Zanim znalazła się Pani w gabinecie
Harlequina...
Nina Kowalewska-Motlik: ...przycięłam wykładzinę
w romantycznej, różowej willi. Miałam
zatrudniać pracowników, a nigdy dotąd
tego nie robiłam. Zadzwoniłam do szefa
i spytałam: słuchaj, jak się zatrudnia człowieka?
Miałam wtedy 30 lat. Przysłał mi
cieniutką książkę "The one minute manager"
Kennetha Blancharda. Dekalog
każdego szefa. Lekturę przeczytałam
z wypiekami na twarzy i do dziś dokładnie
pamiętam zasady.
Anja Laszuk: Wykreowała Pani w Polsce
modę na Harlequiny: 500 tytułów
sprzedanych w nakładzie 50 milionów,
po Coca-Coli drugi reklamodawca w telewizji
publicznej. Co Pani w tamtym
czasie wiedziała o literaturze romansowej?
Nina Kowalewska-Motlik: Nic mi nie
mówiła ani nazwa, ani tematyka, bo
w życiu nie przeczytałam ani jednego romansu.
A.L.: Do dzisiaj?
N.K.-M.: Niemalże. Czytałam na wyrywki,
ponieważ dużą wagę przykładałam
do poprawności języka. W sumie
przeczytałam ze dwa.
A.L.: Jak szefowie koncernu Panią znaleźli?
N.K.-M.: Moja przyjaciółka współpracowała
z różnymi wydawnictwami i zaprosiła
mnie na spotkanie z kolegą z kanadyjskiego
Harlequina. Po kilku miesiącach
zostałam zaskoczona propozycją
założenia i prowadzenia polskiego oddziału.
Nawet zapytałam szefów, czy jestem
optymalnym kandydatem. Powiedzieli,
że mnie wszystkiego nauczą, bo
łatwiej nauczyć od podstaw, niż oduczyć
złych nawyków.
Nazywam to "metodą na hotel Marriott".
Hotel Marriott, kiedy otwierał
swoje podwoje w 89 roku, kompletował
cały personel. Postawiono jeden warunek:
zero doświadczenia w hotelach orbisowskich.
To były lata, kiedy kelner proponował
klientowi wymianę walut albo
lepszy kawior spoza karty. Nie wspominając
już o prokuratorskim spojrzeniu
recepcjonistki... Na Boga, to były takie
czasy.
A.L.: W myśl powiedzenia ,,cegły
u nas nie kupisz, ale człowieka...". Pobyt
w Ameryce pomógł Pani w odnalezieniu
się w rzeczywistości po 89 roku?
N.K.-M.: Najbardziej kształtujące lata
życia, od 10. do 16. roku, spędziłam
w Nowym Jorku. Amerykanie są fanatykami
pozytywnego myślenia, nie musiałam
więc wyzbywać się złych nawyków.
Miałam to, do czego teraz namawiają
marketerzy, out-of-the-box thinking
(spojrzenie z zewnątrz). Ale w tamtych
czasach, pionierskich, jeśli ktoś miał w
sobie to ,,coś", znał język i miał chemię z
szefami, mógł zrobić wszystko. Dziś jest
trudniej, ze względu na olbrzymią konkurencję,
wyścig szczurów. Osoby, które
wylądowały w New Communications
mówią, że to wczasy pod gruszą w porównaniu
z agencjami, w których człowiek
się szybko wypala, nie tyle z nadmiaru
pracy, ile od wzajemnych ,,uprzejmości".
Świat bardzo nabrał tempa.
A.L.: I Pani kariera również. Jak doszło
do tego, że po pracy w Polskim Radiu
została Pani sekretarką?
N.K.-M.: Najpierw byłam dziennikarką,
potem urodziłam dziecko. Na wakacjach
poznałam kolegę, który powiedział, że
jakaś amerykańska firma szuka sekretarki
i poszłam tam, z dyplomem japonistyki.
Jako żona młodego, zdolnego artysty-
malarza musiałam wyżywić nasze
dziecko. Stwierdziłam, że albo idę do tej
pracy i daję z siebie wszystko, albo tego
nie robię. Nie ma dla mnie drogi pośredniej.
A.L.: To było frustrujące doświadczenie?
N.K.-M.: Absolutnie nie. Podobnie jak
fakt, że po rozwodzie wyprowadziłam
się z ogromnego domu do wynajętej kawalerki.
Życie polega na tym, żeby człowiekowi
było dobrze w świecie i ze sobą.
Dziś mogłabym być prezesem dowolnej
korporacji w Warszawie, ale jestem przeszczęśliwa,
że mam małą firmę i prestiżowe
projekty. Robię wyłącznie to, co
mnie interesuje i uważam za sensowne,
chociaż 20 czy 25 lat temu robiłam to, co
było do zrobienia.
A.L.: Jak zaczęła sie Pani przygoda z "Financial
Times"?
N.K.-M.: To był kolejny przypadek. Po
pracy sekretarskiej trafiłam do działu traidingu.
To był taki twór w czasach socjalizmu,
kiedy brakowało waluty. Opierał
się na handlu wymiennym: wy nam węgiel,
my wam banana. Przyszły wybory
i postanowiłam odejść. Nie chciałam już
dłużej sprzedawać rozcieńczalników.
A.L.: Postanowiła Pani wrócić do dziennikarstwa.
N.K.-M.: Chciałam pracować w zagranicznej
redakcji. Zaczęłam dzwonić
z książki telefonicznej po kolei: ABC,
BBC... Do literki ,,F" wszyscy mi dziękowali.
W końcu odebrał telefon redaktor
Krzysztof Bobiński i spytał: ,,a kto
pani powiedział, że kogoś szukam?".
W ten sposób znów zostałam asystentką,
tym razem korespondenta "Financial Times".
1 sierpnia 1989 premier Rakowski,
który kompletował rząd, ogłosił
urynkowienie gospodarki. Na kilka dni
przyjechał szef redakcji FT, John Lloyd,
żeby napisać artykuł o tym, jak wygląda
w Polsce gospodarka wolnorynkowa. Po
dwóch dniach premier Rakowski złożył misję powołania rządu i Tadeusz Mazowiecki
został ogłoszony pierwszym premierem
solidarnościowym. W związku
z tym John Lloyd został na cały miesiąc.
Cały sierpień to była wspaniała przygoda.
Byłam tłumaczką, opiekunką i kierowcą.
Oprócz tego w środku nocy z recepcji
hotelu Holiday Inn nadawałam faksy,
które nie chciały przejść godzinami, bo
takie były łącza telefoniczne.
A.L.: Jak udało się Pani załatwić pierwszy
wywiad dla prasy zagranicznej z premierem
Mazowieckim?
N.K.-M.: Też zupełnym przypadkiem.
Byliśmy na siedemdziesiątym którymś
miejscu wśród oczekujących. Szefowa
kancelarii musiała się dostać do Sejmu
i wybiegła z krzykiem: ,,kto ma samochód?!".
Akurat byłam tylko ja. Zawiozłam
ją szybko i w ramach podziękowania
powiedziała, że premier właśnie
wraca i nie ma żadnych spotkań, więc
może udzielić wywiadu.
Ten tekst był kamieniem milowym w karierze
Johna Lloyda. Za publikację na
pół pierwszej strony "Financial Times"
w nakładzie światowym - w dniu słynnego
zaprzysiężenia, kiedy premier zasłabł
- John wyjechał na wymarzone
pięć lat jako korespondent do Moskwy,
a mnie zaproszono do Londynu. Zaproponowano
założenie biura FT i bycie ich
przedstawicielem. Słyszeli, że dokonałam
kilku "spektakularnych" rzeczy.
A.L.: Pani biografia składa się wyłącznie
z przypadków?
N.K.-M.: Myślę, że losowi trzeba pomagać,
nie oszczędzać się i nadmiernie nie
szanować w sensie negatywnym. Nigdy
nie umiałam rozmawiać o finansach i nadal
nie umiem. Zawsze pracowałam za
,,co łaska" i nigdy na tym nie straciłam.
W przypadku Harlequina powiedziałam:
,,Panowie, ja nie mam pojęcia, czego wy
ode mnie oczekujecie, nie mam pojęcia,
ile jest warta moja praca i nie wiem, czy
za miesiąc nie wywalicie mnie z hukiem.
To jest eksperyment dla obu stron i jeżeli
się uda, wierzę, że uczciwie wynagrodzicie
moją pracę". Podobnie było z Lloydem.
A.L.: Dlaczego zrezygnowała Pani
z Harlequina?
N.K.-M.: Nie chciałam być już kojarzona
z literaturą romansową. Doszło do
tego, że dziennikarze nie pytali mnie o
sukces marketingowy opisany przez Harvard
jako case study, tylko o to, czy wolę
perły czy brylanty. Po rozwodzie nagłówek
w brukowcu grzmiał: ,,zgniłe jabłko
w ogrodach miłości". Znalazłam się
w agencji Young & Rubicam.
Przez pięć lat pracowałam dla największych
firm i największych marek na polskim
rynku. Urodziłam drugie dziecko.
Tak mi było dobrze na urlopie macierzyńskim,
że nie mogłam wrócić do
rytmu tych "nastu" godzin i wielkich
strategii dla majonezu. Przestało mnie
to interesować, zaczęło męczyć i nudzić.
Uznałam, że kompletną bzdurą jest, iż
wychodzę rano, kiedy moje dziecko jeszcze
śpi, i wracam wieczorem, kiedy moje
dziecko już śpi, cały dzień robiąc Bóg wie
co i Bóg wie po co.
A.L.: I postanowiła Pani wrócić do swojej
firmy.
N.K.-M.: Po Youngu wróciłam do New
Communications, firmy założonej w 89
roku jako przedstawicielstwo FT. Zaczęłam
ją rozbudowywać o kolejne projekty.
Zanim rozejrzałam się na dobre, zadzwonił
telefon z propozycją Superbrands,
a że jestem obsesyjnie przywiązana do
jakości, powstał doskonały album określany
mianem ,,biblii brandingu".
A.L.: Właściwie dzięki przypadkowi FT,
który okazał się strzałem w dziesiątkę,
pozostałe media same się zgłosiły.
N.K.-M.: Tak było z CNN. Podczas rządów
PIS-u powstał problem z wizerunkiem
Polski ze względu na niepopularność
braci Kaczyńskich. MSZ zwróciło
się do FT. Zaproponowaliśmy kolejny
raport o Polsce i powstał pomysł, żeby
zamieścić w CNN reklamę, co też załatwiłam.
W efekcie zadzwoniła do mnie
jedna z moich rozmówczyń i spytała, kim
jestem, bo szukają przedstawiciela CNN
w Polsce. Po raz kolejny ktoś mnie znalazł
po tym, jak zabukowałam komuś
grzecznościowo kampanię. Następny telefon
był z "The Economist" w listopadzie
ubiegłego roku.
A.L.: Świat międzynarodowych mediów
jest bardzo mały.
N.K.-M.: Szczególnie dziś, w dobie internetu.
Dokładnie w ten sam sposób
otrzymałam telefon z Gruner Jahr, największego
wydawcy w Europie. Robimy
konsekwentnie to, co trzeba, nie pytając
nigdy o pieniądze. Najpierw trzeba pokazać,
kim się jest. Sharon Stone też nikt
nie proponował milionów dolarów za
rolę, kiedy była jeszcze nieznana.
A.L.: W międzyczasie założyła Pani fundację
wspierania komunikacji marketingowej
Ad Rem.
N.K.-M.: Chciałam pójść w stronę formuły
emeryckiej, być autorytetem i wykonywać
projekty marketingu narodowego.
Słabością Polski jest to, że nie jest
kojarzona z żadnym produktem. Wódka
jest rosyjska, kiełbasa niemiecka, salami
węgierskie, a pierogi to tak naprawdę ravioli, czyli włoskie. Turyści nie przyjadą
tu po słońce, jesteśmy więc wyłącznie
kojarzeni z Papieżem i Solidarnością.
Ale jakie to ma dla nas znaczenie praktyczne:
,,przyjedź do kraju związków zawodowych,
które obaliły komunizm?".
Nie ma to żadnego znaczenia marketingowego
dla nikogo poza wąską grupą fanatyków
historii. A przecież Polska ma
i góry, i morze, i jeziora. Trzeba pokazać
światu, co w Polsce jest atrakcyjnego.
A.L.: Stąd projekt wizerunkowy ,,Polska
- kraj wspaniałych jabłek"?
N.K.-M.: Przeczytałam gdzieś, że Polska
jest drugim po Chinach producentem
koncentratu jabłkowego. Jabłko ma walory
zdrowotne, wizerunkowo jest ładne,
to symbol Nowego Jorku. Amerykanie
mówią: an apple a day keeps the doctor
away. Klimat w Polsce - niskie temperatury
zimą, wysokie latem - powoduje, że
nasze jabłka mają znacznie wyższą kwasowość
niż jakiekolwiek inne na świecie.
Mimo że zachwyciłam tym projektem
trzech premierów, czterech ministrów
rolnictwa i dwóch prezydentów, nie został
on wdrożony. Beneficjenci nie mogli
się zorganizować i w efekcie nic z tego nie
wyszło. Ten projekt nadal leży na bardzo
honorowym miejscu w mojej szufladzie.
A.L.: Stoi Pani również za sukcesem Koziołka
Matołka.
N.K.-M.: O projekcie jabłka opowiedziałam
między innymi ówczesnemu
ministrowi kultury Waldemarowi Dąbrowskiemu,
który zlecił mi realizację
festiwalu kultury dziecięcej "Urodziny
Koziołka Matołka". I tak zamieniłam
Pacanów w Europejską Stolicę Bajki.
W szczerym polu, w gminie liczącej 830
mieszkańców, z 80% bezrobociem, zrobiliśmy
trzy lata z rzędu imprezę na 40
tysięcy osób. Całkowicie ku chwale ojczyzny.
Na moich oczach rodziła się
przedsiębiorczość lokalna. W tej chwili
to miasteczko wygląda przepięknie. Ktoś
mądry powiedział, że człowiek w życiu
realizuje 10% założonych celów. Trzeba
zatem mieć mnóstwo planów, żeby ta
część stanowiła istotną wartość.
Nina Kowalewska-Motlik: prezes i założyciel spółki New Communications. Przedstawiciel
na Polskę najbardziej wpływowych mediów światowych: "Financial Times", CN , "The
Economist", Gruner Jahr .W latach 1995-2000 dyrektor generalny i prezes Young &
Rubicam Poland Warszawa, zarządzała firmą reklamową, której obroty wzrosły z 20 do
75 milionów dolarów.
W latach 1991-1995 dyrektor generalny i prezes wydawnictwa Harlequin Book. Założyła
wydawnictwo, które stało się drugim co do wielkości w Polsce. Sukces marketingowy
Harlequina odnotowany został przez Harvard School of Business Administration w postaci
case study - jedynego takiego opracowania nt. firmy działającej w Polsce.