Pracoholizm jest niebezpieczny.
Badania pokazują, że choć pracoholicy
w początkowych fazach
pracują lepiej niż inni,
to szybko tracą swój impet, wypalają się
i często popadają w kolejne nałogi.
Nie każdy tytan pracy jest jednak pracoholikiem.
Honoriusz Balzak podobno
spał jedynie 4-5 godzin na dobę, resztę
czasu przeznaczał przede wszystkim na
pisanie. Napoleon także spał około 5 godzin,
poza tym "pracował" - podbijał
Europę, oddawał się dyplomacji, kierował
cesarstwem itd. Czy oni byli pracoholikami?
Sama liczba godzin przeznaczanych
na pracę jeszcze o tym nie przesądza.
Liczy się raczej rodzaj motywacji,
który skłania do nadmiernego poświęcania
się swojemu zawodowi.
Szczęśliwy pracoholik
Psycholodzy ustanowili kryterium, według
którego zalicza się kogoś do grona
pracoholików. Tym kryterium jest poświęcanie
na czynności związane z pracą
zawodową więcej niż 50 godzin tygodniowo.
Gdyby przyjąć tylko ten warunek,
okazuje się, że co dwudziesty pracownik
jest pracoholikiem (badania
w kulturze zachodniej). Okaże się też, że
większość z tych osób jest szczęśliwa i zadowolona!
W psychologii pracy mówi się w związku
z tym o czymś na kształt "zdrowego pracoholizmu"
(przymknijmy oko na logiczną
niespójność tego zwrotu). Pojawia się on u entuzjastów pracy, bardzo silnie angażujących
się w swój zawód, którym praca
przynosi wiele satysfakcji i jest źródłem
wzbogacającej stymulacji życiowej. Tacy
ludzie są dobrze przystosowani, wykonywanie
zawodu sprawia im przyjemność,
mają wspierające rodziny, wysoką autonomię,
ich działalność jest różnorodna,
a obowiązki dopasowane do zdolności
i umiejętności. Ten rodzaj pracoholizmu
objawia się stawianiem pracy bardzo wysoko
w hierarchii wartości życiowych. Ci
"zdrowi pracoholicy" to ludzie, którzy
lubią i umieją pracować, dlatego przeznaczają
na pracę wiele swojego czasu.
Do pewnego stopnia taki styl działania
przynosi przede wszystkim profity: poczucie
kompetencji i spełnienia, satysfakcję,
większe zarobki. Także firma czerpie
zyski, choć i straty się pojawiają. Jedną
z nich jest to, że bardzo silnie zaangażowane
osoby mogą znacząco stresować innych
pracowników, co na dłuższą metę
przyczynia się do pogorszenia atmosfery
w firmie.
W dodatku granica między tym "zdrowym
pracoholizmem", a "pracoholizmem
toksycznym" jest rozmyta,
a i "zdrowy pracoholizm" może też być
niebezpieczny.
Pierwszy przypadek śmierci z przepracowania
- karoshi - odnotowano w Japonii
w 1969 roku. 29-letni dziennikarz zmarł
na wylew krwi do mózgu. Do ostatniego
dnia czuł się dobrze i miał nadzieję jeszcze
wiele lat pracować codziennie po 18
godzin. To typowe - ludzie, którzy umierają
na karoshi, do ostatniego dnia czują
się dobrze, mają dalekosiężne plany i nie
wykazują objawów drastycznego przepracowania
- jak ciągłe zmęczenie, depresja
i impulsywność itp. Śmierć z przepracowania
dotknęła także japońskiego premiera
Keizo Obuchi w 2000 roku.
Prawdziwy pracoholik
Karoshi to jednak ewenement. Zdarza
się rzadko i tylko w niektórych krajach.
Toksyczny pracoholizm jest natomiast
zjawiskiem ogólnoświatowym. Na czym
polega zatem prawdziwy, jadowity, wyniszczający
pracoholizm?
Jest to coś zupełnie innego niż nawet
najbardziej namiętne "zakochanie się"
w fajnej pracy. Prawdziwy pracoholik nie
cieszy się, że pracuje, a praca wcale nie
sprawia mu satysfakcji. Pracuje, bo przeżywa
wewnętrzny przymus wywiązywania
się z obowiązków. Często jest tak,
że obowiązki te przerastają jego kompetencje,
nie pasują do zainteresowań czy
pragnień, dlatego "musi" on wkładać
w pracę wiele swojego czasu i wysiłku.
W dodatku żyje w ciągłym niepokoju
o to, czy uda mu się sprostać zadaniom,
które przed nim stoją.
Tego poczucia przymusu szalenie trudno
się pozbyć. Właściwie jedyne, co uspokaja
pracoholika, to pracowanie. Dlatego
jego życie rodzinne zostaje zepchnięte na
margines, pracuje się kosztem snu. Nie
znika jednak ciągłe poczucie presji czasowej.
Pracoholik bierze więc zadania domowe,
przeznacza wolne dni na pracę,
nie idzie na urlop oraz odczuwa przymus
rozmyślania o pracy. On musi ciągle
trzymać rękę na pulsie aby zapobiec
nieuchronnej i rychłej - w jego najgłębszym
przekonaniu - katastrofie. Ten styl
życia szybko prowadzi do wyniszczenia
i wywołuje szereg objawów zdrowotnych:
chorobę wieńcową, wrzody, zaburzenia
koncentracji, bezsenność, lęk, zaburzenia
seksualne, uczucie permanentnego wyczerpania,
utratę kreatywności itp.
Kogo dotyka pracoholizm?
Wiele zrobiono badań, aby wykryć, kto
jest najbardziej narażony na toksyczne
zaangażowanie w pracę. Cierpią nań
przede wszystkim osoby bardzo ambitne,
perfekcjonistyczne, jednocześnie jednak
niedowartościowane, co paradoksalnie
może objawiać się kompensacyjnym
traktowaniem innych z góry. Mają
też wysoki poziom wrogości i są skłonne
do rywalizacji. Jest to jednak rywalizacja
wroga - zadania wykonywane są po to,
aby pokazać, że inni ("a nie ja") są gorsi.
Dla tych osób sukces jest najważniejszą
miarą wartości człowieka, a także własnej
wartości. Dlatego też prędzej czy później
tworzy się wokół nich wiele konfliktów.
Pracowitość i pracoholizm
Czy można wiec wytyczyć granicę między
pracowitością a pracoholizmem? Owszem,
tak. Jeśli pracujesz więcej niż 50
godzin tygodniowo, powinna ci się zapalić
lampka alarmowa - należysz do grona
osób zagrożonych pracoholizmem. Nawet
jeśli jesteś zdrowym pracoholikiem,
lubisz swoją pracę i z przyjemnością oddajesz
się jej, to intensywne pracowanie
może wyjaławiać inne obszary twojego
życia (rodzina, przyjaźnie, hobby, wypoczynek
itp.) I wtedy stać się może rzeczywistym,
życiowym problemem.
Jeśli w dodatku praca jest dla ciebie panaceum
na niepokój, poczucie pustki życiowej,
wynika z przymusu i nie przynosi
satysfakcji, cierpisz na prawdziwy, toksyczny,
niebezpieczny dla własnego zdrowia
(i dobrostanu innych ludzi) pracoholizm.
Wtedy warto sięgnąć po pomoc terapeutyczną.