Beata Steć: Jak Pan wyobraża sobie losy swoje i rodziny, gdybyście musieli ponad dwadzieścia lat temu wrócić na Kubę i tam żyć?
Jose Torres: Z przykrością myślę, że z punktu widzenia dzisiejszego mieszkańca Europy, z nowym światopoglądem, który ukształtowały przemiany Europy z lat 80. i dzień dzisiejszy, chyba nie dałbym rady mieszkać w takich warunkach.
Beata Steć: Czy nie kusiło Pana, aby zostać opozycjonistą i walczyć o wolność Kuby? Po lekturze Salsa na wolności można sobie wyobrazić, co działoby się na Kubie, gdybyście tam razem zamieszkali?
Jose Torres: Czuję ogromny szacunek dla kubańskiej opozycji. W mojej książce wyrażam swoje ubolewania w aspekcie jej samotności. Ludzie na wyspie nie mają dostępu do informacji, np. moja rodzina nie wiedziała o represjach, marszu Białych Wdów i innych strasznych wydarzeniach. Są różne sposoby działania w opozycji. Ja się staram na swój sposób, aby to co się dzieje na Kubie było odpowiednio odebrane. Nie cierpię opowieści turystów na temat: "jakie piękne wakacje, Kuba to raj". Ciekawy jestem dla kogo raj? Co z wolnymi wyborami? Co z gospodarką? Co z wolnością słowa? Kto nie jest z nami, jest przeciwko nam - skąd to znamy? Widziałem to na własne oczy w Polsce.
Jestem tu od września 1978 roku, o przemianach nikt już nie opowie mi bajki. Nie chcę usłyszeć "komuno wróć". Nikt już nie pamięta o długach w bankach zagranicznych i o sztucznym podtrzymaniu gospodarki rynkowej, o trudnościach z wyjazdem za granicę. Ale to się skończyło i nie wróci więcej! Co do "walki" czuję podtekst - myślę, że im bardziej znamy prawdę, tym bardziej możemy być obiektywni. Ja chcę mówić prawdę, moją prawdę z punktu widzenia tego, co doświadczyłem na własnej skórze. Bo do tego mam prawo, choć płacę za swoją wolność, myśli i słowa wysoką cenę. Jest nią niemożliwość spotkania się z rodziną.
Kilka dni temu otrzymałem zaproszenie z instytutu pana prezydenta Lecha Wałęsy do przystąpienia i działania w programie "Solidarni z Kubą". Poczułem się dumny, zwłaszcza iż wśród zaproszonych znajdują się takie osobistości, jak: pan Michnik, pan Balcerowicz i pan Bartoszewski.
B.S.: Dla wielu Kubańczyków i ludzi na całym świecie Che Guevara jest bohaterem owianym legendą, idealistą. Kim jest dla Pana ta postać?
Jose Torres: Wiele pisano na temat Che Guevary. Powiem krótko - wychowano mnie w duchu jego bohaterstwa, męstwa i waleczności. Nie mi dane jest oceniać, lecz kiedy po tylu latach dowiedziałem się o "wyczynach Jegomości", to niestety cały jego wizerunek runął w gruzach.
B.S.: Wybiegając w przyszłość, jeśli Kuba stanie się kiedyś wolnym krajem, czy Kubańczycy będą potrafili tę wolność konstruktywnie wykorzystać?
Jose Torres: Myślę, że ciężko będzie to wszystko opanować. Tyle lat dezorientacji w wielu dziedzinach powoduje trwały chaos. Trudno na Kubie o informacje z pierwszej ręki, bo wszystkiemu winne jest embargo... ha, ha. A z wolnością trzeba się śpieszyć, bo niedługo nie będzie dla kogo jej budować. Czy nikt się nie zastanawia, dlaczego tylu, Kubańczyków opuszcza wyspę, opuszcza rodzinny dom, ryzykując własnym życiem? Nie wierzę żeby tylu ludzi było w błędzie. Życie dostajemy jedno, na drugie nie ma szans, więc?!
B.S.: Czy wskazałby Pan jakąś charyzmatyczną osobowość, która poprowadziłaby Kubę ku lepszemu?
Jose Torres: Mimo żywego zainteresowania sprawami mojego kraju nie mam takich wiadomości, które pozwoliłyby mi wytypować kogoś konkretnego.
B.S.: Doskonale odnalazł się Pan w polskich realiach. Z Pańskiej książki wynika, że niewielu Kubańczykom się to udało, jakie są tego przyczyny?
Jose Torres: Opisywałem w swojej książce konkretne sytuacje, wydarzenia, osoby, przeżycia i rozczarowania z nimi związane. Nie znam wszystkich moich rodaków mieszkających w Polsce, więc nie generalizuję. Ci, których znam i którzy z życia w Polsce są zadowoleni, tak jak i ja potrafili się przystosować. Mądre przysłowie mówi: "Jeśli wkraczasz między wrony musisz krakać, jak i one". Przyjąłem polską kulturę i wynikające z niej sposoby zachowań, choć czasami różnią się one krańcowo od moich rodzimych. Czuję, że stając się Polakiem, nie przestałem być Kubańczykiem, czuję się bogatszy i to jest chyba sedno zrozumienia sprawy.

B.S.: Czy strażnicy, którzy przyjeżdżają wraz z artystami z Kuby, przydzieleni do pilnowania ich politycznego morale, zabawnie nazwani przez Pana "czerwonymi aniołami", nigdy nie chcieli zdezerterować i pozostać w Polsce?
Jose Torres: Nie wiem, czy chcieli pozostać w Polsce. Ale zostawali w innych krajach. Wracając do mojego trybu myślenia: nie ważne czy zostaną, czy nie, dla mnie jest ważne: dlaczego? Uciekają artyści, lekarze. Jaki jest powód? Czy aż tylu ludzi może się mylić co do systemu?
B.S.: W przeszłości zawiódł się Pan na przyjaciołach, czy łatwo jest przebaczyć?
Jose Torres: Krótko. Może i przebaczam, ale nie zapominam. Nie chcę się przewracać na tym samym kamieniu dwa razy, o nie!
B.S.: Skąd u Kubańczyków tyle pogody ducha i radości, przecież nie mają lekkiego życia?
Jose Torres: Kubańczycy to wesoły naród, w naszych żyłach płynie mieszanka krwi z Hiszpanii i Afryki. Jak mówi poeta - "nasza kultura to ślub hiszpańskiej gitary i afrykańskiego bębna". Poza tym jest jeszcze jedna kwestia: duża codzienna porcja światła i słońca, to jest lekarstwo na zły humor i pesymizm. Stąd pogląd, że ogólnie południowcy", nie tylko Kubańczycy, są bardzo pogodni.
B.S.: Jakie zasadnicze różnice można zauważyć w mentalności Polaków i Kubańczyków?
Jose Torres: Wolę nie wypowiadać się na ten temat, gdyż czuję się Kubańczykiem i Polakiem. Nie wiem już gdzie jeden się kończy, a drugi zaczyna! Więc, niech żyje bal!
B.S.: Zwierzył się Pan, że żona jest mózgiem w waszym duecie, a Pan realizuje jej pomysły. Jak dwie silne osobowości, wywodzące się z różnych kultur, mogą zbudować solidny, twórczy związek?
Jose Torres: Z największą dumą mogę powiedzieć, że jest to sprawa ciągłego kompromisu. Jeśliby go nie było, to współpraca zamieniłaby się w walkę. Ona mnie uzupełnia, a ja ją. Czasami myślimy o tym samym w tej samej chwili. Coś w rodzaju telepatii. Nie oznacza to, że zawsze jest tak pięknie. Czasami mamy diametralnie różne poglądy, ale to też działa kreatywnie. Myślę, że najważniejsze to kompromis. Z różnic kulturowych przyjmujemy to, co łączy, a odrzucamy to, co dzieli, proste prawda?!
B.S.: Podobno Wrocław zamienia się w Hawanę podczas imprez organizowanych przez państwa Torres?
Jose Torres: Już po raz szósty przygotowujemy się do festiwalu Carnaval de Salsa, ale zanim dojdzie do niego, mamy po drodze nowy "event". Pomysł Izy pt. PRIMAVERA SALSA OPEN to pierwsze otwarte mistrzostwa salsy, na które przyjadą do Wrocławia miłośnicy gorących rytmów z całej Europy. Wraz z pierwszymi, nieśmiałymi, wiosennymi promykami słońca na pozimowe budzenie - poważny zastrzyk radości, tańca i latynoskiej muzyki.
W dniach 6, 7, 8 lipca odbędzie się Carnaval de Salsa, czyli trzy najgorętsze dni roku, a raczej trzy doby! Jeśli nie możecie wyjechać na Karaiby, można je poczuć podczas naszego festiwalu. Koncerty kubańskich zespołów (w tym roku w planach też niezwykłe orkiestry, rok temu gościem festiwalu była mega gwiazda z Hawany - osiemnastoosobowa orkiestra - Manolito Simonet y su Trabuco), pokazy światowej sławy mistrzów salsy, osiemdziesiąt godzin lekcji salsy dla wszystkich początkujących i zaawansowanych. Chcielibyśmy potwierdzić po raz kolejny, że Wrocław staje się latem polską stolicą salsy.
B.S.: Znany Pan jest ze swoich talentów muzycznych, ale chyba chętnie podejmuje nowe wyzwania? Ostatnio został Pan "twarzą" męskiej firmy odzieżowej? W jakim stylu będą to ubrania?
Jose Torres: Tak naprawdę lubię styl luźnych ciuchów tzn. casual. Firma ROY to naturalne tkaniny, bardzo dobrej jakości, miękkie materiały, ciepła kolorystyka. Słowem, raz ubierzesz i nie chcesz ściągnąć. Myślę, że jest to produkt bardzo pasujący do mojego stylu życia i ciągłych podróży. Wygoda i elegancja, ale z przewagą tej pierwszej.
B.S.: TVP planuje zrealizować program dokumentalny o pańskim życiu, czy scenariusz filmu będzie oparty na książce Pana autorstwa?
Jose Torres: Już od prawie dwóch lat rodził się pomysł nakręcenia filmu dokumentalnego o mojej skromnej osobie. Ponieważ było to długo przed napisaniem i wydaniem książki, scenariusz trochę się zmieni. Chociaż pewne wątki są nieuniknione. Dużo będzie o aktualnej działalności... Niebawem zaczynamy zdjęcia od powitania mojej siostry - tancerki, byłej solistki Danza Contemporanea de Cuba, która przyjeżdża do Polski i będzie jurorem w konkursie Primavera Salsa Open. Nie widzieliśmy się dziewiętnaście lat...
B.S.: Grywał Pan z wieloma artystami, założył firmę i własny zespół, jest ambasadorem kultury kubańskiej w Polsce, co sprawia Panu największą przyjemność?
Jose Torres: Największą przyjemność daje mi dom rodzinny i przepełniająca mnie duma z naszych synów. Poza tym chwile, kiedy mogę dać ludziom trochę radości: muzyką, tańcem czy po prostu sobą. Lubię być odbierany takim, jaki naprawdę jestem. Może to nic odkrywczego, ale woda sodowa nie uderza mi do głowy. Byłem, jestem i będę taki sam, z wadami i zaletami, jak każdy.
B.S.: Czy posiada Pan inne pasje, oprócz muzycznych?
Jose Torres: Oczywiście! Jak to mężczyzna, samochody, a ponadto sport. Ostatnio udało mi się zrealizować moją wielką pasję - nurkowanie. Zrobiłem na Karaibach licencję płetwonurka i gdyby było to tylko możliwe, zaczynałbym każdy dzień od małej rundki w głębinach oceanu.
B.S.: Czym Pan nas jeszcze zaskoczy, jakieś plany na przyszłość?
Jose Torres: Pięć lat temu pomyślałem sobie - no, chyba wszystko co miałem zrobić w życiu, już zrobiłem, więc mogę umrzeć... Zaraz po tym przeprowadziłem się do Wrocławia. Mój starszy syn zdał na Akademię Muzyczną, młodszy do szkoły muzycznej I i II stopnia. Mamy dom z kominem, dwa psy, napisałem książkę. Będzie film o mnie, więc może jeszcze coś się wydarzy, czego nie wiem. Póki co, nie ma co umierać, bo mam jeszcze tak dużo do zrobienia.