Jak długo interesuje się Pani hodowlą koni, co sprawiło, że zakupiła pierwszego konia?
Monika Luft: Hodowlą koni interesuję się ładnych parę lat. Tego rodzaju pasja wymaga jednak czasu, środków i wiedzy. Trzeba się na tym znać, aby popełniać jak najmniej błędów. Jeśli człowiek jest zbyt zajęty, żeby się temu poświęcać, to jaki sens hodować konie? A ja przez długie lata nie miałam czasu. Teraz przynajmniej w weekendy staram się być w stadninie i przebywać z końmi, śledzić, jak rosną źrebaki, bo te chwile już nigdy się nie powtórzą.
Beata Steć: Skąd zainteresowanie końmi?
Monika Luft: Zwierzęta zawsze były obecne w moim życiu. Ale podchodzę do tematu rozsądnie i odpowiedzialnie. Uważam, że zwierzakowi należy stworzyć odpowiednie warunki. Nie wiem, czy bym się zaangażowała w hodowlę, gdyby nie fakt, że mój mąż od dziecka marzył o koniach arabskich. Pewnego dnia uznaliśmy, że możemy spróbować zrealizować to marzenie.
B.S.: A ile koni w sumie pani posiada?
M.L.: Jeszcze miesiąc temu było ich 7, razem ze źrebakami. Teraz są 4. Trzy mają już innych właścicieli.
B.S.: Ile źrebiąt w ciągu życia może mieć klacz?
M.L.: Klacz może rodzić co roku, chyba że postanowi zrobić sobie przerwę i się nie zaźrebi. Albo hodowcy zdecydują, że należy jej się odpoczynek. Najbardziej cenne klacze w stadninach państwowych potrafiły mieć po 18, 19 źrebaków w ciągu swojego życia, jak np. słynna Bandola. A długość życia konia wynosi 25-30 lat. Teoretycznie 20-letnia klacz nie musi już rodzić. Ale są i takie, które zostają matkami nawet w tym wieku. Piętnaście źrebaków w życiu klaczy to bardzo dobry wynik.
B.S.: Czy planuje Pani przyszłość swoich koni, dobór partnera?
M.L.: Na tym właśnie polega cała frajda, że człowiek kształtuje przyszłość konia. Pięcioletniej klaczy, która jest teraz w treningu rajdowym, postanowiliśmy dać szansę na karierę sportową. Decydujemy również o tym, jakie mają być źrebaki, poprzez dobór odpowiedniego ogiera do klaczy. A to skomplikowana sprawa. Kiedy przychodzi sezon krycia, całe środowisko "arabiarzy" zadaje sobie jedno pytanie: czym kryć? Wszyscy dzwonią do siebie i przeprowadzają nieustanne konsultacje. Dopasowuje się dwie rzeczy: pierwsza to pochodzenie klaczy i ogiera, czyli ich rodowody.
Hodowcy zastanawiają się, na ile jedno może uzupełnić drugie tak, by połączenie było korzystne i żeby potomstwo było lepsze od swych rodziców. Druga rzecz to dopasowanie pod względem wyglądu. Ale tak naprawdę, to w dużym stopniu loteria. Można połączyć świetną klacz ze wspaniałym ogierem, a urodzi się bardzo słaby źrebaczek. Na ogół jednak, im lepsza klacz i lepszy ogier, tym większe szanse na obiecujące potomstwo. Z zasady wybiera się dobre ogiery - a one są bardzo drogie.
B.S.: Ile kosztuje taka usługa?
M.L.: Pokrycie młodym, dobrze rokującym ogierem, który nie jest jeszcze sprawdzony, może kosztować 1000 złotych. Ale stanówka czempionem o międzynarodowej sławie, który zdobył wszystkie możliwe tytuły i udowodnił, że swoje cechy przekazuje potomstwu, to wydatek rzędu nawet 10 tys. dolarów. "Stanówka" to porcja nasienia wystarczająca, by klacz się zaźrebiła. Jeśli się nie uda, pieniądze przepadają. Zresztą, i tak nie ma żadnej gwarancji, że urodzi się zdrowy źrebak. To jest hazard.

B.S.: Co jest sukcesem dla hodowcy?
M.L.: Oczywiście wyhodowanie czempiona! Ale sukcesem jest też wyszukanie dobrego ogiera, który jeszcze nie jest sławny, ale dobrze rokuje. Jego stanówka za 3 lata będzie 5 razy droższa niż dzisiaj. Dla hodowcy mieć źrebaki od przyszłej gwiazdy jest strzałem w dziesiątkę. Właścicielce słynnej stadniny Ses Planes z Majorki, pani Mariecie Salas, udało się zatrzymać u siebie na 2 miesiące ogiera Marwana Al Shaqab, gdy miał zaledwie 2 lata. Zwykle nie kryje się tak młodymi ogierami, ale ona zobaczyła w nim to, co później potwierdziły liczne czempionaty: niezwykły bukiet i typ arabski. Koń odjechał, by robić karierę w świecie, a ona doczekała się wspaniałych źrebaków, wartych olbrzymie pieniądze. Dziś Marwan to jedna z największych - arabskich - gwiazd. Każdy hodowca liczy na to, że będzie miał to przeczucie i szczęście... Oczywiście zazwyczaj się to nie udaje. Ten sam ogier z jedną klaczą może dać słabe źrebaki, a z inną bardzo dobre. Idealne połączenie nazywane bywa "golden cross".
B.S.: Czy lubi Pani jazdę konną, dosiada czasami swoich koni?
M.L.: Nie jeżdżę na cudzych koniach, skoro mam własne. A jeszcze nie wyhodowałam sobie konia pod wierzch. Mam źrebaki, a one są za młode. Z kolei klacz stadna albo jest źrebna, albo właśnie rodzi, albo odchowuje źrebaka. Mam też klacz, która jest w treningu rajdowym. To nie jest jednak koń do rekreacji, ale do sportu wyczynowego.
B.S.: Co sprawia Pani największą przyjemność?
M.L.: Przede wszystkim kontakt z końmi - i nie muszę wcale ich dosiadać. Wystarczy, że są, że się do nich przytulam, głaszczę je i decyduję o tym, co będą robić w przyszłości. Kibicuję im.
B.S.: Czy bywa Pani na pokazach koni, uczestniczy w imprezach z ich udziałem?
M.L.: Jak najbardziej, bardzo to przeżywam. Takim wydarzeniom towarzyszą niesamowite emocje. Niedawno mój ogierek Panicz brał udział w pokazie w Białce, gdzie prezentują się najlepsze źrebaki z całego rocznika. Wypadł bardzo dobrze. Weźmie teraz udział w Czempionacie Narodowym w Janowie. Ostatnio zaś byłam na rajdzie długodystansowym, w którym biegła moja klacz Pisarka. Byłam w ekipie serwisowej, która konia poi i chłodzi. To przyjemność, świetna zabawa, wspaniały sposób na spędzanie czasu.
B.S.: Dlaczego akurat konie rasy arabskiej z rodowodem z Janowa Podlaskiego?
M.L.: Araby to najpiękniejsza z końskich ras. Pociąga nas estetyczna strona hodowli koni. Show, na którym pokazywane są konie arabskie, jest niesamowitym widowiskiem. Gdy pokazują się międzynarodowe sławy, ludzie aż wstają z miejsc. Zapiera dech, takie są piękne! W Polsce hodowla koni arabskich powinna podlegać Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego (śmiech). Ta rasa ma długą historię i piękną tradycję w naszym kraju. Gdy postanowiliśmy zająć się hodowlą, najpierw spędzaliśmy całe godziny obłożeni książkami i pismami. To pasja, która poszerza horyzonty. W pewnym sensie i my wpisujemy się teraz w misję kulturotwórczą... Jesteśmy wraz z mężem właścicielami portalu poświęconego koniom arabskim: polskiearaby.com. To największe "arabskie" medium w Polsce! Jako portal wydaliśmy również książkę prof. Krystyny Chmiel, która zawodowo zajmuje się końmi arabskimi. Tak więc, to już coś więcej niż hobby. Połączyliśmy pasję z dziennikarstwem i działalnością wydawniczą.
B.S.: Wszystkie Pani konie mają imiona na literę p, ponieważ są potomkami Pilarki i Pentody. Skąd taka tradycja w nadawaniu imion, zawsze się ją stosuje?
M.L.: Ta tradycja pojawiła się w połowie ubiegłego wieku. Ustalono, że potomstwo nosić będzie imiona na tę samą literę, co imię matki. W tamtych czasach istniały tylko stadniny państwowe. Dopiero w latach 90. rozwinęła się prywatna hodowla. A linia "P" jest słynna na całym świecie. Wywodzi się z niej mnóstwo świetnych koni. To stwarza pewien problem... Otóż znalezienie nowego imienia na literę "p" robi się kosmicznie trudną sprawą (śmiech)! Spędziliśmy wiele czasu, wymyślając imiona dla źrebaków. W końcu nasza czteromiesięczna
klaczka nazywa się Panna Cotta, tak jak deser - kremowa śmietanka. Wymyśliłam to imię tuż przed rejestracją. Panna Cotta wydała mi się dobrą parą dla ogierka o imieniu Panicz.
B.S.: Ile czasu poświęca Pani na tę pasję?
M.L.: Każdą wolną chwilę. Sporo czasu zajmuje mi też administrowanie portalem. Teksty trzeba redagować, dobierać do nich zdjęcia, wymyślać tematy, kierować zespołem... Odkąd Pisarka trenuje do rajdów, jeździmy też na rajdy. Gdy brała udział w wyścigach, bywaliśmy na Służewcu. Im więcej dziedzin się pojawia, tym więcej czasu nam to zajmuje.

B.S.: Konie z natury są nieufne. Czy trzeba mieć jakiś specjalny rodzaj podejścia do tych zwierząt?
M.L.: Każdy koń ma inny charakter, do każdego potrzebne jest indywidualne podejście. Inaczej trzeba obchodzić się z ogierem, inaczej z klaczą. Mnie przypada ta przyjemna część, bo to nie ja je trenuję. Ja jestem tą dobrą "ciocią", która nic od konia nie wymaga, przyjeżdża z łakociami, pogłaszcze, przytuli i pochwali. Mam z nimi dobry kontakt.
B.S.: Ile kosztuje piękny polski arab? Najwyższa cena w historii? Jakie są ceny klaczy, a jakie ogierów?
M.L.: Ceny najlepszych koni wyznacza aukcja w Janowie. Raz do roku zjeżdżają się tu miłośnicy koni arabskich
z całego świata. W ostatnich latach te ceny może nie są bardzo wywindowane, w zeszłym roku najdrożej sprzedany koń - Espadero - kosztował 210 tys. euro. Najdroższym polskim koniem w historii była Penicylina, zapłacono za nią 1,5 mln dolarów na aukcji w USA w 1985 roku. Dziś już konie nie osiągają takich cen, wtedy wiązało się to z ulgami podatkowymi w Ameryce. Najdroższe są słynne ogiery, np. El Paso kosztował milion dolarów. Ale takich ogierów na świecie było i jest zaledwie kilka. Generalnie dobry ogier jest droższy, bo jest w stanie na siebie zarobić, ze sprzedaży stanówek.
B.S.: Jaki jest ideał konia arabskiego?
M.L.: Piękny i dzielny... co w praktyce jest niemal niemożliwe. Zwykle wyróżnia się albo urodą, albo dzielnością. Aby koń zdobywał tytuły czempiona, trzeba go wypromować, wozić na pokazy, reklamować. Ale najwspanialszy czempion nie będzie uchodził za wielką gwiazdę, jeśli nie da dobrego potomstwa. Natomiast, jeśli swą urodę przekazuje dalej, jego wartość rośnie. Idealny koń to taki, który ma fantastyczny bukiet arabski, czyli zespół cech charakterystycznych dla tej rasy: wklęsły profil, odpowiednio osadzoną głowę, duże oko, długą szyję, właściwe proporcje, wysoko osadzony, postawiony do góry ogon. Ważna jest prezencja: dumny krok, prosty jak deska grzbiet, kłus z tzw. "zatrzymaniem" - ma się wrażenie, że na ułamek sekundy nogi konia zastygają w powietrzu. To fantastyczny widok. Na pokazie koń oceniany jest za typ, czyli ogólne wrażenie, głowę z szyją, kłodę, nogi i ruch.
B.S.: Polskie konie cieszą się renomą w świecie, co je wyróżnia?
M.L.: W Polsce od konia wymaga się także dzielności, dlatego poddaje się je próbom na torze. Polacy szczycą się tym, że nasze araby są też zwierzętami użytkowymi, wytrzymałymi i silnymi. Panuje opinia, że w innych krajach konie arabskie są tylko piękne, jeźdźca zaś nie uniosą. W rzeczywistości jednak często mówi się o koniach "pięknych i dzielnych" z ironią. Są linie hodowane do rajdów czy do wyścigów i niestety, na ogół, nie są zbyt urodziwe. Natomiast konie piękne nie będą końmi sportowymi. Oczywiście ambicją hodowcy jest połączyć obie te cechy. W Polsce do pewnego stopnia się to udaje. Polski arab, Pure Polish, uchodzi w świecie za konia mocnego, dobrze zbudowanego i dumnego.
B.S.: Urodziwa klacz o imieniu Pilarka omal nie padła z głodu po bankructwie jej właściciela, dyktatora mody Gucciego. Czy nie obawia się Pani o losy sprzedawanych koni?
M.L.: Historia Pilarki mrozi krew w żyłach. Zasłużona dla polskiej hodowli klacz, sprzedana na aukcji w Janowie,
żegnana była na Okęciu hymnem państwowym. Po bankructwie i śmierci jej właściciela, bezcenne konie z jego stadniny omal nie padły z głodu... Tak to już jest, że sprzedaje się konia i nigdy nie wiadomo, jaki będzie jego los. Ale koń nie jest domownikiem - mimo całej miłości, jaką się go darzy, jest także towarem na sprzedaż i tak to trzeba traktować. Każdy hodowca musi dokonywać selekcji w swoim stadzie. My sprzedaliśmy konie wyścigowe, bo uznaliśmy, że bardziej interesują nas konie pokazowe. Ale ile mnie to kosztowało, to tylko ja wiem. Strasznie to przeżyłam, nie mogłam się z tym pogodzić. Ludzie mi gratulowali, a mnie ciekły łzy.
B.S.: Czy to jest droga pasja? Czy można na niej zarobić?
M.L.: To jest droga pasja. Jeśli każdemu koniowi chce się zapewnić godziwe warunki, opiekę weterynaryjną, a także karierę, czyli trening i udział w pokazach czy imprezach sportowych, to na pewno nie jest to tanie. Zarobić na tym raczej nie można, choć każdy hodowca liczy na to, że to właśnie jemu uda się wyhodować czempiona za pół miliona dolarów, który mu przyniesie satysfakcję i uznanie. Jednak marzenia kosztują... Oczywiście, można zarabiać na usługach, takich jak trening czy pensjonat. Ale będąc tylko właścicielem, należy się liczyć ze sporymi wydatkami.