gdy proponowałam mądrzejsze rozwiązania.
Zdarzało się, że dopiero wtedy,
gdy powtórzył je męski głos, nabierały
znaczenia. Często byłam jedyną kobietą
w grupie mężczyzn. W Ministerstwie
Przemysłu i Handlu "chłopcy" przydzielili
mi kwestie uważane za bardziej
kobiece, czyli sprawy europejskie, małe
i średnie przedsiębiorstwa, strategie rozwoju,
węgiel, stocznie.
W naszej kulturze pracy, zwłaszcza w administracji
publicznej, duch dyskryminacji
jeszcze się unosi. Stosunek do kobiet
jest w Polsce głęboko kulturowo zakorzeniony
i wymaga wielkich przemian
mentalnościowych. Zmiany potrwają
jeszcze parę pokoleń. To brzmi okropnie
i to mnie przeraża. Stąd potrzeba myślenia
w kategoriach kwot czy parytetów po
to, by przyspieszyć zmiany. W Polsce potrzebujemy
więcej kobiet polityków oraz
kobiet na decyzyjnych stanowiskach.
Każdy polityk mówi, że jest za równouprawnieniem,
ale w działaniach, w faktach
widzimy, że to tylko slogany. Rzeczywistość
jest zupełnie inna. Mam nadzieję,
że ustawa o kwotach to zmieni.
J.K.: A minister Radziszewska?
D.H.: Jako Polce i kobiecie, robi mi się
zwyczajnie smutno, gdy słyszę tego typu
wypowiedzi. Ale wiem, że nie będą miały
wpływu na nasze życie. Nie jesteśmy na
pustyni. Mamy za sobą już parę lat dyskusji
i jeśli ktoś uczestniczył aktywnie
w życiu politycznym ostatnich lat, to
wie, że pewne drzwi już zostały pozamykane
i nie ma powrotu. Szczególnie świat
elit politycznych powinien wiedzieć, że
już nie ma miejsca na takie wypowiedzi.
J.K.: Jakie były Pani plany podczas studiów?
D.H.: Miałam to uczucie, które obserwuję
u swoich córek. Przekonanie, że
pierwsza praca, to ścieżka na całe życie.
Początkowo pracowałam wyłącznie na
uczelni. Myślałam, że to jest moje przeznaczenie.
Gdy weszłam do administracji
publicznej po raz pierwszy w 1992 roku,
stwierdziłam, że to wielka sprawa - zmieniać
rzeczywistość. Ale moje życie nie zostało
zaplanowane. Nie wyobrażałam sobie
takiej przyszłości.
J.K.: Co Panią wówczas kształtowało?
D.H.: Dla ludzi młodych jest ważne, by
ktoś potrafił dostrzec i wykorzystać ich
możliwości. W Polsce często tracimy diamenty.
"Mentoring" musi być normą.
Należy pomagać młodym osobom.
Uczyć ich, jak znaleźć swoje miejsce
w życiu i stać się przydatnym. Chciałabym,
aby młodzi ludzie umieli wychodzić
z kompleksów. Rolą każdego szefa
jest na tyle poznać osoby, z którymi pracuje,
aby w pełni rozkwitł ich talent.
Myślę, że w naszym systemie zarządzania
potrzebne są duże zmiany. Szczególnie
w sektorze publicznym nie mamy takiego
sposobu działania, żeby wykorzystywać
ludzkie umiejętności.
J.K.: Czy polskie firmy wykorzystują
szansę?
D.H.: Kiedy pytają nas o przyczyny polskiego
sukcesu i tego, że udało nam się
przejść przez kryzys prawie suchą nogą,
to za rzadko wymieniamy naszą przedsiębiorczość.
Bez żadnych niemal zmian
w prawie mieliśmy, w bardzo krótkim
okresie, dwa miliony małych i średnich
przedsiębiorstw. Ta przedsiębiorczość,
twardość i przyzwyczajenie do działania
w trudnych warunkach sprawiły, że polskie
firmy potrafiły przetrwać kryzys.
W ciągu ostatnich dwudziestu lat zmiany w polityce gospodarczej ułatwiające działalność
przedsiębiorstw postępowały dość
wolno. Nigdy nie było w Polsce warunków
jak np. w Niemczech, bezpośredniego,
znaczącego wsparcia finansowego
dla nowo zakładanych przedsiębiorstw.
Paradoksalnie, dzięki tym trudnościom
nasze przedsiębiorstwa są tak zahartowane.
Polskie firmy coraz częściej wyruszają
na podbój Europy i świata. Musimy
szukać pomysłów, aby ułatwić im wchodzenie
w układy globalne i poprawę konkurencyjności.
Jeśli szukamy kogoś, kto najlepiej zdał
egzamin z polskiej transformacji, są to
polscy przedsiębiorcy.
J.K.: Politycy wspierają biznesmenów?
D.H.: W Polsce nie udało się zbudować
zdrowego partnerstwa publiczno-prywatnego.
To się łączy z naszym chorobliwym
podejściem do lobbingu, który
w Europie jest normalnym nurtem działania
i sposobem na przekazywanie opinii.
W Polsce, czytałam ostatnio, jakiś
przerażony poseł opowiadał, że dzwonił
do niego lobbysta. Myślę, że trzeba
tę sytuację uzdrowić i wprowadzić na
tor normalności, inaczej nie uda nam się
ani dokończyć mądrze reform w różnych
obszarach gospodarki, ani utrzymać wysokiego
wzrostu. Ważne jest np. uzyskanie
wsparcia rządowego dla promowania
naszych inwestycji za granicą. To zawsze
ma wymiar polityczny. Samoloty prezydentów
wypełnione przedsiębiorcami, to
nie chore działania, tylko normalne zachowanie
takich państw jak Francja czy
Niemcy. My tego nie umiemy.
J.K.: Stanowisko Przewodniczącej Komisji
Rozwoju Regionalnego łączy się
z poznawaniem europejskich miast,
które regiony przyciągają?
D.H.: Europa plaży i słońca nigdy mnie
specjalnie nie pociągała. Fascynują mnie
góry, jeziora. Właściwie w każdym regionie
są rzeczy niebywałe. Niektóre z powodów
historycznych stały się ważnymi
miejscami, ale jest tyle regionów i miast
nikomu nie znanych. Europa jest maleńka
i przepięknie zróżnicowana. Czasem
zapominamy, że nie jest potężna. To
jedynie mały półwysep Euroazji. Musi
być zjednoczona. W tym jej siła.
J.K.: Czy życie w ciągłym ruchu, biegu
pozostawia czas na refleksję o marzeniach,
potrzebach życiowych?
D.H.: Na życie prywatne mam mało
czasu. To prawda. Staram się wykorzystywać
każdą minutę. Nie można godzić
życia rodzinnego, czasu dla siebie
i mocnego zaangażowania w pracę. Myślę,
że to takie samooszukiwanie się, coś
dzieje się kosztem czegoś. Pracuję kosztem
prywatnego życia, ale o tym tak nie
myślę. Znajduję czas na czytanie książek, oglądanie filmów, narty. W pewnym
wieku rozumie się, że należy znaleźć
czas na odpoczynek, kosmetyczkę i fryzjera.
W ciągłym podróżowaniu między
Brukselą, Warszawą i całą Europą jest to
trudne. Ale nie jestem krańcowym przypadkiem
pracoholika.
J.K.: Jakie filmy Pani ogląda?
D.H.: Może raczej jakich nie oglądam.
Brutalnych, horrorów, głupich, źle zrobionych.
Kiedyś lubiłam wracać do
"Casablanki" albo "Pół żartem, pół serio".
Nie przeszkadza mi oglądanie filmów
drugi raz, zawsze odkrywam coś
nowego.
J.K.: Widziała Pani "Tacy byliśmy"
z Redfordem?
D.H.: Jeśli widziałam, to pewnie nie
znam polskiego tytułu. A dlaczego pani
pyta?
J.K.: Większość kobiet zostałaby z Robertem
Redfordem, a Pani zrobiłaby
dokładnie tak samo jak Barbara Streisand.
D.H.: .(śmiech) Akurat bardzo lubię
tych aktorów. W ogóle aktorstwo amerykańskie
jest niewiarygodne. My mamy
taki wzgardliwy stosunek do filmów hollywoodzkich,
ale jest mnóstwo amerykańskich
produkcji, które są po prostu
genialne. Bardzo lubię Redforda w "Pożegnaniu
z Afryką". Meryl Sreep była
tam wspaniała, jej głos nadal dźwięczy
mi w uszach.
Nie przepadam za wielkimi produkcjami,
jak "Gladiator", ale z ciekawości czysto
technicznej poszłam na "Avatara". Takie
filmy, jak ostatni kameralny Woody Allen,
są mi zdecydowanie bardziej bliskie.
Allena po prostu lubię.
J.K.: Z kim chętnie Pani rozmawia?
D.H.: Lubię Kazimierza Kutza, ma wielką
zdolność do patrzenia obrazowego. Niektórzy
dostrzegają tylko ostrość języka,
a on ma niesamowity talent patrzenia
na świat, prawdopodobnie przez kamerę
w głowie. Lubię z nim pogadać o życiu
i o tym, co się dzieje w świecie. Jego
spojrzenie jest takie świeże. To osoba,
z którą się zawsze dobrze czuję. Pod
warunkiem, że nie przeklina. Lubiłam
też rozmowy z prezydentem Kwaśniewskim,
ma niezwykłą wiedzę historyczną,
potrafi rozbawić. Jest mądry.
Chętnie rozmawiam z ludźmi prostymi.
Doceniam różnorodność perspektyw
w odbieraniu życia. Nie mamy świadomości,
że jesteśmy niewolnikami swojego
spojrzenia. Kiedy rozmawiam z przypadkową
osobą, uświadamia mi, że na to
samo zjawisko można mieć zupełnie inny
punkt widzenia. Dlatego chcę, aby w podejmowaniu
decyzji w Polsce uczestniczyły
kobiety. Różnorodność doświadczenia
jest wyjątkowo ważna.
J.K.: Jakiej postawy u ludzi Pani nie rozumie?
D.H.: Nie chcę nikogo urazić, ale widzę,
że jest dookoła nas strasznie dużo zwykłej
głupoty. Może nie tyle w ludziach, co
w życiu. Pewna kombinacja cech kojarzy
mi się z "niemądrością", a wśród nich
najważniejsza to zapatrzenie w siebie. Ale
nie mam takiego odruchu, że kogoś odrzucam.
Rozmawiałam zawsze z największymi
przeciwnikami Unii, bo czułam
potrzebę, aby ich zrozumieć. No i oczywiście
przekonać. Jednak gdybym miała
wybór, to z pewnymi ludźmi bym nie
współpracowała. Cenię sobie poczucie
humoru i brak skupienia na sobie, dostrzeganie
innych.
J.K.: Pisze Pani pamiętnik?
D.H.: Zapisuję różne notatki, zeszyty,
zawsze trzymam notes w torebce. Ciągle
mnie pytają: "co na emeryturze"? Nie
chcę nigdy iść na emeryturę, ale jeśli będzie
taka konieczność, to mam do czego
sięgnąć i opisać. Zapisuję w różnych językach,
bo czasem trudno się przestawić
- anegdoty, cytaty. Zastanawia mnie, jak
można mieć różne wspomnienia z tego
samego momentu. Politycy opowiadają
o swoich zasługach, a ja wiem, że niektóre
wydarzenia wyglądały zupełnie inaczej.
Wypadałoby to wszystko kiedyś opisać.
Danuta Hübner - minister ds. europejskich w czasie wchodzenia Polski do Unii
Europejskiej. Od lat 90. współtworzyła polską politykę gospodarczą. Odpowiedzialna
m.in za prowadzenie pierwszej polskiej polityki dla małych i średnich
przedsiębiorstw. Przez pięć lat pełniła funkcję komisarza Unii Europejskiej ds. polityki
regionalnej. Profesor nauk ekonomicznych, specjalizuje się w dziedzinie rozwoju
gospodarczego.