ESSENCE
Magazyn ludzi sukcesu esencja
dobrego
smaku

Przypadek z jabłkiem w tle

"Ktoś mądry powiedział, że człowiek w życiu realizuje 10% założonych celów. Trzeba zatem mieć mnóstwo planów, żeby ta część stanowiła istotną wartość" rozmowa z Niną Kowalewską-Motlik, jedną z najbardziej wpływowych kobiet w Polsce

Rozmawiała Anja Laszuk

rozmowa z Niną Kowalewską-Motlik

Zanim znalazła się Pani w gabinecie Harlequina...

Nina Kowalewska-Motlik: ...przycięłam wykładzinę w romantycznej, różowej willi. Miałam zatrudniać pracowników, a nigdy dotąd tego nie robiłam. Zadzwoniłam do szefa i spytałam: słuchaj, jak się zatrudnia człowieka? Miałam wtedy 30 lat. Przysłał mi cieniutką książkę "The one minute manager" Kennetha Blancharda. Dekalog każdego szefa. Lekturę przeczytałam z wypiekami na twarzy i do dziś dokładnie pamiętam zasady.

Anja Laszuk: Wykreowała Pani w Polsce modę na Harlequiny: 500 tytułów sprzedanych w nakładzie 50 milionów, po Coca-Coli drugi reklamodawca w telewizji publicznej. Co Pani w tamtym czasie wiedziała o literaturze romansowej?

Nina Kowalewska-Motlik: Nic mi nie mówiła ani nazwa, ani tematyka, bo w życiu nie przeczytałam ani jednego romansu.

A.L.: Do dzisiaj?

N.K.-M.: Niemalże. Czytałam na wyrywki, ponieważ dużą wagę przykładałam do poprawności języka. W sumie przeczytałam ze dwa.

A.L.: Jak szefowie koncernu Panią znaleźli?

N.K.-M.: Moja przyjaciółka współpracowała z różnymi wydawnictwami i zaprosiła mnie na spotkanie z kolegą z kanadyjskiego Harlequina. Po kilku miesiącach zostałam zaskoczona propozycją założenia i prowadzenia polskiego oddziału. Nawet zapytałam szefów, czy jestem optymalnym kandydatem. Powiedzieli, że mnie wszystkiego nauczą, bo łatwiej nauczyć od podstaw, niż oduczyć złych nawyków. Nazywam to "metodą na hotel Marriott". Hotel Marriott, kiedy otwierał swoje podwoje w 89 roku, kompletował cały personel. Postawiono jeden warunek: zero doświadczenia w hotelach orbisowskich. To były lata, kiedy kelner proponował klientowi wymianę walut albo lepszy kawior spoza karty. Nie wspominając już o prokuratorskim spojrzeniu recepcjonistki... Na Boga, to były takie czasy.

A.L.: W myśl powiedzenia ,,cegły u nas nie kupisz, ale człowieka...". Pobyt w Ameryce pomógł Pani w odnalezieniu się w rzeczywistości po 89 roku?

N.K.-M.: Najbardziej kształtujące lata życia, od 10. do 16. roku, spędziłam w Nowym Jorku. Amerykanie są fanatykami pozytywnego myślenia, nie musiałam więc wyzbywać się złych nawyków. Miałam to, do czego teraz namawiają marketerzy, out-of-the-box thinking (spojrzenie z zewnątrz). Ale w tamtych czasach, pionierskich, jeśli ktoś miał w sobie to ,,coś", znał język i miał chemię z szefami, mógł zrobić wszystko. Dziś jest trudniej, ze względu na olbrzymią konkurencję, wyścig szczurów. Osoby, które wylądowały w New Communications mówią, że to wczasy pod gruszą w porównaniu z agencjami, w których człowiek się szybko wypala, nie tyle z nadmiaru pracy, ile od wzajemnych ,,uprzejmości". Świat bardzo nabrał tempa.

A.L.: I Pani kariera również. Jak doszło do tego, że po pracy w Polskim Radiu została Pani sekretarką?

N.K.-M.: Najpierw byłam dziennikarką, potem urodziłam dziecko. Na wakacjach poznałam kolegę, który powiedział, że jakaś amerykańska firma szuka sekretarki i poszłam tam, z dyplomem japonistyki. Jako żona młodego, zdolnego artysty- malarza musiałam wyżywić nasze dziecko. Stwierdziłam, że albo idę do tej pracy i daję z siebie wszystko, albo tego nie robię. Nie ma dla mnie drogi pośredniej.

A.L.: To było frustrujące doświadczenie?

N.K.-M.: Absolutnie nie. Podobnie jak fakt, że po rozwodzie wyprowadziłam się z ogromnego domu do wynajętej kawalerki. Życie polega na tym, żeby człowiekowi było dobrze w świecie i ze sobą. Dziś mogłabym być prezesem dowolnej korporacji w Warszawie, ale jestem przeszczęśliwa, że mam małą firmę i prestiżowe projekty. Robię wyłącznie to, co mnie interesuje i uważam za sensowne, chociaż 20 czy 25 lat temu robiłam to, co było do zrobienia.

A.L.: Jak zaczęła sie Pani przygoda z "Financial Times"?

N.K.-M.: To był kolejny przypadek. Po pracy sekretarskiej trafiłam do działu traidingu. To był taki twór w czasach socjalizmu, kiedy brakowało waluty. Opierał się na handlu wymiennym: wy nam węgiel, my wam banana. Przyszły wybory i postanowiłam odejść. Nie chciałam już dłużej sprzedawać rozcieńczalników.

A.L.: Postanowiła Pani wrócić do dziennikarstwa.

N.K.-M.: Chciałam pracować w zagranicznej redakcji. Zaczęłam dzwonić z książki telefonicznej po kolei: ABC, BBC... Do literki ,,F" wszyscy mi dziękowali. W końcu odebrał telefon redaktor Krzysztof Bobiński i spytał: ,,a kto pani powiedział, że kogoś szukam?". W ten sposób znów zostałam asystentką, tym razem korespondenta "Financial Times". 1 sierpnia 1989 premier Rakowski, który kompletował rząd, ogłosił urynkowienie gospodarki. Na kilka dni przyjechał szef redakcji FT, John Lloyd, żeby napisać artykuł o tym, jak wygląda w Polsce gospodarka wolnorynkowa. Po dwóch dniach premier Rakowski złożył misję powołania rządu i Tadeusz Mazowiecki został ogłoszony pierwszym premierem solidarnościowym. W związku z tym John Lloyd został na cały miesiąc. Cały sierpień to była wspaniała przygoda. Byłam tłumaczką, opiekunką i kierowcą. Oprócz tego w środku nocy z recepcji hotelu Holiday Inn nadawałam faksy, które nie chciały przejść godzinami, bo takie były łącza telefoniczne.

A.L.: Jak udało się Pani załatwić pierwszy wywiad dla prasy zagranicznej z premierem Mazowieckim?

N.K.-M.: Też zupełnym przypadkiem. Byliśmy na siedemdziesiątym którymś miejscu wśród oczekujących. Szefowa kancelarii musiała się dostać do Sejmu i wybiegła z krzykiem: ,,kto ma samochód?!". Akurat byłam tylko ja. Zawiozłam ją szybko i w ramach podziękowania powiedziała, że premier właśnie wraca i nie ma żadnych spotkań, więc może udzielić wywiadu. Ten tekst był kamieniem milowym w karierze Johna Lloyda. Za publikację na pół pierwszej strony "Financial Times" w nakładzie światowym - w dniu słynnego zaprzysiężenia, kiedy premier zasłabł - John wyjechał na wymarzone pięć lat jako korespondent do Moskwy, a mnie zaproszono do Londynu. Zaproponowano założenie biura FT i bycie ich przedstawicielem. Słyszeli, że dokonałam kilku "spektakularnych" rzeczy.

A.L.: Pani biografia składa się wyłącznie z przypadków?

N.K.-M.: Myślę, że losowi trzeba pomagać, nie oszczędzać się i nadmiernie nie szanować w sensie negatywnym. Nigdy nie umiałam rozmawiać o finansach i nadal nie umiem. Zawsze pracowałam za ,,co łaska" i nigdy na tym nie straciłam. W przypadku Harlequina powiedziałam: ,,Panowie, ja nie mam pojęcia, czego wy ode mnie oczekujecie, nie mam pojęcia, ile jest warta moja praca i nie wiem, czy za miesiąc nie wywalicie mnie z hukiem. To jest eksperyment dla obu stron i jeżeli się uda, wierzę, że uczciwie wynagrodzicie moją pracę". Podobnie było z Lloydem.

A.L.: Dlaczego zrezygnowała Pani z Harlequina?

N.K.-M.: Nie chciałam być już kojarzona z literaturą romansową. Doszło do tego, że dziennikarze nie pytali mnie o sukces marketingowy opisany przez Harvard jako case study, tylko o to, czy wolę perły czy brylanty. Po rozwodzie nagłówek w brukowcu grzmiał: ,,zgniłe jabłko w ogrodach miłości". Znalazłam się w agencji Young & Rubicam. Przez pięć lat pracowałam dla największych firm i największych marek na polskim rynku. Urodziłam drugie dziecko. Tak mi było dobrze na urlopie macierzyńskim, że nie mogłam wrócić do rytmu tych "nastu" godzin i wielkich strategii dla majonezu. Przestało mnie to interesować, zaczęło męczyć i nudzić. Uznałam, że kompletną bzdurą jest, iż wychodzę rano, kiedy moje dziecko jeszcze śpi, i wracam wieczorem, kiedy moje dziecko już śpi, cały dzień robiąc Bóg wie co i Bóg wie po co.

A.L.: I postanowiła Pani wrócić do swojej firmy.

N.K.-M.: Po Youngu wróciłam do New Communications, firmy założonej w 89 roku jako przedstawicielstwo FT. Zaczęłam ją rozbudowywać o kolejne projekty. Zanim rozejrzałam się na dobre, zadzwonił telefon z propozycją Superbrands, a że jestem obsesyjnie przywiązana do jakości, powstał doskonały album określany mianem ,,biblii brandingu".

A.L.: Właściwie dzięki przypadkowi FT, który okazał się strzałem w dziesiątkę, pozostałe media same się zgłosiły.

N.K.-M.: Tak było z CNN. Podczas rządów PIS-u powstał problem z wizerunkiem Polski ze względu na niepopularność braci Kaczyńskich. MSZ zwróciło się do FT. Zaproponowaliśmy kolejny raport o Polsce i powstał pomysł, żeby zamieścić w CNN reklamę, co też załatwiłam. W efekcie zadzwoniła do mnie jedna z moich rozmówczyń i spytała, kim jestem, bo szukają przedstawiciela CNN w Polsce. Po raz kolejny ktoś mnie znalazł po tym, jak zabukowałam komuś grzecznościowo kampanię. Następny telefon był z "The Economist" w listopadzie ubiegłego roku.

A.L.: Świat międzynarodowych mediów jest bardzo mały.

N.K.-M.: Szczególnie dziś, w dobie internetu. Dokładnie w ten sam sposób otrzymałam telefon z Gruner Jahr, największego wydawcy w Europie. Robimy konsekwentnie to, co trzeba, nie pytając nigdy o pieniądze. Najpierw trzeba pokazać, kim się jest. Sharon Stone też nikt nie proponował milionów dolarów za rolę, kiedy była jeszcze nieznana.

A.L.: W międzyczasie założyła Pani fundację wspierania komunikacji marketingowej Ad Rem.

N.K.-M.: Chciałam pójść w stronę formuły emeryckiej, być autorytetem i wykonywać projekty marketingu narodowego. Słabością Polski jest to, że nie jest kojarzona z żadnym produktem. Wódka jest rosyjska, kiełbasa niemiecka, salami węgierskie, a pierogi to tak naprawdę ravioli, czyli włoskie. Turyści nie przyjadą tu po słońce, jesteśmy więc wyłącznie kojarzeni z Papieżem i Solidarnością. Ale jakie to ma dla nas znaczenie praktyczne: ,,przyjedź do kraju związków zawodowych, które obaliły komunizm?". Nie ma to żadnego znaczenia marketingowego dla nikogo poza wąską grupą fanatyków historii. A przecież Polska ma i góry, i morze, i jeziora. Trzeba pokazać światu, co w Polsce jest atrakcyjnego.

A.L.: Stąd projekt wizerunkowy ,,Polska - kraj wspaniałych jabłek"?

N.K.-M.: Przeczytałam gdzieś, że Polska jest drugim po Chinach producentem koncentratu jabłkowego. Jabłko ma walory zdrowotne, wizerunkowo jest ładne, to symbol Nowego Jorku. Amerykanie mówią: an apple a day keeps the doctor away. Klimat w Polsce - niskie temperatury zimą, wysokie latem - powoduje, że nasze jabłka mają znacznie wyższą kwasowość niż jakiekolwiek inne na świecie. Mimo że zachwyciłam tym projektem trzech premierów, czterech ministrów rolnictwa i dwóch prezydentów, nie został on wdrożony. Beneficjenci nie mogli się zorganizować i w efekcie nic z tego nie wyszło. Ten projekt nadal leży na bardzo honorowym miejscu w mojej szufladzie.

A.L.: Stoi Pani również za sukcesem Koziołka Matołka.

N.K.-M.: O projekcie jabłka opowiedziałam między innymi ówczesnemu ministrowi kultury Waldemarowi Dąbrowskiemu, który zlecił mi realizację festiwalu kultury dziecięcej "Urodziny Koziołka Matołka". I tak zamieniłam Pacanów w Europejską Stolicę Bajki. W szczerym polu, w gminie liczącej 830 mieszkańców, z 80% bezrobociem, zrobiliśmy trzy lata z rzędu imprezę na 40 tysięcy osób. Całkowicie ku chwale ojczyzny. Na moich oczach rodziła się przedsiębiorczość lokalna. W tej chwili to miasteczko wygląda przepięknie. Ktoś mądry powiedział, że człowiek w życiu realizuje 10% założonych celów. Trzeba zatem mieć mnóstwo planów, żeby ta część stanowiła istotną wartość.

Nina Kowalewska-Motlik: prezes i założyciel spółki New Communications. Przedstawiciel na Polskę najbardziej wpływowych mediów światowych: "Financial Times", CN , "The Economist", Gruner Jahr .W latach 1995-2000 dyrektor generalny i prezes Young & Rubicam Poland Warszawa, zarządzała firmą reklamową, której obroty wzrosły z 20 do 75 milionów dolarów. W latach 1991-1995 dyrektor generalny i prezes wydawnictwa Harlequin Book. Założyła wydawnictwo, które stało się drugim co do wielkości w Polsce. Sukces marketingowy Harlequina odnotowany został przez Harvard School of Business Administration w postaci case study - jedynego takiego opracowania nt. firmy działającej w Polsce.


ESSENCE 2011
 
Biografie gwiazd - Bizneswoman - Czasopismo przedsiębiorców - Ekskluzywne czasopismo - Ludzie biznesu - Ludzie sukcesu - Magazyn biznesmenów - Polskie gwiazdy