Jerzy Kosiński idzie 57. ulicą. Spotykamy
się wzrokiem. A pan wie,
jakie on miał spojrzenie, posyłał
je czytelnikom z okładek
swoich książek. Myślę: podejdę. Ale
co mu, cholera, powiem: dzień dobry, jestem
Ula Dudziak z Polski, w pewnym
sensie współtworzymy artystyczną emigrację?
On był wtedy topowym pisarzem,
celebrytą, nie było tygodnia, żeby nie występował
w jakimś talk show. Minęliśmy
się. Na dziesięć lat. Kiedy mu to opowiedziałam,
posmutniał "Wielka szkoda, że
wtedy nie podeszłaś, Ula", odparł. Tamto
spotkanie spojrzeń to był rok 1977.
Marek Łuszczyna: Była Pani w USA od
czterech lat.
Urszula Dudziak: I właśnie zaczynałam
się otrząsać z szoku emigracyjnego. Przez
długi czas nie potrafiłam sobie znaleźć
miejsca w Nowym Jorku, bardzo tęskniłam
i całkowicie się na swojej tęsknocie
skupiałam. Zanim przyjechaliśmy
do Stanów, Michał Urbaniak, mój ówczesny
mąż, mówił: "Ula, USA to bajka,
czerwone dywany, ludzie w smokingach,
wszędzie jazz". A mnie, kiedy zobaczyłam
paradę uliczną na 5. Alei i młode dziewczyny
w miniówkach, przypomniały się
szkolne czasy. Usiadłam na krawężniku
i zaczęłam płakać, że chcę do siostry, do
mamy, do Zielonej Góry.
M.Ł.: Nie było tak, jak mówił mąż?
U.D.: Było tak, jak powiedział mi taksówkarz
wiozący nas z lotniska JFK: "To
miasto urbanistycznie przypomina konstrukcję
szaleńca, któremu dano do zabawy
zbyt dużo klocków". Nowy Jork
mnie przygniótł, czułam się fatalnie. Budziłam
się i kładłam spać w złym nastroju.
Robiłam Michałowi straszne awantury.
M.Ł.: A on pocieszał: "Ula, jeśli nam się
tutaj uda, to nam się uda wszędzie".
U.D.: Był twardy i przekonany, że odniesiemy
sukces. Nie miał, w przeciwieństwie
do mnie, polskiego kompleksu niższości.
Myślał jasno, rozumnie planując
naszą karierę. Było zresztą co planować.
Zanim przyjechaliśmy, nagraliśmy
w Niemczech płytę dla CBS, europejskiej
córki Columbii, amerykańskiego giganta
fonograficznego. Zobowiązaliśmy się
słownie, że będziemy ją promować w Europie,
a pierwszą rzeczą, którą z nią zrobiliśmy,
to - jeszcze ciepłą - zawieźliśmy
do Stanów. Michał, następnego dnia po
przyjeździe z lotniska, rzucił ją na biurko
producentów i powiedział: "To jest najlepszy
materiał, jaki do tej pory mieliście
okazję wydać, nie zmarnujcie tej
szansy". A oni się wcale nie przejęli, tylko
zaczęli rozważać propozycję. Tygodnie
oczekiwań na ich decyzję zamieniły się
w miesiące.
M.Ł.: Zaczęły kończyć się pieniądze,
które zarobiliście podczas europejskich
tournée?
U.D.: Zaczął kończyć się przemycony
do USA kilogram złota, z którego się
utrzymywaliśmy (śmiech). W końcu zadecydowałam,
że muszę iść do jakiejś
pracy. Ktoś załatwił mi spotkanie z Kathy
Hilton, miałam starać się o posadę kucharki
w jednej z jej hotelowych restauracji.
Przyjęła mnie osobiście, pyta: "Co
pani umie gotować?". Mówię, że schabowego
i pomidorową. Chwilę pomilczała.
"A coś jeszcze pani umie robić?". Opowiedziałam
jej naszą historię, a ona na
to, że świetnie, bo potrzebuje kogoś do
grania jazzu w swoich hotelach. Dogadałyśmy
się raz dwa. Wracam do domu,
a Michał od progu: dostaliśmy ten kontrakt!
Wydajemy płytę!
M.Ł.: Nowy Jork został oswojony przez
jej sukces?
U.D.: Powoli wgryzałam się w to miasto,
nabierałam wiedzy o mechanizmach rządzących
jego życiem, powolutku, powolutku
zaczynałam je rozumieć i z czasem
nabierać do niego sympatii. Zaczęło podobać
mi się to, że nie marnuje się w nim
czasu - w urzędach, kolejkach, dworcach,
że proza życia jest normalnych rozmiarów.
W Polsce wypełniała szczelnie
cały mój czas. To były lata 70. Spodobała
mi się osobista wolność, którą każdy szanuje.
Nikt nie wyszydzał z powodu poglądów,
ubioru, sposobu bycia. Luz.
M.Ł.: Prowadziła Pani z mężem dom
otwarty dla polskich artystów. Jesteś
w Nowym Jorku - musisz wpaść do Urbaniaków,
mówiło się w środowisku.
U.D.: Przez mieszkanie przewijało się
mnóstwo ludzi. Tadeusz Konwicki, Stanisław
Dygat, Adam Hollender, Janusz
Głowacki, Rafał Olbiński, Wiktor Osiatyński,
wszystkich nie wymienię... Lubiliśmy
się też z ludźmi spoza środowiska
artystycznego. Na przykład ze Sławomirem
Petelickim, on był wtedy attaché
kulturalnym w polskim konsulacie. Bardzo
pomógł przy promocji pierwszej
płyty, zorganizował świetną imprezę, nadał
jej odpowiednią rangę, co przyciągnęło
media.
M.Ł.: Dobry organizator. Był później
jednym z twórców jednostki antyterrorystycznej
GROM.
U.D.: W USA mógł nabierać doświadczenia.
Kiedyś przyjechał jakiś polski naukowiec,
spacerowali ze Sławkiem po
mieście w biały dzień i nagle zza rogu wyskakuje
zamaskowany facet z pistoletem
i wrzeszczy: "money!". Naukowiec zbladł
i mówi do Petelickiego: "Panie Sławku,
ja niestety nic nie mogę dać, bo ja mam
ściśle wyliczone diety" (śmiech). No
i Sławek był zmuszony załatwić tę sprawę
bezgotówkowo.
M.Ł.: Podobno pisze Pani książkę dotyczącą
pobytu w USA.
U.D.: Dotyczącą całego życia! Nieustannie
usiłuję się do niej zabrać. Moja córka
Kasia pomaga mi przewertować tysiące
stron zapisków, wydobyć te najciekawsze.
Bo, na przykład, sporo jest o macierzyństwie:
"Mika usiadła po raz pierwszy
na nocniczek, Kasia wspaniale raczkuje".
I opis na kilkanaście stron.
M.Ł.: A odsłuchać nagrania Kasia Pani
pomaga?
U.D.: Fakt, część nagrywałam. Normalnie
dałabym komuś do spisania, ale trochę
się boję, bo nie pamiętam, co na tych
kasetach jest. Nigdy nie stosowałam autocenzury,
więc bezpieczniej będzie, jeśli
przepiszę je sama.
M.Ł.: A co Pani nagrała przed przyjazdem
do Nowego Jorku?
U.D.: Z całą pewnością coś o naszych
europejskich wojażach. Kilka lat jeździliśmy
z Michałem po Szwecji, Austrii,
Szwajcarii, Niemczech. Graliśmy i zarabialiśmy,
by móc zająć się tworzeniem
muzyki bez skrępowania.
M.Ł.: Graliście do kotleta?
U.D.: Powiedzmy, że ten kompromis artystyczny
nie był aż tak duży, bo graliśmy
wyłącznie jazz.
M.Ł.: "Grałam w ruletkę, a Michał dawał
w szyję, trochę zmarnowaliśmy
czasu i atłasu" - to o pobycie w Szwecji.
U.D.: Trochę to prawda, jestem hazardzistką.
Ale nie było też tak, że Michał
wszystko przepił, a ja przegrałam; kupiliśmy
dom, samochód, odłożyliśmy.
Fakt, niektórzy muzycy z naszego zespołu
przyoszczędzili więcej. Ale pracując
w Europie, tylko czekaliśmy na moment,
żeby wyjechać do Stanów. Michał
był nimi całkowicie zafascynowany. No
i kiedy wygrał festiwal w Montreux, zdobywając
nagrodę dla najlepszego solisty,
zdecydowaliśmy, że nadszedł czas. Plus
jeszcze ta płyta w CBS.
M.Ł.: Miała Pani udane dzieciństwo?
U.D.: Miałam dzieciństwo jak z książki Pawła
Huelle "Weiser Dawidek". Urodziłam się
w Straconce, która teraz jest dzielnicą Bielska-
Białej. Kiedy miałam kilka lat, rodzice przeprowadzili
się do Gubina. Mieszkaliśmy pod
"górą śmierci", w miejscu naszpikowanym
niewypałami. W okolicy ciągle kręcili się saperzy.
Dwie moje koleżanki z klasy poszły na
łąkę zrywać asparagus do bukietów i weszły na
zapomniane pole minowe, nic z nich nie zostało.
Ale ja i moje rodzeństwo bawiliśmy się
wybornie. Chodziliśmy po tych łąkach grozy,
udając partyzantów. Kiedyś znaleźliśmy pistolety
z racami i odpaliliśmy wszystkie na raz.
Każdemu kolorowi przyporządkowany jest
komunikat - informacja o szpiegu, prośba
o pomoc, sygnał o natarciu wroga. Tatuś
wrócił akurat z pracy i mówi, że wojsko jest
w stanie podwyższonej mobilizacji, bo ktoś
nadał te sprzeczne komunikaty. To było wojsko
strzegące granicy z Niemcami, nie wiedzieli,
co się dzieje. Nie uniknęliśmy lania.
W 1950 roku przeprowadziliśmy się do Zielonej
Góry.
M.Ł.: I tam spotkała Pani Krzysztofa Komedę.
U.D.: Przyjechał do nas na występy z zespołem
kabaretowym Tingle Tangle. Po koncercie
relaksował się w kawiarni "Piastowska". Podszedł
do niego pianista, grający w tej knajpie
na co dzień, i mówi: mamy tu taką Dudziak,
która wygrała w Warszawie konkurs "mikrofon
dla wszystkich". Ma dopiero szesnaście
lat, ale wywija świetnie. Komeda powiedział,
że przesłucha mnie następnego dnia o 12.
W samo południe. Zerwałam się ze szkoły,
czekał, zaśpiewałam "Goody Goody", spytał
co robię w wakacje i czy nie chciałabym
w lecie zagrać z nim w klubie "Pod hybrydami"
na Mokotowskiej. Czy chciałam? Miałam
ze szczęścia poczucie nierzeczywistości.
M.Ł.: Komedzie zawdzięcza Pani start?
U.D.: Zawdzięczam go jego żonie, Zofii Komedowej,
bo on po tym wieczorze w "Piastowskiej"
miał takiego kaca, że rano tylko
spod pierzyny krzyknął: "Nigdzie nie idę,
znowu mi ktoś będzie śpiewał: Wiśniowy
sad". A Zosia była twarda: "Umówiłeś się,
nie wypada".
M.Ł.: Jaki był Krzysztof Komeda?
U.D.: Zawsze porównywałam go trochę
z Gilem Evansem. Komeda potrafił wydobyć
z artysty umiejętności, o których istnieniu
tamten nie miał pojęcia A Krzyś
to wiedział i wprowadzał go w klimat nieustannego
rozwoju twórczego. Nie pracowałam
nigdy z Milesem Davisem, ale
z nim było podobnie. Mówił: "Nie biorę
cię do zespołu dlatego, że grasz to, co słyszę,
biorę cię, bo wiem, jak możesz zagrać". Komeda
był łagodny, cichy, skupiony, nie pouczał,
nie denerwował się. Trochę panowała
wokół niego aura świętości. Po latach powiedziałam
jego żonie: "Zosiu, ja się w Krzysiu
kochałam, nie gniewaj się". "Eee tam, co
mam się gniewać, wszystkie się w nim kochałyście"
odpowiedziała. Rozmawiałyśmy, kiedy
mieszkałam już w USA.
M.Ł.: Na rogu 58. i 56. ulicy. Kosiński
mieszkał na rogu 57. i 56.
U.D.: I dlatego szliśmy naprzeciw siebie przez
łączącą nasze mieszkania 57. Kosińskiego
przyprowadził na mój koncert nasz wspólny
kolega. Zaprzyjaźniliśmy się i zaczęliśmy włóczyć
po mieście całą paczką. Jerzy był duszą
towarzystwa, ja byłam przy nim stremowana,
bałam się odezwać. Potem powiedział, że nie
miał pojęcia, co to milczenie miało znaczyć:
czy to, że jestem mądra, czy raczej głupia i nie
mam nic do powiedzenia.
M.Ł.: Ale szybko się przekonał.
U.D.: Bardzo mnie komplementował. Mówił:
"Ula, jesteś inteligentna, piękna, wspaniała,
wybitna". Nikt nigdy nie powiedział
mi tylu miłych rzeczy.
M.Ł.: Miał podobno swoje słynne metafory
i powiedzenia.
U.D.: "Ula, musisz mnie inspirować, bo inaczej
napiszę książkę telefoniczną nieistniejącego
miasta". Miał ich wiele.
M.Ł.: 3 maja 1991 roku, zanim popełnił
samobójstwo, rozmawiał z Panią
przez telefon. Później nie mówił już
z nikim.
U.D.: Umówiliśmy się na kawę, powiedział:
"Ula, zadzwonię do ciebie, jak tylko się obudzę".