Pamięta Pan, jak rok temu
w programie Elżbiety Jaworowicz
użył sformułowania "ta
cholerna polska biurokracja".
Chodziło o problemy, które wyrosły na
drodze realizacji projektu związanego
z powstaniem Teatru Kamienica?
Emilian Kamiński: Pamiętam, że tak powiedziałem,
ale nie miałem na myśli ludzi,
tylko przepisy. Dzięki Bogu, mamy
naprawdę przyzwoitych urzędników, jestem
przekonany, że 90% spośród nich
to ludzie życzliwi, fatalne jest prawo.
Moim zdaniem trzeba te wszystkie nasze
przepisy zebrać do jednego worka, wziąć
mocny sznurek, dużo kamieni i wrzucić
do Wisły, albo zakopać w jakiejś starej
kopalni. A później sięgnąć po normalne
przepisy, klarowną konstytucję - amerykańską
na przykład, prawo nieruchomości
z Anglii, przyzwoite, mocne, jasne.
Karolina Mroczek: Te przepisy omal
Pana nie wykończyły. Podobno podczas
pracy nad założeniem teatru schudł Pan
12 kilo i nie spał miesiącami?
Emilian Kamiński: To legendy. Jestem
zdrowy, choć zmęczony, śpię mało, ale
dobrze się czuję, bo mam satysfakcję -
teatr pięknie rośnie. Mówię sobie, że jestem
człowiekiem od wykonania zadania,
na tym się skupiam. To zadanie specjalne,
trudne, ale jak widać - dało się.
K.M.: Ale czy to było tak, że 5-milionowa
dotacja z Unii potrzebowała...
E.K.: ... 8-milionowego poręczenia, dokładnie
tak. To też jest szatański przepis.
Uważam, że np. prawo o zamówieniach
publicznych zatrzymało rozwój Polski
na kilkanaście lat. Ono mówi: Uwaga!
Wszyscy są złodziejami! Trzeba żądać
poręczeń! Ja słyszałem o sobie, że skoro
mi się udaje, to muszę być chyba jakimś
gangsterem. A wie pani, skąd to się przypadkowo
wzięło?
K.M.: Skąd?
E.K.: Bo ja zagrałem gangstera w filmie
"U Pana Boga w ogródku", a jednocześnie
załatwiałem sprawy związane z Kamienicą
(śmiech). Tacy młodzi ludzie jak
pani mówią: ja już nie mogę żyć w Polsce,
wyjeżdżam. A ja uważam odwrotnie:
chcę, muszę tu żyć, tu muszą także
żyć moje dzieci, więc chcę zrobić jak najwięcej
dobrego, wprowadzić jak najwięcej
korzystnych zmian. Zapytałem kiedyś
świętej pamięci Helmuta Kaizara, mojego
przyjaciela: Helmut, powiedz mi,
na czym to wszystko polega, dlaczego
w naszym kraju musi być tak ciężko?
A on powiedział: w naszym kraju, Emilian,
kategorie są w haniebnym chaosie.
"Haniebny chaos" to jest bardzo mądre
sformułowanie.
K.M.: Mało brakowało, a straciłby Pan
wszystko, oszczędności całego życia.
E.K.: Zaryzykowałem bardzo wiele. Ale
najgorsze było to, co się działo w mojej
głowie, kiedy byłem sam i wyobrażałem
sobie, że mogę nie dostać dotacji i rzeczywiście
stracić wszystko. W tych męczarniach
zastanawiałem się nad tym, co
ze mną będzie, jeśli najgorsze okaże się
faktem. Co ja powiem robotnikom, którzy
zainwestowali wiele pracy w budowę
Kamienicy? Powiem: "nie robimy"?
I niech pani pamięta, że mam żonę, troje
dzieci, dom. Coś sobie wymarzyłem, ale
przecież - tak myślałem - narażam ich,
że stracą ojca, że jeśli narobię długów, to
pójdę do więzienia. To były koszmarne
momenty.
K.M.: A jak długo trwały prace związane
z Kamienicą?
E.K.: Stanąłem na tym podwórku dokładnie
6 i pół roku temu, ale myśl
o własnym teatrze powstała w latach 80.
K.M.: Czy to było artystyczne marzenie,
czy raczej żyłka do biznesu?
E.K.: To wynikło z tego, że miałem konkretny
pomysł na własny teatr. Po 1989
roku proponowano mi dyrektorowanie
w kilku teatrach, jako że byłem działaczem
podziemia. Jeden decydent mi powiedział
"Emilian, teraz tort jest do podziału,
to bierz swój kawałek". Miałem
zostać dyrektorem poważnego teatru
w Warszawie. Ale wie pani, ja tego wtedy
nie wziąłem.
K.M.: Ale dlaczego?
E.K.: Bo nie. Bo wiedziałem, że mam za
małe doświadczenie, że nie mogę jeszcze
rządzić ludźmi.
K.M.: Dojrzała decyzja, wielu by się
skusiło na synekurę.
E.K.: Muszę najpierw sam się nauczyć,
a potem dopiero mogę wymagać od innych.
Poza tym teatry, które mi wtedy
proponowano, zatrudniały ludzi na etatach.
Musiałbym porządkować to, co
zastałem, a żeby uporządkować, to musiałbym
ludzi zwalniać, a zwalniając ich
-musiałbym ich skrzywdzić. A ja nie lubię
krzywdzić. Nie lubię widzieć wpatrzonych
we mnie smutnych oczu, mówiących:
"dlaczego to zrobiłeś". Bo ja nie
wytłumaczę, że zrobiłem to dlatego, że
istnieje jakaś wyższa idea. To są właśnie
kłopoty z układem etatowym w teatrach.
Na całym świecie są angaże.
K.M.: A w Teatrze Kamienica są angaże?
E.K.: Tak, ale tylko do spektakli. Na etacie
musi być człowiek, który jest tu na
stałe. Aktor ma się zmieniać. Aktor ma
być powoływany do konkretnych zadań
i dzięki nim się rozwijać. A na etacie
on sobie albo dobrze zagra, albo trochę
gorzej. To jest niedobre rozwiązanie.
W tym fachu trzeba mieć poczucie nieustannej
konkurencji.
K.M.: Czyli dobiera Pan aktorów?
E.K.: Dokładnie tak, do konkretnych
spektakli. A poza tym chciałbym stworzyć
miejsce, które dawałoby możliwość
rozwoju ludziom kreatywnym, pozwalało
na zawodową promocję talentów.
Przychodzą do mnie dramatopisarze, aktorzy;
reżyserzy przynoszą mi swoje ukochane
sztuki. Np. "Motyle są wolne",
"Mleko" (które będzie pierwszą grecką
sztuką współczesną, w polskim teatrze -
wyreżyseruje ją Sebastian Hondragosas)
czy "Botoks" Kuby Przebindowskiego są
już w produkcji. W ten sposób otwieram
możliwości. Sobie i innym. Chciałbym
też, żeby nasz teatr był towarzyski, to
znaczy żeby widz go z nami współtworzył
, żeby zostawał po spektaklu, rozmawiał
o tym, co zobaczył. Traktuję widzów odwiedzających
nasz teatr trochę jak współtwórców
i bez dystansu.
K.M.: A do jakiego widza adresuje Pan
spektakle wystawiane w Kamienicy?
E.K. Do dobrego, który uczestniczy,
a nawet jeśli się snobuje, to też dobrze -
bo za którymś razem się wciągnie.
K.M.: Od jak dawna teatr jest otwarty?
E.K. Od kilku miesięcy funkcjonuje
Scena Parter, to wszystko.
K.M.: A widownia dopisuje?
E.K.: Tak, dopisuje. Choć nie mamy
jeszcze porządnej reklamy ani plakatów.
Czasem gdzieś się o nas wspomni...
K.M.: Ile przedstawień udało się zorganizować
od początku istnienia teatru?
"Some girls"...
E.K.: "Some girls" to nie jest nasze przedstawienie,
my po prostu wynajęliśmy
salę. Nasze repertuarowe spektakle to
"Ordonka z kamienicy", "Piękne panie
i panowie", "Szwindel", "Mój dzikus".
A na etapie prób są "Mleko", "Botoks"
i "Motyle są wolne". W ogóle plany właściwie
mamy zamknięte na 3 lata.
K.M.: Jaki to będzie repertuar?
E.K.: Bardzo zróżnicowany, bo zarówno
współczesny, jak i sięgający do historii.
Taki, żeby widz chciał do nas przychodzić.
Będzie też dużo spektakli związanych
z Warszawą.
K.M.: Jakich aktorów chce Pan angażować?
E.K.: Dobrych zawodowców. Także starszych,
wspaniałych aktorów, którzy są
często pomijani, nie wiadomo dlaczego.
Bardzo mi zależy właśnie na ich warsztacie,
umiejętnościach, sposobie mówienia.
Bardzo duży nacisk kładę na warsztat aktorski.
Teraz szkoły wypuszczają aktorów,
którzy nie umieją mówić, nie wiedzą, co
to jest fraza, akcent. Mówią dyszkantem,
zamiast głosem.
K.M.: Często nie można zrozumieć
tego, co mówią na scenie.
E.K.: Właśnie. To po cholerę to przedstawienie?
To ja wolę posłuchać angielskiego
aktora, który mówi pięknie. Też
nic z tego nie zrozumiem, ale przynajmniej
ktoś będzie mówił ładnym, przejrzystym
głosem. Nasz język, mówiony
niechlujnie, zamienia się w szelest.
W Kamienicy musi być zrozumiałe każde
słowo, ja tego pilnuję jak pies. Teatr nie
jest od zwykłości i od potoczności. Teatr
dla mnie jest miejscem odświętnym.
K.M.: Tworzy Pan ten teatr z żoną i siostrą?
E.K.: Z żoną, we dwoje.
K.M.: A na stronie internetowej jest
wspomniana Pana siostra.
E.K.: Dorota jest w fundacji, ale przy
pracach nie uczestniczy. Ma inne zadania,
natomiast teatr robię z Justynką.
K.M.: Ale można powiedzieć, że to rodzinny
interes?
E.K.: Wydaje mi się, że tak. Tym bardziej,
że moi pracownicy są z "naszego
wspólnego domu". Jeżeli pojawi się ktoś
nowy i nie pasuje, to sam odpada. Tak
samo jest z aktorami: jeśli ktoś tutaj nie
pasuje, to odpada.
K.M.: A chciałby Pan, żeby w przyszłości
Pana dzieci przejęły Kamienicę?
E.K.: Jeżeli będą mądre... Tylko w takim
wypadku. Mówię do nich: ja tu głupków
nie wpuszczę, więc proszę się uczyć, nie
tracić czasu grając na komputerze. Bardzo
mi się podobają te wzorce włoskie,
żydowskie, te interesy rodzinne. My
w Polsce dużo takich wzorów nie mamy.
U nas mówi się: "oooo, rodzina, to jakieś
znajomości". A właśnie znajomości
to jest podstawa. Na całym świecie lobbing
to jest podstawa. A dlaczego? Bo
dzięki temu masz zaufanie do tego drugiego
człowieka, że ci nie spieprzy roboty.
Chodzi mi właśnie o to, żeby zaangażować
kogoś z rodziny czy kogoś znajomego,
ale jednocześnie kogoś, kto ma
głowę na karku.
K.M.: Myśli Pan, że warszawskie teatry
prywatne stanowią konkurencję dla
Pana przedsięwzięcia? Chociażby Polonia
Krystyny Jandy?
E.K.: Krysia? To jest dla mnie bohater,
przyjaciółka, wspaniała kobieta! Ja na
nią patrzę i się uczę. Tak jak od Wojtka
Trzcińskiego, właściciela Fabryki Trzciny.
Konkurencja? A ilu ludzi przewija się
przez teatry? Ilu ich się zmieści jednego
wieczoru? Tysiąc, dwa tysiące? Nie, tu
się zmieści 280 osób, tam 100 i koniec.
Widzów jest dużo, tylko trzeba ich sobą
zainteresować. Dlatego tworzę teatr towarzyski,
gdzie każdy jest traktowany
indywidualnie. Nienawidzę kultury masowej.
K.M.: Ale muszą się Państwo bardziej
reklamować.
E.K.: Spokojnie, nie za dużo szumu. On
i tak się robi. Będzie dobry towar, to widzowie
będą dzwonić do swoich znajomych
i mówić "warto pójść do Kamienicy".
Ja wolę w ten sposób, pocztą pantoflową.
To nie jest supermarket, to jest
teatr, szczególne miejsce, dla mnie miejsce
święte.