ESSENCE
Magazyn ludzi sukcesu esencja
dobrego
smaku

Anioł Stróż na przednim kole

Kiedy Jacek Czachor płacze? Jak się modli, kiedy wiele wskazuje na to, że pośrodku pustyni przygniecie go dwustukilowy motocykl? I dlaczego trzeba tam czasami jechać przez pole minowe?

Rozmawiał Marek Łuszczyna fot. archiwum PKN Orlen

Jacek Czachor

Miał Pan motorynkę?

Jacek Czachor: Zieloną. Ojciec mi ją kupił w 80. roku. Miała dwubiegową skrzynię "w nodze" i siodełko długości - góra - 30 cm. A myśmy we dwóch, z kumplem, śmigali na niej po Warszawie. Nigdy nas milicja nie zatrzymała, pewnie mieli na głowie ważniejsze sprawy. Teraz już bym się nie odważył.

Marek Łuszczyna: Bo teraz po Warszawie śmiga Pan Windstarem z automatyczną skrzynią biegów.

Jacek Czachor: (śmiech) To trochę taki czołg. Staram się jeździć ostrożnie i nie przekraczać prędkości. Zwłaszcza w mieście.

M.Ł.: A gdyby miał Pan Ferrari i pustą jezdnię przed sobą, to by Pan przekroczył?

J.Cz.: Nie chcę ani bronić, ani atakować Maćka Zientarskiego, ale Ferrari to samochód o niezwykle twardym zawieszeniu, przystosowany do jazdy po doskonałej nawierzchni, a nawet po torze. Właśnie z tego powodu przy prędkości przekraczającej 200 km/h wystrzelił na nierówności jak z procy. Gdyby prowadził wtedy doświadczony kierowca rajdowy, również niewiele mógłby zrobić. W locie samochód nie skręci.

M.Ł.: A gdyby prowadził doświadczony motocyklista?

J.Cz.: Także nic by nie poradził. To paradoksalne, ale o wiele więcej można w takich przypadkach zrobić, jadąc motocyklem: odbić się od niego, odskoczyć, wybić. Naturalnie do pewnej prędkości, powyżej której nie da się już zdziałać nic.

M.Ł.: Do Rajdu Dakar przygotowuje się Pan w podwarszawskim Rembertowie.

J.Cz.: Przede wszystkim dużo startuję w zawodach. Głównie dzięki swojemu sponsorowi, Orlenowi, który umożliwia mi ściganie się w Argentynie, Chile i innych egzotycznych krajach. To uczy umiejętności jazdy na ciężkim, dwustukilowym motocyklu, którym dysponuję podczas afrykańskiego Dakaru. Zupełnie inaczej nim się przyspiesza, hamuje, wpada w dziury. To ważna nauka, której nie zdobyłbym w Polsce na motorach crossowych czy enduro.

M.Ł.: A przygotowanie fizyczne?

J.Cz.: Kiedyś sporo chodziłem na siłownię, ale szybko okazało się, że jest to całkowicie bez sensu. Zawodowo jeżdżę na motorze od 26 lat i żaden trening, poza jazdą, nie jest w stanie optymalnie przygotować odpowiednich partii mięśni, przyczepów i więzadeł. Na własne oczy widziałem, jak mój przyjaciel, Marek Dąbrowski, siadał na motocykl, będąc idealnie przygotowanym do rajdu po treningach na siłowni, a potem, wraz z upływem dni zawodów, cała ta masa mu "spadała", okazując się kompletnie nieefektywną.

M.Ł.: Początek Rajdu Dakar. Zaczyna pan.

J.Cz.: "Aniele Boży, Stróżu mój, Ty zawsze przy mnie stój". Mówię w duchu, kiedy przednie koło motocykla stoi przed linią startową. "Rano, wieczór we dnie
w nocy...". Dodaję gazu. "Bądź mi zawsze". Puszczam sprzęgło, kładę drugą nogę na podpórce i w drogę.

M.Ł.: W długą drogę.

J.Cz.: Tym dłuższą, im słabszy startuje zawodnik. Sześćset km odcinka specjalnego udaje mi się przejechać w 12 godzin. Startując o wschodzie słońca, późnym popołudniem jestem już na mecie. Ale są tacy, którzy tę samą odległość przejeżdżają w 22 godziny. Docierają nad ranem dnia następnego, zmordowani, głodni, ledwo żywi i mają kilkadziesiąt minut, by wyruszyć na trasę kolejnego, kilkusetkilometrowego "oesa". Zazwyczaj się wycofują.

M.Ł.: Bo żeby tego nie zrobić.

J.Cz.: Trzeba być dobrze przygotowanym i szybkim motocyklistą. Pamiętać o logistyce i sprzęcie. Podczas ostatniego Dakaru, dzięki swojemu sponsorowi, dysponowałem doskonałym, ulepszonym motocyklem. Żeby ukończyć te zawody, trzeba także nauczyć się jeść i spać. Kiedyś z Markiem Dąbrowskim podczas odcinków rozgrywanych w Europie mieszkaliśmy w hotelach, oddalonych od miejsca startu o 2 godziny drogi. Uznaliśmy, że to bez sensu. Teraz mamy ze sobą własnego Hiltona. (śmiech).

M.Ł.: Namiot.

J.Cz.: Przed odcinkiem specjalnym kładziemy się w nim o wpół do jedenastej. Nie można za wcześnie, bo się człowiek wyśpi do drugiej, a potem przez 3 godziny będzie chodził na adrenalinie
i miękł psychicznie. Potem jemy śniadanie, zapewniane przez organizatorów rajdu. Cienki plasterek szynki, bułeczka.

M.Ł.: Oszczędzają?

J.Cz.: Zdają sobie sprawę, że o czwartej rano trudno i niezdrowo jest jeść coś ciężkiego. Zasadniczy posiłek wydają po "oesie", od 18:30 aż do późnej nocy.

M.Ł.: O czym Pan myśli przez te kilkanaście samotnych godzin? W ciągu dwóch tygodni odcinków specjalnych można przeanalizować, dzień po dniu, całe życie.

J.Cz.: I zakończyć rajd na ostatnim miejscu albo wcale. Jestem całkowicie skoncentrowany na jeździe, cały czas obserwuję zegary, mapę podzieloną na stopnie geograficzne, skupiam się na poprawnej nawigacji. Staram się, aby moja myśl nie odbiegała od wyścigu ani na minutę.
W pierwszej trzydziestce Dakaru jest tak, że jeżeli na moment odpuścisz, trochę zwolnisz, pomyślisz o "niebieskich migdałach", to cię "objadą" i spadniesz o kilkanaście pozycji. Życie można natomiast analizować na odcinkach dojazdowych do miejsca startu. Jedzie człowiek kilka godzin asfaltówką ciągnącą się po horyzont i myśli o wszystkim.

M.Ł.: Że tyłek boli?

J.Cz.: Że tyłek boli jak diabli, że można było pojechać lepiej poprzedni odcinek.
Że żona już pewnie po pracy, w domu. I ciekawe, co na obiad zrobiła dzieciakom.

M.Ł.: I wtedy Jacek Czachor płacze?

J.Cz.: Jacek płacze po ostatnim odcinku rajdu. W tym roku czekała tam na mnie żona. Puściły emocje. Płakałem, oj płakałem.

M.Ł.: Ze szczęścia, że sukces? Dziesiąte miejsce w "generalce", drugie w jednym z "oesów".

J.Cz.: Aj, tam. Że się w ogóle dojechało, przetrwało, że tylu nie miało tego szczęścia.

M.Ł.: Między innymi legendarny, utytułowany Fabrizio Meoni.

J.Cz.: A wie Pan, że to miał być jego ostatni rajd? Pewnie dlatego jechał niezwykle brawurowo, aby wygrać go za wszelką cenę. Kiedy przejeżdżałem obok miejsca, w którym upadł, był już tam helikopter - machnęli mi tylko, żebym jechał dalej. Motocykl zrobił z Meoniego miazgę. W ubiegłym roku natomiast startował taki młody, 29-letni zawodnik z RPA. Patrzę, a on wyprzedza mnie na jednym z "oesów" i widzę, że się oddala, że nie dam rady złapać jego koła.

M.Ł.: Że jest dobry i jak Pan przyspieszy.

J.Cz.: To mogę się wywrócić i zabić. Myślę: cholera, niezły jest, małolat. I do tego debiutant na Dakarze. Następnego dnia był odcinek pełen twardych, głębokich dziur. Wiedziałem, że trzeba jechać ostrożnie, byłem maksymalnie skoncentrowany. Wyłoniłem się zza wzniesienia i widzę, jak jeden z zawodników mierzy temu młodemu chłopakowi z RPA tętno i kręci głową. I znów charakterystyczny trzepot łopat helikoptera.

M.Ł.: Siada morale?

J.Cz.: Czołówka Dakaru to zawodowcy, podczas jazdy szybko dochodzą do siebie. Przemyślenia i dołki przychodzą później, kiedy widzi się ich na mecie, płaczących jak dzieci z powodu śmierci przyjaciela.

M.Ł.: A jeśli niebezpieczeństwo dotyczy Pana?

J.Cz.: Staram się jak najszybciej powrócić do właściwej koncentracji. Podbiło mi kiedyś na środku pustyni tył motocykla i przejechałem kilkadziesiąt metrów na przednim kole. Oblał mnie zimny pot, myślę: zaraz na mnie runie ten dwustukilowy motor i stanie się to, co z Meonim.

M.Ł.: Nie runął. A psychika?

J.Cz.: "Aniele Boży, Stróżu mój", w kółko: 10, 20 razy, aż udało się powrócić do właściwego tempa oraz poziomu skupienia, aż przestałem myśleć o śmierci i odgoniłem instynktownie narzucającą się wolniejszą jazdę.

M.Ł.: Co zagraża zawodnikom podczas Dakaru, oprócz wyczerpania i wywrotki?

J.Cz.: Pola minowe. Może i te granice państw biegnące przez pustynię są umownymi kreskami, ale bywają zaminowane. Kiedyś dojeżdżam do Mauretanii, a tam organizatorzy dają mi mapkę z wytyczonym szlakiem i mówią, żebym nie zbaczał, ponieważ za tymi tu - pokazują palcem - linijkami są miny i może nastąpić eksplozja. No i były, tyle że bliżej niż myśleli...


ESSENCE 2011
 
Biografie gwiazd - Bizneswoman - Czasopismo przedsiębiorców - Ekskluzywne czasopismo - Ludzie biznesu - Ludzie sukcesu - Magazyn biznesmenów - Polskie gwiazdy