Osoby, które po raz pierwszy przyjeżdżają do Kenii,
chcą odwiedzić Masai Marę, Ngorongoro i Mombasę, Masajów i
zobaczyć zwierzęta Wielkiej Piątki. To trasa o pierwszym stopniu
wtajemniczenia. Ci, którzy myślą o przejściu na drugi poziom,
wracają do Kenii, żeby zasmakować rozrywek i atmosfery miejsc,
które do dziś są symbolem jej arystokratycznego stylu i tego,
co czasy kolonialne wniosły tu najlepszego - golf w krajobrazach
safari, szklaneczka Whisky Bond 7 w cieniu drzewa Euforbia,
umiłowanie dla przyrody, naturalna elegancja i relaks w pięknych
rezydencjach europejskiej arystokracji wtopionych w niezwykłe,
afrykańskie plenery.
Kenia na północ od Nairobi to najlepszy rejon Afryki, aby
podążać romantyczną trasą. Okolice Jeziora Naivasha i Dolina
Kongoni, Rezerwat Shaba i wreszcie najbardziej odległe na
północ Jezioro Turkana i Rezerwat Samburu. Rejony, które ponad
100 lat temu odkryli dla siebie europejscy arystokraci, zakładając
plantacje kawy, kopalnie kamieni szlachetnych czy budując
kolej łączącą jezioro Wiktorii, Nairobi i Mombasę. Dziś ich
potomkowie wcale nie chcą wracać do Europy - wiedzą, że hałaśliwe
miasta i galopująca cywilizacja nie mogą równać się z harmonią,
wolnością i pięknem.
Pobudka z żyrafami u Sir Duncana
Nieznany zorganizowanym grupom turystycznym szlak śladami
romantycznych czasów kolonialnych zaczyna się już w Nairobi.
A raczej z dala od zatłoczonych i głośnych ulic stolicy, gdzie
pod osłoną gęstych żywopłotów i winorośli ukrywa się ekskluzywny
hotel Giraffe Manor. Rezydencja ta wybudowana w 1932 roku
przez Sir Davida Duncana ze szkockiej rodziny Macintosh Toffee
jest miniaturą szkockiego zamku myśliwskiego.
Goście niezwykłej budowli mają iście królewski widok z okien
- hotel otoczony jest 140 akrami dziewiczego lasu, na południu
w oddali wznosi się szczyt Kilimandżaro, a na zachód majestatyczne
Wzgórza Ngong. Piękna architektura, eleganckie wnętrza, wyborna
kuchnia i świetnie utrzymana zieleń ogrodów to nie największe
atrakcje Giraffe Manor. Prawdziwą niespodzianką są stali rezydenci
tego ekskluzywnego hotelu, czyli
stado 12 żyraf Rothschilda.
W latach 60. gatunek wyniosłych symboli Kenii stanął w obliczu
wyginięcia. W 1974 roku ówcześni właściciele rezydencji, Jock
and Betty Melville sprowadzili do posiadłości parę żyraf Rothschilda,
nosząc się z zamiarem odbudowania populacji tych zwierząt.
W tym celu powołali Afrykańską Fundację na rzecz Zagrożonych,
Dzikich Gatunków, a na terenie swojej posiadłości zorganizowali
Giraffe Centre. Małe stado żyraf żyje na terenie Giraffe Manor
po dziś dzień. Dzięki temu goście rezydencji mogą przeżyć
zapierające dech w piersi chwile, kiedy o poranku na powitanie
do ich okien w sypialni zagląda... żyrafa.
Śniadanie z widokiem u Brigettich
Z Nairobi w pół godziny awionetka zabiera nas nad Jezioro
Naivasha, położone w Wielkim Rowie Afrykańskim. Naivasha,
wraz z jeziorami Elementaita i Nakuru, jest pozostałością
wielkiego akwenu, którego wody sięgały od północy do Wąwozu
Ol Njorowa - Hells Gate. Krajobraz ukształtowała stosunkowo
niedawna działalność wulkaniczna. Okolica pełna jest gorących
źródeł i gejzerów. Góruje nad nią masyw wulkanu Mt. Longonot,
którego ostatnia erupcja miała miejsce 100 lat temu. Wiosną
jezioro Naivasha wygląda z daleka jak wielki różowy dywan.
Z bliska różowa plama zamienia się w olbrzymie stado flamingów,
które przylatują tu na żer. W wodzie rosną różowe glony, dzięki
którym ptaki mają taki niezwykły kolor. Wokół jeziora wszędzie
można dostrzec spacerujące bez ograniczeń żyrafy, hipopotamy
i antylopy - to dowód na to, że nadal cieszą się spokojem
i wolnością. Jeszcze za czasów kolonialnych wprowadzono bowiem
bardzo dobry zwyczaj nieogradzania wielkich posiadłości Europejczyków,
którzy zaczęli osiedlać się w tych okolicach w latach 20.
poprzedniego wieku. Zakładali tu swoje farmy, które przekształciły
się w wielkie prywatne rancza. Do dziś wiele rodzin mieszka
w tej pięknej okolicy, m.in. wnukowie włoskiej rodziny arystokratycznej
Brigettich. Donna i Marco Brigetti oferują gościom niepowtarzalną
atmosferę, ciszę i najwyższy standard pokojów łączących w
niezwykły sposób kolonialne meble z afrykańskimi ozdobami.
Po porannej przejażdżce konno właściciele zabierają swoich
gości na śniadanie na skarpę wzgórza, skąd rozciąga się niezapomniany
widok na całą okolicę Naivasha. Przy śniadaniu okraszonym
wieloma pięknymi anegdotami, od właścicieli można dowiedzieć
się, że w kenijskim domu Brigettich odpoczywała m.in. Paloma
Picasso oraz Angelina Jolie z ekipą filmową Tomb Raider.

Ekskluzywna oaza Elzy z afrykańskiego buszu
Z rezydencji Brigettich awionetka zabiera nas dalej na północ,
wprost do górzystego rezerwatu Shaba, który wziął swoją nazwę
od górującego nad nim wulkanu Mount Shaba. Na jego obrzeżach
przycupnęła ekskluzywna oaza stworzona przez Lady Joy Adamson,
autorkę powieści Elza z afrykańskiego buszu. Obsługa wita nas
lampką czerwonego wina i prowadzi do ośmiu luksusowych namiotów
o powierzchni 100 m2 każdy! Namioty - Somali (ręcznie robione
meble i szkło), posiadają też prywatne tarasy idealne do relaksu
i obserwacji podchodzących pod oazę zwierząt. Popołudniowe safari
stanowi znakomitą okazję do zobaczenia słoni, lwów, gepardów,
zebr Grevy's, żyraf oraz wielu rodzajów antylop, m.in. generuk,
dikdik, oryks czy gazele Granta.
Tutaj też można wypatrzeć najbardziej niezwykłe zwierzę Kenii,
czyli góralika - niby zwyczajnego gryzonia przypominającego
norkę, ale według biologów najbliższego krewnego... słonia.
Ponoć mają taką samą strukturę kości i mózgu, a ponad 30 milionów
lat temu miały rozmiary hipopotamów! W przyrodzie wszystko okazuje
się możliwe...
Masaż u Emmy z widokiem na Afrykę
Wydawałoby się, że dalej na północ Kenii nie ma już nic, prócz
półpustynnych przestrzeni, ciągnących się po horyzont pustych
gór, wyschniętych koryt rzek i trudno dostępnego Jeziora Turkana.
Tymczasem u podnóża góry Mount Nyiru - świętej góry plemienia
Samburu - ukrywa się posiadłość inna niż wszystkie. Pośród
krzewów pustynnej róży, palm i euforbii gospodyni - Emma Shen
stworzyła mały ekoraj dla zmęczonych cywilizacją. Na posiadłość
składa się zaledwie 5 domków-pokoi. Każdy z nich jest inny,
wpasowany w naturalne otoczenie, zbudowany z drewna i kamienia.
Wanny żłobione w kamieniu, drewniane umywalki - to tylko kilka
elementów z zaskakującej aranżacji tego miejsca. Domki nie
posiadają drzwi i niektórych ścian, ale w tym miejscu nie
ma się, przed czym zamykać. Dla insektów za wysoko, a dla
zwierząt za stromo. Czasem może wlecieć jakiś ptak i usiąść
na kamiennej wannie ustawionej na tarasie... Miejsce to nie
ma sobie równych w całej Kenii, również ze względu na wyjątkową
przyjaźń właścicielki z ludźmi z plemienia Samburu. Dzięki
temu goście Emmy mogą zobaczyć wioski Plemienia Motyli (Samburu
znaczy motyl), do których nie docierają inni turyści - zarówno
gospodarze, jak i odwiedzający są dla siebie nie lada atrakcją!
Dla odważnych wojownicy przygotują napój Bloody Mary ze świeżej
krwi
Kolejny dzień w ekoraju Emmy zaczyna się od kawy podanej
do łóżka i niezwykłych masaży pielęgnujących ciało i duszę,
wykonywanych w plenerze nad skarpą, z widokiem na skaliste
wzgórza Rezerwatu Samburu. Emma Shen twierdzi, że żyje w miejscu,
gdzie czas nie ma znaczenia, a przestrzeń nie ma końca.
Po powrocie z podróży po kenijskich posiadłościach, nie można
oprzeć się wrażeniu, że coś bardzo ważnego umyka nam w codziennej
gonitwie, pracy i miejskim życiu. Wspomnienia z tych miejsc
koją nieco tęsknotę, ale nie pozwalają przestać myśleć, że
trzeba tam kiedyś wrócić...
www.africaline.pl,
tel. +48 22 621 56 69, 621 56 59