Obecność na liście najbogatszych
Polaków przeszkadza
Panu w interesach
czy pomaga?
Jerzy Mazgaj: Bardzo przeszkadza.
Marek Łuszczyna: W 2006 roku był Pan
na 86. miejscu, w 2007 na 49. Marsz
w górę.
Jerzy Mazgaj: Przeszacowanie.
M.Ł.: Biznesmen Marek Profus, który
jest obecny na tej liście od początku jej
istnienia, powiedział, że po każdej edycji
wszyscy pośrednicy podnoszą mu
prowizje.
J.M.: Każdy ranking, jeśli nie jest związany
ze sportem, ma w sobie coś nieeleganckiego
i niepotrzebnego. Proszę posłuchać,
jak to brzmi: konkurs na dziesięciu
najlepiej ubranych Polaków, na
pięćdziesięciu najlepiej uczesanych aktorów,
na dwadzieścia najładniejszych aktorek.
Kwestia subiektywnego poczucia
smaku.
M.Ł.: Pan wymienił konkursy, w których
rolę odgrywa poczucie estetyki wybieranych
i wybierających, a nie konkretne
kwoty.
J.M.: Konkretne kwoty?
Proszę pana, ja działam w sektorze
rynku publicznego, wystarczy zobaczyć,
ile mam akcji, pomnożyć przez kurs
dzienny i wszystko widać jak na dłoni. Ta
lista opiera się na ogólnodostępnych danych,
a w taki sposób naprawdę trudno
jest zweryfikować dochody wielu obecnych
na niej biznesmenów.
M.Ł.: Bo działają w szarej strefie.
J.M.: Tego nie mówię.
M.Ł.: Po opublikowaniu rankingu pośrednicy
podnoszą Panu prowizję?
J.M.: Przede wszystkim z całkowitą bezwzględnością
rzuca się na mnie urząd
skarbowy, przeglądając wszystkie księgi
od momentu rozpoczęcia przeze mnie
działalności gospodarczej. Sprawdzane
jest pochodzenie każdej złotówki. Każda
transakcja jest weryfikowana ze szwajcarską
drobiazgowością.
M.Ł.: I to tak Panu przeszkadza?
J.M.: Przeszkadza mi. Żona się denerwuje,
wzmacnia ochronę, instaluje wokół
domu dodatkowy monitoring. Na obecność
w rankingu tygodnika "Wprost"
klasyfikowani nie mają żadnego wpływu.
Podobnie jest z polska edycją "Forbes"
i ich listą. Gdyby było inaczej, zapewniam
Pana, że niejeden biznesmen wiele
by zapłacił, aby się na nich nie znaleźć.
M.Ł.: Pan by zapłacił?
J.M.: Tak.
M.Ł.: I w żaden sposób nie pomaga to
Pańskim interesom, nie przydaje firmie
prestiżu?
J.M.: Naturalnie, odczuwam satysfakcję,
kiedy któryś z kontrahentów zagranicznych
decyduje się na współpracę z moją
firmą dlatego, że okazało się, iż dostrzegł
i wyróżnił mnie "Forbes". Obecność
w tej klasyfikacji wpływa pozytywnie na
relacje z innymi biznesmenami. Dzięki
niej jestem przez wszystkich,
nawet tych, którzy mnie
wcześniej nie znali, traktowany
z powagą i pełnym profesjonalizmem.
To wszystko daje poczucie ogólnej satysfakcji.
Myślę sobie: dobrze wykonałem
swoją pracę. I inni to widzą. To miłe.
M.Ł.: A co najbardziej przeszkadza polskiemu
biznesowi?
J.M.: Nadmierny fiskalizm, niezwykła
drobiazgowość urzędów, która jest
spowodowana wyłącznie koniecznością
utrzymania rzeszy urzędników. Przeszkadzają
niejasne przepisy, do których interpretacji
potrzebny jest zastęp prawników.
M.Ł.: Bo kiedy firma zaczyna przynosić
zyski, od razu trzeba znaczną ich część
przeznaczyć na doradców podatkowych.
Żeby się fiskus nie przyczepił.
J.M.: Właśnie tak. Przepisy powinny być
przejrzyste, łatwe do przyswojenia przez
ludzi związanych z biznesem. Ich zawiłość
i ryzyko potknięcia z nią związane,
hamują rozwój polskiej przedsiębiorczości.
M.Ł.: W ubiegłym miesiącu, w rozmowie
dla ESSENCE, projektantka mody
Dorota Wróblewska powiedziała, że po
1989 roku gust Polaków ulega stałej poprawie,
że mijają bezpowrotnie czasy
kraciastych koszul wpychanych w spodnie
zapinane na wysokości pępka.
J.M.: Albo biznesmenów na Targach Poznańskich
z wielką plamą potu na plecach
i półlitrówką w kieszeni. Zdecydowanie
się zgadzam, Polacy zrozumieli,
jak istotną rolę odgrywa ubiór, że nie jest
czymś pozbawionym znaczenia, ale ma
wpływ na pomyślny rozwój biznesowych
negocjacji, stanowi element komunikacji
niewerbalnej. Udało się także wyrobić
w polskich biznesmenach świadomość
znaczenia brandu, przekonać ich, że niesie
on ze sobą wartość dodaną, że to nie
wszystko jedno, jaki się nosi garnitur.
M.Ł.: Pan przekonuje o tym od 1989
roku.
J.M.: Wtedy otworzyłem pierwszy sklep
Bossa.
M.Ł.: Bo znał Pan Rilkego i Bölla, sławnych
pisarzy niemieckich.
J.M.: To jest ciekawa historia. Pojechałem
przekonać dyrektora handlowego
Bossa do tego, że warto zainwestować
w otwarcie sklepu w Polsce i za jego pozwoleniem
ja mogę tę sprawę wziąć
w swoje ręce. Jestem z wykształcenia germanistą,
znam się również na rynku tego
kraju, więc uznałem, że jestem właściwym
człowiekiem, by zająć się tego rodzaju interesem.
Przychodzę do firmy, a tam nawet
z początku nie chcieli słyszeć o sprawie,
nie mówiąc o dopuszczeniu przed
oblicze szefa - ale od słowa do słowa okazało
się, że nie jest to abstrakcyjna propozycja.
I w końcu nie dość, że z nim serdecznie
porozmawiałem, to jeszcze udało
mi się go przekonać, by otworzył sklep
w Polsce. Zostałem ambasadorem firmy
w naszym kraju. Na pewno nie bez znaczenia
była moja znajomość literatury
niemieckiej. Garnitur kosztował wtedy
połowę ceny malucha. Ludzie się w głowę
pukali, mówili, że w cenie jest pomyłka
o jedno zero, a ja konsekwentnie próbowałem
udowodnić, że Polacy mogą się
dobrze ubierać.
M.Ł.: Nawet lepiej niż Niemcy?
J.M.: Ależ oczywiście - jeśli niemieckiemu menedżerowi uda się kupić koszulę
za 20 euro, to jest szczęśliwy, że
udało mu się oszczędzić. Podobnie jest
z gastronomią, Niemcy kupują artykuły
spożywcze głównie w dyskontach. U nas
menedżer nie żałuje na dobrą koszulę
i omija fast foody.
M.Ł.: Bo co to znaczy: mieć dobry
gust.
J.M.: Przede wszystkim, być może to truizm,
ale warto powtórzyć: nie zależy to
od stanu konta. Gust i styl można posiadać,
nie będąc człowiekiem zamożnym.
I odwrotnie, można być nowobogackim
snobem, z porażającym brakiem klasy
i smaku. Mieć gust to znaczy być indywidualistą,
być kreatywnym, mieć w sobie
jakąś związaną ze stylem życia pasję.
Trudno jest przedstawić w kilka chwil zestaw
cech składających się na dobry gust,
bo to w dużej mierze coś nieuchwytnego,
nie do nauczenia.
M.Ł.: Czuje Pan odpowiedzialność
związaną z byciem jednym z najbogatszych
biznesmenów naszym kraju?
J.M.: Naturalnie. Mam pod sobą firmy,
które zajmują się kreowaniem określonego
stylu życia, utrzymuję wielu pracowników.
To duża odpowiedzialność.
M.Ł.: Tyle że mnie chodziło raczej
o odpowiedzialność za rozwój polskiego,
wciąż młodego kapitalizmu. Ma Pan na
to realny wpływ. Odczuwa Pan to?
J.M.: W pewnym sensie tak, choć trudno
mówić o jakimkolwiek realnym wpływie.
Cóż z tego, że jestem członkiem elitarnego
Krakowskiego Klubu Biznesu,
skoro nie mamy żadnego przebicia, nie
jesteśmy dopuszczani do głosu podczas
politycznych dyskusji dotyczących biznesu.
Nadal brakuje pozytywnego, sformalizowanego
stylu biznesu i polityki.
M.Ł.: A jest możliwe, żeby ten nieformalny
przestał mieć aż tak duży wpływ
na życie publiczne?
J.M.: Uważam, że nie, ale nie jest to tylko
polska bolączka. Nawet nie chcę myśleć,
jakie nieformalne możliwości mogłyby
otworzyć się przede mną, gdybym budował
drogi lub miał firmę, która zajmowałaby
się innego rodzaju infrastrukturą.
M.Ł.: Powiedział Pan kiedyś, że każdego
stać na dobre cygaro i kawałek wykwintnego
sera. Nie każdego, zdaje Pan sobie
z tego sprawę?
J.M.: Proszę nie wyrywać mojego sformułowania
z kontekstu. Miałem na myśli
zmianę przyzwyczajeń. Jeżeli ktoś pali
paczkę papierosów dziennie, to zapewniam
pana, że wydaje tygodniowo równowartość
dobrego cygara. Jeżeli jada
w fast foodzie, to za te same pieniądze
mógłby mieć może i mniej kaloryczną,
ale wartościowszą, zróżnicowaną dietę.
Powtarzam, chodzi o zmianę przyzwyczajeń
żywieniowych. My, Polacy, jesteśmy
na bardzo dobrej drodze do tego, by
te zmiany sukcesywnie w nas zachodziły.
Kiedy zaczynałem sprzedawać garnitury
Bossa, znacznie większą popularnością
cieszyły się kożuszki i czarne skóry. Ale to
się zmieniło, już się w czarnej skórze nie
przychodzi na poważne negocjacje biznesowe.
Przyjaciel wszystkich jest niczyim
przyjacielem. Zdaję sobie sprawę, że nie
dla wszystkich są garnitury Ermenegildo
Zegna, natomiast w delikatesach Alma
każdy może znaleźć coś dla siebie. Kiedyś
powiedziałem w jednym wywiadzie,
że życie jest za krótkie, aby pić złe wino,
a oni napisali: "Mazgaj gardzi podłym
winem". Zachowujmy sens.
M.Ł.: Napisał Pan książkę o whisky?
J.M.: Tak, jeszcze gorąca, już od września
album o whisky będzie w sprzedaży.
Posiadam jedną z największych kolekcji
tego trunku. Często bywam w Szkocji,
zwiedzam destylarnie, uczestniczę
w degustacjach tzw. nosing whisky. Z takiej
podróży chętnie przywożę unikalną
butelkę whisky Single Malt. Niektóre
z gatunków można kupić w delikatesach
Alma. Również wczesną jesienią ukaże
się nowe wydanie albumu o cygarach.
Od pierwszego wydania minęło kilkanaście
lat i trochę się w tej kwestii zmieniło.
To wszystko składa się na propagowanie
stylu życia, godnego prawdziwego człowieka
sukcesu.
M.Ł.: W Pańskich sklepach swoją półkę
ma również Marek Kondrat.
J.M.: Tak, proponuje wina dostępne dla
każdego, ale stylowe, smaczne. Jest prawdziwym
pasjonatem, znawcą win.
M.Ł.: Niemniej ostatnio w wywiadzie
dla popularnego tygodnika jeden z jego
kolegów po fachu powiedział, że znawcą
można zostać poprzez uznanie innych,
a Marek Kondrat okrzyknął się nim
sam.
J.M.: Przez kolegę z branży oraz innych,
podzielających ten pogląd, przemawia
zawiść. Jeżeli ktoś zrezygnował z zawodu
i poświęcił się całkowicie swojej pasji,
podporządkowując jej cały styl życia, to
nie zarzucajmy mu nieautentyczności.
Pytał mnie pan o definicję kogoś, kto ma
gust. Marek Kondrat jest chodzącą definicją
człowieka mającego dobry styl. Jest
niesztampowy, pełen pasji, ciekawy. Przy
półce win w sklepach Almy jest napisane:
"Wino to moja pasja - Marek Kondrat".
I to najlepiej definiuje tego człowieka.
Każdy, kto usiłuje dezawuować
jego osobę, jest złym duchem. Nie ma
w nim ani odrobiny kokieterii, wyłącznie
autentyczność.