ESSENCE
Magazyn ludzi sukcesu esencja
dobrego
smaku

Na sławę nie ma reguły

Nigdy nie wiadomo, dlaczego publiczność kocha ciebie, a nie kogoś innego. Wydaje ci się, że jesteś świetny, a oni kochają kogoś, kto jest przeciętny. Justyna Steczkowska odsłania kulisy sławy i dojrzałej kobiecości.

Rozmawiała Beata Steć

Justyna Steczkowska

Jak po latach wspomina Pani swoje pierwsze kroki na scenie i czy wyobrażenie o pracy w show-biznesie bardzo odbiegało od realiów?

Justyna Steczkowska: Młody człowiek, wchodzący w ten świat, nie bardzo zdaje sobie sprawę, jak to wygląda. Wizerunek artysty postrzegany z zewnątrz najczęściej nie przystaje do rzeczywistości. Ludziom wydaje się, że to jest łatwy zawód, w którym wystarczy umieć śpiewać, a nawet czasem tylko dobrze wyglądać. Nie ma gwiazdy, która leży i pachnie, po prostu brakuje im na to czasu.

Beata Steć: A zdarzają się artyści, którzy tylko odcinają kupony?

Justyna Steczkowska: Owszem. W drugiej połowie życia, kiedy osiągną bardzo dużo w swoim zawodzie. Jeśli nie mają siły, chęci ani pasji, korzystają z tego, co już zrobili i więcej czasu poświęcają na swoje pozamuzyczne zainteresowania. Jednak w naszym kraju ten zawód nie przynosi takich pieniędzy, które mogą zabezpieczyć na przyszłość. Szczególnie wtedy, kiedy nie jest się twórcą, tylko odtwórcą napisanych piosenek. W czasach komunistycznych, kiedy sprzedawały się miliony płyt, nikt artystom za to nie płacił. Nie miało znaczenia, że Ciechowski sprzedał 2 miliony płyt, a inna gwiazda 100 tysięcy, wszyscy mieli równą stawkę za koncert, bo był to odgórny przykaz.

B.S.: A w latach 90., kiedy Pani zaczynała?

J.S.: Panował wtedy fantastyczny czas dla artystów. To był okres, kiedy tacy ludzie, jak Edyta Górniak, Kaśka Kowalska, Edyta Bartosiewicz, Kayah, Steczkowska mieli szansę pokazać światu, co potrafią. Sprzyjał otwarty rynek, płyty sprzedawały się bardzo dobrze, wytwórnie inwestowały pieniądze w swoje gwiazdy, tyle tylko, że to był boom całej gospodarki. Natomiast ludzie myślą najpierw o zaspokajaniu podstawowych potrzeb - jak jedzenie, rachunki czy ubranie - a dopiero w dalszej kolejności o sięgnięciu po sztukę. Artysta jest na samym końcu tej piramidy.

B.S.: Jak dziś prezentuje się rynek muzyczny?

J.S.: Sprzedawalność płyt jest fatalna. Sprzedaje się ich 10 razy mniej niż na początku lat 90. Kiedyś "Dziewczyna szamana" rozchodziła się w ilości 250-300 tysięcy egzemplarzy, to były platynowe płyty. Teraz platyna to jest zaledwie 25 tysięcy. A zdarza się i tak, że nawet najwięksi artyści nie sprzedają takiej ilości. Nie dlatego, że ludzie nie chcą ich słuchać, tylko dlatego, że masowo kopiują płyty, okradając artystów w "białych rękawiczkach". Cieszymy się, jeśli nie dokładamy do tego interesu. Pieniądze z płyty zwracają się w minimalnym stopniu - i to nie zawsze. Nawet przy sprzedaży złotej płyty koszty promocji są wysokie, a procenty do podziału na kilka podmiotów - wytwórnia, dystrybutor, Zaiks, management, producent muzyczny, agencja PR, a na samym końcu artysta. Mogę je odzyskać z koncertów, kontraktów reklamowych itp. Dzisiaj ci, którzy zaczynają, muszą być pasjonatami chcącymi poświęcić temu zajęciu dużo czasu i uwagi. Nie mogą liczyć na to, że to jest zawód dochodowy, a przede wszystkim stały.

B.S.: Czy jest jakaś reguła na zdobycie i utrzymanie sławy w polskim show-biznesie?

J.S.: Tu nie ma reguł, nigdy nie wiadomo, dlaczego publiczność kocha ciebie, a nie kogoś innego. Wydaje ci się, że jesteś świetny, a oni kochają kogoś, kto jest przeciętny. To jest nie do zrozumienia, nie do przeliczenia, nie do określenia.

B.S.: Co by Pani powiedziała tym, którzy dopiero zaczynają?

J.S.: Musisz być stale zachwycający dla innych, zaskakiwać ich. Bywa, że czasem nie starcza na to siły lub pieniędzy. Zanim wyjdziesz na scenę i zrobisz to, co potrafisz najlepiej, musisz się bardzo napracować. To jest czasem przykre, czasem boli, ale takie są teraz czasy. Muzyka to jest przede wszystkim pasja i od tego należy zacząć. Jeśli zaczynasz od pieniędzy, to już poległeś, bo tu ich zwyczajnie nie ma. Przynajmniej w takim wymiarze, jak to się wydaje komuś z zewnątrz.

B.S.: Z jakiego powodu przyjęła Pani role w filmach "Na koniec świata" i "Billboard"? Czy aktorstwo jest równie pasjonujące jak śpiewanie?

J.S.: Aktorstwo na pewno jest pasjonujące, jeśli masz szansę zagrać w pasjonującym filmie. W moim przypadku granie w filmach ma sens tylko wtedy, kiedy czuję, że mogę to zrobić i przyniesie mi to radość. "Billboard" był fantastycznym filmem, bardzo żałuję, że dziennikarze zrównali go z ziemią. Grałam tam epizodyczną rolę. Zafascynował mnie ciemny i dziwny scenariusz. Kiedy zobaczyłam "Billboard" w kinie, przeszedł mnie dreszcz. Film był ciężki, trudny i skomplikowany, a chwilami nawet odrażający, ale wzbudzał olbrzymie emocje. A o to przecież w kinie chodzi, aby coś człowieka poruszyło. Był to debiut reżyserski Łukasza Zadrzyńskiego. Zdziwiło mnie, że większość dziennikarzy źle oceniła ten film. Łukasz jest bardzo dumnym człowiekiem, być może zalazł komuś za skórę i tak się to potoczyło.

B.S.: Czy ostatnio dostała Pani jakąś ciekawą propozycję?

J.S.: Otrzymałam propozycję roli w serialu "Fala zbrodni", bardzo chciałam zagrać. Miałam wcielić się w jedną z głównych postaci, ale niestety zdjęcia nałożyły się na "Taniec z gwiazdami". Przepłakałam parę dni, tak strasznie żałowałam. Mam nadzieję, że to nie jest ostatnia propozycja i wszystko jeszcze przede mną.

B.S.: Pani ostatnia płyta "Daj mi chwilę" opowiada o pełnej uroku, dojrzałej kobiecości, w której przeplatają się historie miłosne. Jaka jest kwintesencja dojrzałej kobiecości Justyny Steczkowskiej, czym się różni od tej z minionych lat?

J.S.: Najważniejsze są spokój duszy i spełnienie. Po tym jak urodziłam dziecko, pojęcie kobiecości bardzo się dla mnie zmieniło. Kobiecość nie jest związana tylko i wyłącznie z seksualnością. To jest ciepło, które z ciebie bije, ogromna miłość, którą możesz przekazać innym. Najważniejsze jest to, że potrafimy dać życie drugiemu człowiekowi. Kobieta w kwiecie wieku jest jak dojrzały owoc, pełna tego, co najpiękniejsze: witamin, soczystości, świadomości własnego ja, kobiecości, siły i wartości. To jest to, do czego dążyłam i co udało mi się uchwycić teraz w życiu. Przyszedł taki czas - skończyłam 30 lat... Dzisiaj moje życie jest bardziej spokojne i jasne. Na płycie jest dużo o szeroko pojętej miłości, nie są to tylko historie o mnie.

B.S.: Pani historia miłosna to długoletni, szczęśliwy związek. Jaki jest sekret udanego małżeństwa?

J.S.: Podstawą związku małżeńskiego musi być miłość i niezależność obojga partnerów. Stan zakochania nie trwa wiecznie, a codzienność potrafi być naprawdę trudna. Życie może obedrzeć człowieka ze wszystkich złudzeń. Jeśli oboje jesteśmy niezależni od siebie pod wieloma względami, to tym bardziej staramy się być ze sobą. Nic nie musimy, a po prostu chcemy kochać się takimi, jakimi jesteśmy. Zauważyłam, że ludziom, którzy mają wspólne pasje albo przeciwnie, zupełnie są od siebie niezależni, najbardziej chce się starać o siebie. Nic nie jest nam dane na zawsze, a zwłaszcza miłość.

Justyna Steczkowska

B.S.: Co teraz jest dla Pani sensem życia?

J.S.: Samo życie... Dzieci stawiają nas do pionu w każdym jego momencie i potrafią wskazać właściwą drogę. Kiedyś była to tylko i wyłącznie muzyka. Gdy kobieta rodzi dziecko, wiele rzeczy zmienia się na lepsze. Świat wygląda zupełnie inaczej. Kiedy wydaje ci się, że życie w ogóle nie ma sensu, wracasz do domu, widzisz uśmiech Stasia i wiesz po co żyjesz! Zapominasz o wszystkim, co było. Liczy się dziecko i to, że Bóg dał ci to szczęście, że możesz je kochać i z nim być.

B.S.: Na swojej stronie internetowej dzieli się Pani z fanami nie tylko informacjami na temat życia, ale i emocjami. Jest Pani osobą otwartą? Czy tak było zawsze?

J.S.: Zawsze byłam osobą otwartą i kochałam ludzi. Faktem jest, że mój zawód trochę to zniszczył. Czasami się komuś zaufa, po czym okazuje się, że to było źle ulokowane uczucie. Wychowałam się w domu, gdzie było dużo dzieci, moje rodzeństwo jest bardzo otwarte. Zawsze byliśmy ekspansywni. Rozmawialiśmy ze sobą, kłóciliśmy się, zabieraliśmy sobie rzeczy. Dzielenie się emocjami czy rozmowa z innymi ludźmi nigdy nie stanowiły dla mnie problemu. Natomiast często ludziom wydaje się, że jestem wielką gwiazdą. W telewizji sprawiam wrażenie postawnej kobiety, a ja mam 164 cm wzrostu i naprawdę nikogo nie straszę (śmiech). Zawsze z chęcią podpisuję autografy, pogadam z ludźmi, jeśli tylko czas na to pozwala.

B.S.: Pani dom jest oazą spokoju czy raczej miejscem otwartym dla gości?

J.S.: Ciągle są u nas jacyś znajomi. Mój brat mieszka naprzeciwko. Często odwiedzają mnie sąsiadki. Jest to dom, w którym bez przerwy coś się dzieje. Natomiast rzadko zgadzamy się, aby media wchodziły w nasze życie. Zrobiliśmy tylko dwie sesje zdjęciowe z dziećmi, kiedy urodziło się każde z nich. W przeciwnym razie ganiano by nas z aparatami do momentu, w którym nie zrobiono by na tyle dobrego zdjęcia, żeby można je było opublikować. Zawsze pamiętam o tym, że moje dzieci nie są moją własnością i muszą mieć możliwość żyć własnym życiem. Kiedy mój syn występował w telewizji, wysyłałam z nim babcię, żeby czuł, że nie zawdzięcza czegoś mamie, tylko samemu sobie. Nosi nazwisko mojego męża, co ułatwia nam trochę sprawę.

B.S.: Znajduje Pani czas na inne pasje oprócz muzykowania?

J.S.: W każdej wolnej chwili, którą potrafię dla siebie wyżebrać, zamiast pójść do kosmetyczki, biegnę do studia i robię zdjęcia. Fotografując, uwielbiam zmieniać twarz człowieka. Umawiam się z ciociami, koleżankami, znajomymi i robię im piękne niespodzianki. Są bardzo szczęśliwi.

B.S.: Jakie ma Pani wrażenia z udziału w programie "Taniec z gwiazdami"? Jaki taniec najbardziej oddaje Pani charakter?

J.S.: W dużej mierze tango. Rumba, tango i paso doble to są moje trzy ulubione tańce. Oczywiście bardzo lubię tańczyć, ale dopiero w połowie programu rozkochałam się w tańcu!!! Po prostu uczę się i coraz bardziej czuję, że robię to przede wszystkim dla siebie, a nie tylko dlatego, że mam podpisany kontrakt. Udało nam się zatańczyć tango, co było moim marzeniem, dostaliśmy cztery 10. i największą ilość sms-ów. To był nasz szczęśliwy dzień.

B.S.: Czy czuje Pani tremę przed występem?

J.S.: Najtrudniej jest opanować nerwy przed wyjściem na parkiet, ponieważ jedyne, co wszyscy mamy w głowie, to nie pomylić kroków. Wystarczy jeden błąd i już jesteśmy zgubieni. W muzyce, jeśli wypadnie mi słowo czy dźwięk, natychmiast uratuję sytuację. Nikt nawet tego nie zauważy, bo zmienię go z lekkością na inny. W tańcu tak nie ma, pomylony krok to koniec. Leżysz, bo wciąż zbyt mało umiesz, aby wybrnąć z tego z lekkością.

B.S.: Ostatnio nasze życie zdominowane jest wydarzeniami ze świata polityki. Czy interesuje się Pani tym, co się wokół nas dzieje?

J.S.: Interesuję się, jak każdy. Polityka ma służyć temu, aby żyło nam się lepiej. Aby stali za nami ludzie, którzy rozumieją nasze proste, codzienne problemy i którzy by ułatwiali nam życie. Najlepiej poprzez uproszczenie i zmniejszenie podatków. Jednak od jakiegoś czasu widzę tylko przepychanki. Wielką piaskownicę, w której siedzą wszystkie partie i tłuką się łopatkami po głowie. Oni walczą między sobą, a nie o to, żeby nam było lepiej. Nie rozumiem, dlaczego media poświęcają niektórym politykom swój czas antenowy. Demagogiem może być każdy. Nie piszmy i nie mówmy o tych, którzy robią wszystko, aby skupić na sobie uwagę, a nic nie wnoszą. To my, zwykli ludzie dbający o swoje dzieci, uczciwie pracujący, jesteśmy bohaterami dnia. To w nas tkwi siła!


ESSENCE 2011
 
Biografie gwiazd - Bizneswoman - Czasopismo przedsiębiorców - Ekskluzywne czasopismo - Ludzie biznesu - Ludzie sukcesu - Magazyn biznesmenów - Polskie gwiazdy