ESSENCE
Magazyn ludzi sukcesu esencja
dobrego
smaku

Mieszkać pod dobrym adresem

Wyrabiamy sobie opinię na czyjś temat w oparciu o czynniki zewnętrzne. Jeśli ktoś mieszka na wsi, to jest chłopem, przynajmniej teoretycznie. Jeśli ktoś mieszka w złej dzielnicy, Bronxie lub Harlemie, przeważnie jest kolorowy. W Nowym Jorku adres jest bardzo ważny, ponieważ określa człowieka na drabinie społecznej i zawodowej.

Rozmawiała Anna Laszuk

Nowy Jork Wywiad z Hanną Bakułą

Kiedyś powiedziała Pani, że ,,lepiej nie dojeść, nie doubrać się, niż mieć zły adres". Co to znaczy?

Hanna Bakuła: Że wyrabiamy sobie opinię na czyjś temat w oparciu o czynniki zewnętrzne. Jeśli ktoś mieszka na wsi, to jest chłopem, przynajmniej teoretycznie. Jeśli ktoś mieszka w złej dzielnicy, Bronxie lub Harlemie, przeważnie jest kolorowy. W Nowym Jorku adres jest bardzo ważny, ponieważ określa człowieka na drabinie społecznej i zawodowej.

Anna Laszuk: A jeśli ktoś mieszka w Warszawie...

Hanna Bakuła: Jeśli mieszkaniec Warszawy mówi, że mieszka przy alei Szucha, alei Przyjaciół albo alei Róż, to znaczy, że jest to ktoś na poziomie, bo tam nie mieszkają robotnicy ani analfabeci. Zapewne jest to osoba zamożna i z pewnością z tzw. "środowiska", ponieważ tam właściwie nie można kupić mieszkania. Trzeba je albo odziedziczyć, albo znajomi muszą je odstąpić. Po prostu nie ma ich na rynku.

A.L.: A jak jest z konotacją Bemowa czy Grochowa?

H.B.: Trudno tam znaleźć artystę, reżysera teatralnego lub filmowego, aktorkę czy chirurga. Mieszka tam średnia klasa pracująca i jest niebezpiecznie, ponieważ obcuje z nimi również niższa klasa, niepracująca, parająca się przestępczością. Torebkę kradli mi na Woli, Bemowie i Pradze. Dziwnym trafem nikt mi jej nigdy nie wyrwał w Centrum.

A.L.: Ale ,,slumsy" można też znaleźć w centrum Warszawy.

H.B.: Oczywiście że tak, ponieważ jest tam dużo starych mieszkań kwaterunkowych. Na szczęście są miejsca, gdzie ich w ogóle nie ma.

A.L.: Wróćmy do NY. Gdzie tam warto mieszkać?

H.B.: Raczej gdzie nie warto mieszkać... Ciągle odradzam kupowanie mieszkania powyżej 120. ulicy - wschód i zachód, bo to jest Bronx i Harlem. Poniżej Pierwszej Avenue również. Za moich czasów, jeśli się nie było bandytą albo narkomanem, nie mieszkało się w tzw. alfabecie - od Pierwszej Avenue na wschód zaczynają się A, B, C, D... W tej chwili można mieszkać do D włącznie, bo zrobiło się o wiele mniej ryzykownie. W epoce "przedgiulianowskiej" nawet Pierwsza Avenue była bardzo niebezpieczna. Sami bezdomni i bandyci. Tam właśnie dzieje się akcja "Antygony w Nowym Jorku" Głowackiego.

A.L.: A Upper East Side?

H.B.: Upper East Side jest wieczne i się nie zmienia. To superdobra dzielnica. Wolę ją od Upper West Side, chociaż zawsze mieszkałam po wschodniej stronie miasta. Na West Side czuję się wręcz nieswojo. Upper East Side jest jak w Warszawie "późne" Śródmieście i "wczesny" Mokotów, czyli Mokotowska, al. Przyjaciół, al. Szucha. Tam mieszkają eleganccy ludzie i jest trzy razy drożej niż w innych częściach miasta.

A.L.: Tomasz Stańko, żeby móc zamieszkać na Upper East Side, musiał udokumentować, że pochodzi z dobrego domu, ma rekomendację z wytwórni Universal i The Museum of Modern Art oraz poświadczenie kolegi, który mieszka na Manhattanie. Bo sąsiedzi nie chcieli mieć byle kogo za ścianą.

H.B.: Ależ tak zawsze musi być! Jeśli chce pani wynająć mieszkanie, ktoś musi panią rekomendować, trzeba pokazać zaświadczenie, gdzie pani pracuje. Najlepiej, żeby rekomendacje dał mieszkaniec tego domu, bo nikt nie chce mieć w swoim otoczeniu bandyty, narkomana czy dilera. Po co im kłopoty? Są domy dla niepalących, bo nikt nie chce, żeby na klatce było czuć papierochy. Ktoś inny nie chce, żeby dzieci wrzeszczały. Mój znajomy mieszka w dzielnicy, gdzie nie wolno mieć dzieci ani zwierząt.

A.L.: W zestawieniu z brooklyńskim Greenpointem to ciekawy kontrast.

H.B.: Nie znoszę Brooklynu, byłam tam dwa razy. Na Greenpoincie jest już coraz mniej Polaków. Z powodu coraz wyższych cen muszą się wynosić na obrzeża Nowego Jorku. Za dziesięć lat nie będzie śladu po Polakach na Greenpoincie.

A.L.: Interesujące...

H.B.: Proszę się nie dziwić, wyczytałam to w "New York Timesie". Podobnie jest w Warszawie. Osoba niezamożna nie może sobie kupić mieszkania w centrum, na Mokotowskiej, tylko na dalekim Bemowie.

A.L.: Bronx to symbol upadku miasta?

H.B.: Tam też byłam tylko raz. Jest straszliwie niebezpiecznie. Można zginąć. Mojemu znajomemu, który stał na światłach, zaczęto odkręcać koła. Nie polecam tej dzielnicy. Tak jak w Warszawie nie polecam spaceru o zmroku ulicą Konopacką czy Stalową.

A.L.: A Queens, ogromna dzielnica mieszkaniowa?

H.B.: No nie, tam mieszkają ,,dresy". Co prawda, zanim zamieszkałam na Manhattanie przy Bloomingdales, jednym z najdroższych adresów, mieszkałam na Queensie. Z przyjaciółmi wynajmowaliśmy dom na Woodside. Na Queensie mieszkają biedni ludzie: hydraulicy, elektrycy, duża enklawa grecka. Fajne miejsce, miłe, nie tak niebezpieczne jak Bronx, ale też można dostać lanie. Powiem tak: ja się nie ruszam poza Manhattan, nie mam w tym żadnego interesu. Lubię Manhattan.

A.L.: A szczególnie?

H.B.: East Village [Lower East Side - przyp. red.] to miejsce, gdzie mieszkało bardzo dużo biednych Polaków, a teraz przeciwnie, mieszkają bogaci. To jest jeszcze ta fajna inteligencka emigracja z lat 80. Cudowna jest 5. Avenue. W dół i w górę. Fantastyczny jest Broadway, począwszy od teatrów na 4. ulicach, a skończywszy na dole miasta. Ulica ta uznana jest za najdłuższą na świecie, a to nieprawda, bo nasza Puławska jest chyba o kilometr dłuższa.

A.L.: A Times Square?

H.B.: Times Square mnie nie obchodzi. To miejsce dla turystów. W ogóle tam nie chodzę. Jest niebezpiecznie. Sami czarni i turyści. Wszystko jest drogie. Jedzenie wstrętne. Ale oczywiście jeśli ktoś się naczyta, że Nowy Jork to Times Square, to pewnie tak mu się kojarzy.

A.L.: Będę bronić tego miejsca. Wystarczy wymienić Reuters Building, New York Times Tower, Condé Nast Building czy wyświetlane informacje z NASDAQ.

H.B.: To miejsce tylko dla przyjezdnych - ani do mieszkania, ani do przebywania, szczególnie kiedy się mieszka w Nowym Jorku. To tak, jakby pani ciągle chodziła pod Pałac Kultury. Nie lubię parków, dlatego Central Park mało mnie interesuje. Natomiast dookoła niego jest bajecznie.

A.L.: Podobno najdroższe apartamenty są usytuowane właśnie wokół niego.

H.B.: Nie podobno, tylko na pewno. Do tych lepszych wjeżdża się windą bezpośrednio do mieszkania. Ja akurat miałam takie szczęście, że mieszkałam tam, gdzie chciałam, przy 11. Na Upper East Side butelka wody mineralnej kosztuje pięć razy więcej niż na dole. Mleko na przykład jest w cenie 10 dolarów. Żeby tam mieszkać, trzeba mieć pieniądze. Dlatego jeśli pani podaje tamtejszy adres, od razu wiadomo, ile pani zarabia. Kiedy mieszkałam na Upper East Side, wydawałam na to wszystkie zarobione pieniądze.

A.L.: Było warto?

H.B.: Oczywiście, bo miałam świetne zamówienia na portrety.

A.L.: Czyli ,,teza o adresie" ma szczególne uzasadnienie w Nowym Jorku?

H.B.: Wszędzie. Kiedy ktoś mnie spyta, ja nie mogę powiedzieć, że mieszkam na Targówku. Rozumie pani?

A.L.: Nie do końca, bo Targówek jeszcze niedawno należał do Pragi Północ, którą tylko kilka minut dzieli od Starego Miasta. Jest Fabryka Trzciny. Poza tym Pragę Północ na nowo odkryli artyści, chociażby znany rzeźbiarz i performer Paweł Althamer.

H.B.: Dobrze! Młodzi artyści! Im może wypada! A ja już nie jestem młodą awangardową artystką, tylko dorosłą kobietą! Mnie nie wypada!


ESSENCE 2011
 
Biografie gwiazd - Bizneswoman - Czasopismo przedsiębiorców - Ekskluzywne czasopismo - Ludzie biznesu - Ludzie sukcesu - Magazyn biznesmenów - Polskie gwiazdy