W lipcu 2006 roku wystąpiła Pani na Festiwalu Gwiazd w koncercie Dzieci Solidarności. Czy ma Pani jakiś szczególny sentyment do ludzi Solidarności, czy po prostu było to kolejne wyzwanie artystyczne?
Grażyna Wolszczak: Świetnie pamiętam Solidarność i wszystko, co się z tym wiązało. Mam ogromny sentyment. Z bólem patrzę na to, co się w tej chwili dzieje; niszczenie tego etosu to zbrodnia! Nigdy nie ukrywałam, że jestem wielbicielką Lecha Wałęsy, i jako bohatera narodowego, i jako człowieka. Który polityk potrafi przyznać się do błędów, wyciągnąć rękę do politycznych przeciwników?
Beata Steć: Interesuje się Pani polityką, tym, co się wokół nas dzieje? W jakim kierunku zmierzamy?
Grażyna Wolszczak: To, co się dzieje, jest raczej przerażające. Dziś na przykład dowiedziałam się, że w tym całym zamieszaniu wokół listy lektur, gdzie Gombrowicz został zastąpiony Dobraczyńskim, nikt nie zauważył, że z tejże listy zniknęły wszystkie pozycje dotykające holokaustu, czyli nie ma Szmaglewskiej i Borowskiego. Marzę żeby to była plotka. Naprawić te wszystkie szkody nie będzie tak łatwo. Moja strategia jest strategią przetrwania, byleby do następnych wyborów.
B.S.: Zagrała Pani z powodzeniem rolę Judyty w bestsellerze Katarzyny Grocholi Ja wam pokażę. Czy początkowo nie obawiała się Pani reakcji widzów przyzwyczajonych już do Danuty Stenki, która wystąpiła w pierwszej części tego filmu?
G.W.: Gdybym się obawiała, to nie przyjęłabym tej roli. Postanowiłam się w ogóle tym nie zajmować kto grał przede mną i co widzowie sobie pomyślą. Po prostu zagrałam swoją rolę najlepiej jak umiałam. A Danka odmówiła, więc moja sytuacja była czysta.
B.S.: Rola, która przyniosła Pani największą satysfakcję, to...?
G.W.: Na pewno Gry uliczne Krauzego. To ciągle jest najlepszy film, w którym zagrałam. Kiedy powstaje nowy film, zawsze ma się nadzieję, że coś z tego wyniknie, najlepiej spójne dzieło o walorach artystycznych. Natomiast rzeczywistość przynosi różne, raz większe, raz mniejsze, rozczarowania. Jakoś już się do tego przyzwyczaiłam, ale nie sposób o satysfakcję, jeśli efekt końcowy jest mizerny.
B.S.: Zaśpiewała Pani w duecie ze Zbigniewem Wodeckim utwór Baw mnie na walentynkowej płycie "Ona i on". Czy chętnie podejmuje Pani wyzwania wokalne?
G.W.: Potraktowałam to jako przygodę. Nigdy nie ukrywałam, bo i ukryć się nie da, że nie mam za grosz słuchu. Jestem ostatnią osobą, która powinna śpiewać, więc kiedy dostałam tę propozycję, odmówiłam. Ale ostatecznie przeważył argument, że to Wodecki chce ze mną zaśpiewać. No i było to śpiewanie z playbacku na imprezie Viva Najpiękniejsi. Obiecano mi, że nikt nie będzie kazał mi śpiewać na żywo i że zostaniemy w studio dotąd, dopóki nie będzie dobrze. Nie ukrywam, że trwało to ładnych parę godzin.
B.S.: Jakie są cudowne strony zawodu aktora?
G.W.: Cudowne jest to, że człowiek w ramach uprawianego zawodu robi coś, czego by się nie spodziewał, że może zrobić rzeczy, które istnieją tylko w sferze marzeń. I nagle te marzenia się spełniają, np. latanie balonem. W tej chwili namówiono mnie do napisania książki. Podjęłam to wyzwanie, choć co z tego wyniknie i jak się skończy nie wiadomo. Traktuję to jako kolejną przygodę.
B.S.: Niespodziewana sytuacja, związana z uprawianym zawodem, w jakiej się Pani znalazła?
G.W.: Śpiewanie jest tego najlepszym przykładem. Gdyby ktoś mi powiedział miesiąc przed tym wydarzeniem, że będę podpisywać płyty, to wyśmiałabym go.
B.S.: A negatywne strony tego zawodu?
G.W.: Tu jest tak jak z miłością, nigdy nie wiadomo jak się skończy. Czy będzie obustronna, czy zawód będzie tę miłość odwzajemniał. Trudno jest odkryć jakieś zasady, prawidłowości, myślę, że ich zwyczajnie nie ma. I to jest okropne, że wszystko w tej branży jest tak niewymierne, zależne od ocen, gustów, obiegowych opinii. I nigdy nie wiadomo, czy telefon jeszcze zadzwoni.
B.S.: Kiedy dostaje Pani propozycję zagrania roli, to sama decyduje czy ją przyjąć, czy radzi się innych?
G.W.: Raz w życiu byłam w takiej sytuacji, kiedy dostałam okropny scenariusz, ale ponieważ nie miałam żadnych innych propozycji, długo się wahałam. Mój agent podjął ostateczną decyzję: przeczytał i absolutnie nie pozwolił mi w tym grać.
B.S.: Jaki gatunek filmowy Pani preferuje?
G.W.: Tak się złożyło, że przez wiele lat nie istniałam jako aktorka komediowa i dlatego wiele zawdzięczam Barbarze Borys-Damięckiej, pani dyrektor z Teatru Syrena, bo to ona pierwsza zaproponowała mi rolę kompletnej kretynki w farsie. Uwielbiam grać komediowe role, sama się przy tym świetnie bawię. Natomiast nie znaczy to, że to jedyny gatunek, który w graniu sprawia mi przyjemność.
B.S.: Czym dla Pani jest dobre kino? Czy powinno być ambitne, nieść przesłanie, czy może powinna to być masowa rozrywka dająca ludziom relaks? A może coś pośrodku?
G.W.: Człowiek siada w fotelu kinowym i zanurza się w tę rzeczywistość, która jest na ekranie, wierzy w nią, wzrusza się bądź śmieje. Dobre kino zawsze powinno wywoływać emocje. A jeśli w dodatku udaje się przemycić jakieś przesłanie, tym lepiej.
B.S.: Ostatnio powstał pomysł, aby w Nowym Mieście nad Pilicą stworzyć polskie Hollywood. Jak Pani odnosi się do przedsięwzięcia Pollywood nad Pilicą?
G.W.: Fantastyczny pomysł! Przyjaciele wrócili właśnie z Rumunii, z ogromnego 50-hektarowego miasta filmowego, w którym jest nawet studio do zdjęć podwodnych. Skoro już symboliczna w naszym rozumieniu Rumunia ma taką infrastrukturę i takie zaplecze filmowe, to najwyższy czas aby i u nas coś takiego powstało. To są rzeczy, nad którymi nie trzeba się zastanawiać, tylko je po prostu robić.
B.S.: Podobno fakt, że nie dostała się Pani na psychologię, zaważył na tym, że wybrała aktorstwo? Czy jako młoda dziewczyna nie marzyła Pani nigdy o tym zawodzie?
G.W.: Nie marzyłam. Uważałam, że nie jest to w zasięgu moich możliwości. To, że zostałam aktorką, było splotem różnych zbiegów okoliczności. Widocznie tak się musiało potoczyć moje życie.
B.S.: Czy przeznaczeniu trzeba pomóc, czy raczej przyjmować to, co przynosi los?
G.W.: Jeden człowiek ma większą odporność i wolę walki, drugi mniejszą. Ja nauczyłam się przyjmować rzeczy takimi, jakimi są. Raczej staram się znaleźć w różnych okolicznościach, a nie walić głową w ścianę. Zwłaszcza jak nie widzę szansy jej przebicia.
B.S.: Czy trudno było Pani zbudować życie na nowo po śmierci męża?
G.W.: Okazało się, że mam dosyć silny charakter. Potrafiłam sobie poradzić także z tą okolicznością. Choć nie było łatwo, potrafiłam zbudować sobie i dziecku całe życie na nowo.
B.S.: Czy twardo stąpa Pani po ziemi? Czy jest Pani marzycielką, czy realistką?
G.W.: Twardo. Ale bez marzeń, cóż to byłoby za życie? Jednak staram się, by moje marzenia były możliwe do spełnienia.
B.S.: Zwierzyła się Pani w jednym z wywiadów na temat obecnego partnera, Cezarego Harasimowicza: "Właściwie od pierwszej chwili wiedziałam, że to jest coś, czego nie mogę przegapić". Skąd ta intuicja?
G.W.: Znaliśmy się wcześniej, więc skoro zaistniała taka okoliczność, że on był wolny i ja byłam wolna, to wiedziałam, z kim mam do czynienia, nie musiałam tego badać czy się dowiadywać. Od razu wiedziałam, że nie mogę przejść obok szansy zbudowania czegoś razem.
B.S.: Czym Panią zauroczył Cezary Harasimowicz?
G.W.: Jest to ten gatunek mężczyzny, którego już zwyczajnie nie ma na świecie albo błąka się jeszcze paru niedobitków. Mężczyzna odpowiedzialny, a z drugiej strony z seksapilem i męskim wdziękiem.
B.S.: Czym jest miłość?
G.W.: Najważniejszym motorem życia. Bez niej życie nie miałoby sensu. Nie chodzi tylko o miłość męsko-damską, ale różne relacje międzyludzkie. A siebie też trzeba kochać, może nawet najpierw siebie, potem najbliższych i resztę ludzkości.
B.S.: Recepta na szczęśliwy związek?
G.W.: Tak jak w polityce: kompromisy, wsłuchiwanie się, co druga osoba ma do powiedzenia. Umiejętność rozmowy jest podstawą, a okazuje się, że to strasznie trudne. Należy brać pod uwagę potrzeby drugiego człowieka, ale nie rezygnować ze swoich.

B.S.: Ma Pani pełnoletniego syna Filipa. Jakie relacje Wam towarzyszą? Partnerskie czy bardziej konserwatywne?
G.W.: Różnie. Ja jestem w ogóle za środkiem we wszystkich dziedzinach życia. Zawsze centrum. Wszelkie skrajności są niezdrowe. Więc to partnerski związek. Co nie znaczy, że prosty. Przed spotkaniem z panią miałam dyskusję z synem, czy w ostatnim tygodniu przed wakacjami powinien chodzić do szkoły. Nie muszę mówić, jakie było jego zdanie. Dyskusja trwała chyba z godzinę. I na co zdały się moje argumenty, skoro i tak nie poszedł? (śmiech) Ale chociaż próbowałam. Nie są to jednak dramatyczne rozmowy.
B.S.: Najtrudniejszy moment w życiu?
G.W.: Na pewno moment, kiedy zostałam sama z dzieckiem. Na to nie byłam przygotowana. Także moment, który zadecydował o moim dalszym życiu, kiedy Henryk Tomaszewski wyrzucił mnie z pantomimy we Wrocławiu i nie wiedziałam, co ze sobą dalej zrobić. W tamtym momencie fascynacja sztuką, pantomimą była tak ogromna, że to był cios w samo serce. Po latach mogę powiedzieć, że mistrz miał 100% racji i wyświadczył mi wielką przysługę. Bo wtedy podjęłam decyzję, że będę zdawać do szkoły teatralnej. Okazuje się, że czasami coś, co wydaje się nam końcem świata, może być jego początkiem.
B.S.: Kocha Pani taniec. Czy myślała Pani, aby wystąpić w Tańcu z gwiazdami?
G.W.: Myślałam, tym bardziej, że dostawałam takie propozycje. Za pierwszym razem, kiedy mi zaproponowano udział w programie, sprawa była prosta: nie mogłam podjąć tego wyzwania, bo wyjeżdżałam z teatrem za granicę. Ale potem też się nie zdecydowałam, pomimo frajdy, jaką sprawiają mi nowe wyzwania, pomimo że chciałabym nauczyć się tańczyć...
B.S.: Jest Pani podziwiana jako aktorka, ale i jako piękna kobieta. Czy czuje się Pani sexy? Zawsze tak było?
G.W.: Już teraz się czuję. Każda kobieta ma mnóstwo kompleksów i zawsze znajdzie w sobie coś beznadziejnego. Paradoksem jest, że dopiero po latach wiele kobiet, jak ja, zaczyna widzieć, jak bez sensu były te kompleksy w młodości.
B.S.: Jak Pani reaguje na krytykę?
G.W.: Na fora internetowe nie zaglądam. Nie widzę powodu, aby się narażać na czytanie opinii różnych frustratów, wylewających pomyje na każdego. Po filmie Ja wam pokażę nie trudno było zgadnąć, że krytyka przejedzie się po nim równo. Dlatego nie zajrzałam do żadnej recenzji, może by mnie coś zabolało, a po co ma boleć, kiedy nie musi. Staram się nie zajmować rzeczami, na które nie mam wpływu.
B.S.: Chodzi Pani na siłownię, uprawia jogę, jeździ na nartach, gra w golfa. Czy zawsze prowadziła Pani taki sportowy tryb życia?
G.W.: Sport jest warunkiem zdrowia, a pochodną zdrowia jest uroda. Ale nie zawsze udaje mi się prowadzić sportowy tryb życia. Jak każdy, mam w sobie lenia. I ten leń często zwycięża.
B.S.: Najbliższe plany?
G.W.: Jedziemy w lipcu na narty na lodowiec w ramach Polskich Dni w Kaprunie. Jeśli chodzi o plany zawodowe, przygotowujemy się do filmu, ale o szczegółach opowiem, kiedy wszystkie umowy będą podpisane, żeby nie zapeszyć...