Znam ludzi, którzy chętnie by oddali prawą nerkę za możliwość studiowania w łódzkiej filmówce. Pani jednak ostatecznie porzuciła karierę aktorską. Dlaczego? Bała się Pani, że zawsze będzie tylko "ciężarną Wiesią, leżącą z Ewą na porodówce".?
Anna Glaubicz-Garwolińska: Do Łodzi zdawałam z takim planem, że zrobię potem reżyserię, nie można jej było wtedy studiować od razu po maturze. Niestety, przyszedł rok 1989 i musiałam szybko stanąć na nogi, zacząć pracować. Związałam się z telewizją, w biegu uczyłam dziennikarstwa. Nigdy nie byłam dobrą aktorką i scena polska naprawdę niewiele straciła przez to, że zrezygnowałam z zawodu. Ale ten etap studiów to była ogromna frajda. Nauczyłam się wiele o sobie, pokory, umiejętności słuchania innych.
Karolina Chymkowska: Aktorstwo nauczyło Panią udawać?
Anna Glaubicz-Garwolińska: Jeżeli ktoś udaje, to jest kiepskim aktorem. Zresztą - aktorem się bywa. Widza nie da się oszukać, widz dostrzega, czy ktoś jest w postaci. Najwięksi aktorzy, z którymi rozmawiałam, zawsze mi powtarzali: bądź, a nie graj. Jeśli grasz, jesteś amatorem.
K.Ch.: To była dobra nauka na życie?
A.G.-G.: W pewien sposób tak. Jako dziecko miałam bardzo bujną wyobraźnię, lubiłam wymyślać różne historie. Od czasu studiów mam niemal obsesyjną potrzebę, by twardo stać na ziemi i nazywać rzeczy po imieniu. To nie oznacza, że nie potrafię stworzyć określonego wizerunku czy przekazać założonej historii. Ale w komunikacji liczą się fakty.
K.Ch.: Za 20, 30 lat o takich ludziach jak Pani będzie się mówiło "świadkowie historii". Brzmi jak górnolotna łatka, niemniej tylko spójrzmy: wolny rynek. Wolne media. Pierwsza polska firma PR. Ma Pani poczucie odpowiedzialności?
A.G.-G.: Odpowiedzialność jak odpowiedzialność. byłam świadkiem tego, jak powstawało Ministerstwo Przekształceń Własnościowych, jak się robiło pierwsze prywatyzacje, jak wyglądały kontakty w sejmie, budowano demokrację. Miałam w życiu kupę szczęścia. Nadal mam, bo ciągle wiele się dzieje. Byłam w oku cyklonu, widziałam, jak się buduje kapitalizm, otwarcie giełdy, zmiany własnościowe. Byliśmy wtedy pretorianami, naprawdę wierzyliśmy w to, co robiliśmy. To była nauka patriotyzmu. Moment w historii, który - jeśli się go przeżyje - zostaje z nami na zawsze.
K.Ch.: A czego nie chciałaby Pani o sobie za te 20, 30 lat przeczytać?
A.G.-G.: Dla mediów czasami sensacja liczy się bardziej, niż sprawdzenie faktów. Czego bym nie chciała przeczytać? Nie wiem. Ja niczego nie żałuję i biorę odpowiedzialność za wszystko, co faktycznie robiłam. Nie chciałabym czytać plotek powstających wokół ludzi, którzy mają odwagę robić coś inaczej i być sobą. Tego na pewno nie.
K.Ch.: Stereotypy potrafią mocno podkopać wizerunek. Zwłaszcza teraz, kiedy w internecie każdy może sobie wykrzyczeć swoją opinię bez przeszkód. Zupełnie inaczej brzmi "pani Anna Garwolińska jest specjalistką od zarządzania kryzysowego" a inaczej "Garwolińska wzbogaciła się na kryzysach". Internet daje w kość?
A.G.-G.: Internetem można zarządzać czy - jeśli chcemy użyć negatywnego sformułowania - manipulować. To jest po prostu medium, którym trzeba umieć się posługiwać i przed którym trzeba umieć się bronić. Fakt, że czasem szewc bez butów chodzi i bardziej dbamy o wizerunek klientów, aniżeli o nasz własny, i o ile staramy się, żeby złe wiadomości o naszych klientach trafiały na dziesiątą stronę przeglądarki, o tyle na nas samych już nie starcza czasu.
K.Ch.: Czyli twardą skórę trzeba mieć. Odporność na krytykę chociażby.
A.G.-G.: Na pewno - z drugiej strony jednak również pokorę, dziecięcą ciekawość, wrażliwość. Nie wolno dać w sobie tego zabić. Bez tego nie da się zrozumieć klienta. Ani tym bardziej mu pomóc.
K.Ch.: Jest Pani osobą zorganizowaną? Zdyscyplinowaną?
A.G.-G.: Nie.
K.Ch.: Tak po prostu - nie? To może inaczej. Jest Pani niezdyscyplinowana?
A.G.-G.: Staram się być mniej więcej zorganizowana, ale to duży wysiłek. Mnie motywują wyzwania. Angażuję się w projekty. Ale codzienne zarządzanie, przychodzenie na ósmą rano, sprawdzanie, czy wszyscy byli, takie, jak ja to mówię, poganianie wielbłądów - jestem ostatnią osobą do tego. Każdy ma swój sposób na życie, ważne, żeby było ono zgodne z naszym własnym rytmem. Gdybym miała pracować na poczcie, zeszłabym po tygodniu.
K.Ch.: Czyli rano w Berlinie, po południu w Tokio, wieczorem w Rzymie.
A.G.-G.: Tak, w pewien sposób tak.
K.Ch.: Takie jest idealne życie dla Pani, czy też po prostu takie Pani prowadzi?
A.G.-G.: Jeśli ktoś mówi o sobie, że kontroluje do końca swoje życie, to jest bardzo biedny. Mnie się rzeczy przydarzają. A jeżeli się przydarzają i jeszcze można je jakoś wykorzystać, to jest prawdziwa frajda. Moja babcia powiedziała mi kiedyś "Żyj tak, żebyś miała piękne wspomnienia". Mama zaś twierdzi, że wszystkie jej siwe włosy wzięły się stąd, iż właśnie tak żyłam. Są wybory, są i decyzje. Decyzje względem tego, czego się chce, czy podejmie się ryzyko. Czy się wyjdzie na parkiet i z pełnym zaangażowaniem zatańczy rumbę. Pojedzie do Izraela, by po trzech latach wrócić z olbrzymim sukcesem - albo nie. Los przynosi nam różne rzeczy. Są wybory, są decyzje, a potem oczywiście ich skutki i odpowiedzialność za to.
K.Ch.: Żeby osiągnąć cel, zdarzało się Pani wygłaszać opinie, w które nie do końca Pani wierzyła?
A.G.-G.: Jesteśmy adwokatami naszych klientów, wobec społeczeństwa, wobec dziennikarzy, wobec grup, do których chcemy dotrzeć. Muszę wybrać najlepsze z możliwych argumentów i przekonać drugą stronę. Czy adwokat, broniąc w sprawie karnej, identyfikuje się do końca ze wszystkimi swoimi argumentami?
K.Ch.: Jest Pani buddystką?
A.G.-G.: Jestem poszukującym agnostykiem. Najważniejszą kwestią jest szukanie odpowiedzi właściwej dla samego siebie. Wiele religii było wokół mnie, nie potrafię się jednoznacznie podpisać pod jedną.
K.Ch.: Co jest intrygującego w buddyzmie?
A.G.-G.: Buddyzm, podobnie jak chrześcijaństwo, to religia bardzo zróżnicowana. Najbliżej mi było do buddyzmu japońskiego, połączonego z szintoizmem, który bardzo się różni od tybetańskiego. Najbardziej fascynująca jest chyba kwestia odpowiedzialności, którą człowiek bierze za siebie, za swoje życie.
K.Ch.: Z uwagi na Pani bliskie związki z Japonią, ostatnie wydarzenia - trzęsienie ziemi, awaria w elektrowni - muszą mieć dla Pani szczególny wymiar. Jakie, Pani zdaniem, będą skutki? Nie chodzi mi o prognozy gospodarcze, ale o społeczeństwo. Jak sobie poradzą?
A.G.-G.: Społeczeństwo Japonii największy szok przeżyło po II wojnie światowej, kiedy trwała tam amerykańska okupacja. Skutki tego są widoczne do tej pory. Trzeba pamiętać, że tam jest zupełnie inne podejście do życia i śmierci. Poradzą sobie i teraz, tak jak już sobie radzili z innymi kataklizmami. Byłam na Hokkaido w grudniu 1996? 1997? Przechodził tajfun, ziemia się trzęsła, a ludzie spokojnie przeczekiwali, bo przecież "tak jest". Podobnie jest w Izraelu. Ludzie żyją tu i teraz. Są szczęśliwi, mimo ciągłych zagrożeń.
K.Ch.: Moglibyśmy się od nich wiele nauczyć.
A.G.-G.: Od Izraelczyków?
K.Ch.: I Japończyków też.
A.G.-G.: Wolę uczyć się od Izraelczyków. Japończycy to jest jednak ogromne ukrywanie emocji, ogromna liczba zasłon, które skrywają każdą intencję i każdy ruch, zarówno biznesowy, jak i prywatny. Nigdy do końca nie wiadomo, co jest pod spodem, jaki jest zamysł.
K.Ch.: "Schowaj miecz za uśmiechem"?
A.G.-G.: Tak. Izrael jest bliższy kulturowo - i bardziej energetyzujący.
K.Ch.: Dlaczego to Woody Allen miałby zostać autorem Pani hipotetycznego manifestu wyborczego?
A.G.-G.: Bo ma dostatecznie dużo krytycyzmu i dystansu wobec rzeczywistości. Poza tym ja szalenie admiruję inteligencję, w każdej postaci. Ale ambicji politycznych nie mam. Już tam byłam i wiem, jak to wygląda.
K.Ch.: Rozmawiałyśmy o dyscyplinie i organizacji, o tym, że ich Pani brakuje i w zasadzie dobrze Pani z tym. A jednak podziwia Pani Margareth Thatcher.
A.G.-G.: Tak. Za odwagę. Odwagę przeprowadzenia reform, podjęcia decyzji o obronie Falklandów, decyzji, które z założenia miały mieć długofalowe skutki. Była prawdziwym mężem stanu, a nie tylko politykiem grającym na następne wybory.
K.Ch.: Wybierze się Pani na film biograficzny z Meryl Streep?
A.G.-G.: Oczywiście. Uwielbiam biografie, również książkowe, a Meryl Streep to jedna z moich ulubionych aktorek.
K.Ch.: Definicja sukcesu?
A.G.-G.: Być sobą.
K.Ch.: Sprawdza się w Pani przypadku?
A.G.-G.: Staram się jak mogę. Nie zawsze mi wychodzi, są pewne ograniczenia kulturowości: jeżeli lawiruje się między kulturą śródziemnomorską, azjatycką, a potem wraca do przaśnej kultury słowiańskiej, to trzeba znaleźć jakiś złoty środek.
K.Ch.: Czasy się zmieniają, spełnionych kobiet sukcesu coraz więcej, ale nadal trzeba jednak odwagi, żeby głośno powiedzieć "kariera to priorytet".
A.G.-G.: Może w świecie finansów trochę tak nadal jest. Ale przecież Modrzejewska postawiła na karierę. Skłodowska-Curie też.
K.Ch.: Skłodowska miała męża.
A.G.-G.: Ja też, nawet dwóch, i co z tego? (śmiech) Ale za chemię się nie biorę.
K.Ch.: Rozmawiałam z wieloma kobietami biznesu. Prawie każda czuje się niemal w obowiązku wtrącić, że świetnie radzi sobie również jako żona i matka.
A.G.-G.: Bardzo dużo dał mi Izrael, rozmowy z rabbim Lau, który jest takim izraelskim Tischnerem, filozofem i autorytetem moralnym. Powiedział mi, że jestem błogosławiona, ponieważ daję ludziom pracę, daję im chleb. Nie musimy tłumaczyć się z tego, co robimy. Z tego, że jesteśmy sobą. Ja jestem pogodzona z tym, kim jestem, nawet jeśli nie jestem do końca osadzona w słowiańskości.
K.Ch.: Dobrze się Pani czuje w swojej skórze?
A.G.-G.: Świetnie! Nawet ostatnio schudłam (śmiech). A najlepiej się czuję, gdy tańczę.
K.Ch.: Jak taniec pojawił się w Pani życiu?
A.G.-G.: Zawsze był jakoś tam obecny - szkoła filmowa, wcześniej Gawęda i teatr Machulskich. Dwa lata temu mówię do Michała Piróga, słuchaj, muszę zacząć ćwiczyć, a ile można machać na siłowni, nie jestem Krzysiem Ibiszem. umówił mnie na zajęcia z Maćkiem Zakliczyńskim. Okazało się, że mamy masę wspólnych zainteresowań. Najpierw to była jedna lekcja w tygodniu, teraz już dwa, trzy razy w tygodniu po dwie, trzy godziny na parkiecie. I w międzyczasie zrobiła się z tego gazeta.
K.Ch.: Na jakie pytania najbardziej nie lubi Pani odpowiadać?
A.G.-G.: Prywatne.
K.Ch.: Na przykład "czy nadal singiel z wyboru".?
A.G.-G.: Tak. O, albo "czy jako kobieta ma pani łatwiej czy trudniej". Nie wiem, nie byłam mężczyzną! Jak będę, to porównam.
K.Ch.: Da się odczuć różnice związane z płcią w kontaktach biznesowych?
A.G.-G.: W sensie że z moimi partnerami? Nie wiem - zatrudniam tylko facetów. Nawet jeżeli zdarzy się kobieta, to konkretna, a właśnie o poziom konkretności chodzi. Wolę współpracować z facetami, bo nie mam czasu na miny, fochy, na sugestie. nie czytam tego. Nie w tym biznesie.
K.Ch.: Zdaje się, że właśnie odpowiedziała Pani na moje pytanie.
A.G.-G.: Tak? (śmiech) W naszej firmie nie może być nieporozumień komunikacyjnych. Inaczej nie pomożemy klientowi.
K.Ch.: Szuka Pani ludzi podobnych do siebie, różnych, a może dopełniających Panią?
A.G.-G.: Nasza firma to trochę takie "Ally McBeal". Szukam osobowości. Ludzi, którzy potrafią stanąć i uzasadnić swój wybór. Kreatywnych, otwartych, ciekawych, pełnych pasji.
K.Ch.: I zdarza się, że jak Peter MacNicol w "Ally McBeal" chodzą bez spodni, bo ocieranie nogawek przeszkadza im w myśleniu.?
A.G.-G.: Zdarzały się jeszcze ciekawsze przypadki (śmiech). Część firmy jest na parterze, któregoś dnia patrzę, okno się otwiera i wchodzi konsultant - OK, skoro przez drzwi mu było nie po drodze. To, czego nie lubię, to przytakiwacze. I ludzie, którzy nie myślą. Za bezmyślność i głupotę wylatuje się u nas w ciągu dwóch minut.
K.Ch.: Jest Pani kolekcjonerką? Przyznaje się Pani do słabości do sztuki japońskiej, może również militaria?
A.G.-G.: Lubię strzelać, zwłaszcza ze znajomymi z Izraela. Jeszcze się do końca nie nauczyłam latać helikopterem, ale lubię.
K.Ch.: Myślałam bardziej o eleganckiej broni białej! Skoro taniec.
A.G.-G.: Co powiedzieć. Ja muszę być efektywna, nie efektowna! (śmiech)
Anna Glaubicz-Garwolińska - założycielka i partner zarządzający Glaubicz Garwolińska Consultants, jednej z pierwszych polskich firm specjalizujących się w PR i komunikacji. Specjalistka w dziedzinie PR korporacyjnego i kryzysowego. Na początku lat 90. pełniła funkcję doradcy i rzecznika prasowego Ministerstwa Przekształceń Własnościowych. Przygotowywała strategie komunikacyjne dla pierwszych spółek debiutujących na warszawskiej giełdzie. Główny organizator wprowadzenia buddyzmu jako czwartej wielkiej religii świata do Jerozolimy. Wydawca magazynu tanecznego "Place for Dance". Miłośniczka sztuki japońskiej i polo.