ESSENCE
Magazyn ludzi sukcesu esencja
dobrego
smaku

Być jak Leonardo da Vinci

Istnieje pewien model wynalazcy: kogoś z przedziwną wizją, kto poświęcając się jej, w końcu tworzy coś niezwykłego, czego świat jeszcze nie widział. Choć taki obrazek funkcjonuje w naszej świadomości, to wiemy, że jest znacznie przejaskrawiony. A jednak...

Tekst Filip Nawara fot. Theo Jansen

Theo Jansen

Jest taka osoba na świecie, w połowie fizyk, w połowie rzeźbiarz, mieszka i pracuje w Holandii, a stworzył - jak sam to określa - żywe organizmy z plastiku. Rzecz dziwaczną, ale która przyniosła mu popularność w Stanach Zjednoczonych, Azji, Europie...

Wynalazca - brzmi poważnie

Theo Jansen zasłynął po raz pierwszy w latach 70., kiedy nad małą holenderską miejscowością pojawiło się UFO. Był to balon jego projektu, jednak przygotowany tak, aby na tle nieba wywołać złudzenie czegoś nieznanego.

Na happening specjalnie wybrano pochmurny dzień. Czarny, płaski balon leciał kilkadziesiąt metrów nad ziemią, jednak kontrast z rozświetlonymi chmurami uniemożliwiał ocenę wysokości. Dlatego mieszkańcom miasteczka wydawało się, że "spodek" unosi się bardzo wysoko i że musi być ogromnych rozmiarów. Policja porównała jego wielkość do pobliskiego reaktora o średnicy ponad 30 m. Tymczasem był to tylko żart, mający na celu nakręcenie krótkiego dokumentu ze zdarzenia, który zresztą został wyświetlony w lokalnej telewizji. Prawdziwy wynalazek powstał kilka lat później.

Rzecz niepozorna

Niewielki stalowy owal ze szklanym okiem, umocowany na drewnianej konstrukcji z kilkoma łańcuchami. Z wyglądu przypomina piecyk i nie wiemy co, oprócz kilku farb w sprayu, kryje w środku. Przed "okiem" siada dwóch panów, maszyna zostaje uruchomiona i po kilku minutach na ścianie pojawia się ich fotografia. Namalowana sprayem, w skali 1:1, z dokładnością co najmniej billboardu reklamowego.

Trzeba zaznaczyć, że urządzenie powstało w połowie lat 80., kiedy technika cyfrowa jeszcze nie istniała. Zastosowane materiały, technologie i wygląd samego aparatu nie należą do tych spektakularnych. Za to efekt - wysokiej jakości, daleko ponad środki.

Wynalazek zdobył popularność na tyle dużą, że miasta organizowały wystawy prac Jansena na ścianach budynków. Jednak twórcę urządzenia niedługo po tym sukcesie pochłonęła idea zupełnie nowa, którą realizuje do dziś. Strandbeest - bestia z plaży W ogromnym obecnie przedsięwzięciu, trwającym od ponad 18 lat, ponownie na pierwszy plan wysuwa się prostota, a może nawet banalność środków.

W 1947 roku holenderski rząd wprowadził rozporządzenie, według którego wszystkie przewody elektryczne mają być prowadzone w rurkach z pcv . Te rurki stały się podstawowym materiałem prac Theo Jansena. Są tanie, lekkie i łatwo dostępne. "Wszystko w naturze składa się z białek, to białka są podstawowym i wszechobecnym budulcem, z którego powstają całe skomplikowane organizmy. Moim białkiem jest plastikowa rurka" mówi wynalazca. Porównania do świata natury pojawiają się często przy okazji nowych projektów Jansena. A są to ogromne, zbudowane z tysięcy rurek konstrukcje o fantastycznych kształtach, opatrzone wielometrowymi wachlarzami gromadzącymi wiatr. Wiatr, który je ożywia. "Dzięki wiatrowi nie muszą jeść" - mówi ich projektant. Swoje prace nazywa nowymi formami życia; mówi o nich jako o żywych, odczuwających istotach, które "wracają do domu", "napotykają niebezpieczeństwa", a z drugiej strony ewoluują i konkurują ze sobą.

Przez kilkanaście lat pracy nad jedną tylko ideą stworzył w sumie 25 różnych "bestii", z których każda stanowiła odrębny "gatunek", i które rzeczywiście ewoluowały wraz z całym projektem od nieśmiałych prób aż po światowy sukces. "Większość po drodze niestety wymarła" - dowiadujemy się od twórcy. Pozostałe żyją na plażach w okolicy Ypenburga, nadmorskiego miasteczka w Holandii, gdzie Jansen obserwuje i dopracowuje swoje potwory, które swobodnie sobie chodzą. Bo na tym właściwie polega cały ich proces życiowy - na gromadzeniu wiatru i chodzeniu.

Na początku była noga

Zanim bestie Jansena nauczyły się chodzić, próbowano kółek i pełzania. Jednak kółka zakopują się i potrzeba wiele siły, aby nimi poruszyć, z kolei pełzanie... pełzanie samo w sobie nie jest zbyt wdzięczną formą ruchu, do tego mało skuteczną, jeśli podłożem ma być coś grząskiego. Na piasku najlepiej spisuje się noga. Tu znów wkraczają pozory. Noga wydaje się prostym mechanizmem, choćby była złożona z kilkunastu rurek. Jednak kiedy kombinacji długości i ilości rurek jest właściwie nieskończona liczba, znalezienie optymalnego rozwiązania może być ogromną pracą. Zespołowi Jansena zajęła ona półtora roku. Stworzono konstrukcję opartą na napędzie kołowym, złożoną z dwunastu elementów. Trzeba było wypróbować możliwie najwięcej układów tych elementów, aby wybrać jeden doskonały. Tak jak miałoby to miejsce w naturze. Sprawdzono 1500 różnych kombinacji. Pomagał w tym komputer generacji ATARI, który wyliczał ślad, jaki zostawiłaby każda noga. A miała być to linia - jeśli "stopa" wykonuje ruch po poziomej linii, to znaczy, że całe ciało będzie się tak poruszać. Wybrano więc kilkanaście prototypów nogi i urządzono wyścig, z którego wyłonił się najlepszy kod DNA - czyli najlepsza kombinacja elementów. Dzięki niej bestie mogą się sprawnie przemieszczać, co ciekawe - sprawniej niż człowiek, ponieważ przenoszenie ciężaru odbywa się w poziomie, bez energochłonnego unoszenia korpusu, jak ma to miejsce w ludzkim chodzie.

Pneuma w butelce

Dzięki nodze, plażowe potwory mogą chodzić w dowolnym kierunku niezależnie od wiatru. Potrzebny był tylko "mięsień", przekładający wiatr na ruch. Jedna rurka wsunięta w drugą idealnie spełnia ten wymóg - przy dmuchnięciu wysuwa się. I to wystarczy. Efekt rocznych dociekań. Nadal niezbędny jest jednak podmuch. Kiedy nagle osłabnie, bestia staje na plaży bez szans na poruszenie. Dlatego nauczono ją magazynować energię. Skrzydła czy wachlarze, falujące na wietrze i wprowadzające nogi w ruch, dodatkowo pompują powietrze do plastikowych butelek. Tam, sprężone nawet do kilku atmosfer, czeka na wypadek znieruchomienia, kiedy to zostaje uwolnione i porusza całą machiną, kierując ją z powrotem do bazy.

W trakcie ewolucji stworzono bowiem mechanizmy, za pomocą których konstrukcje mogą skręcać, zawracać, orientować się w przestrzeni. Jednak w jaki sposób wiedzą, w którym kierunku iść?

Dynamika kłamstwa

Jak z rurek i wiatru zrobić maszynę liczącą? W dalszej perspektywie byłoby to zapewne możliwe, zważywszy, że da się z nich stworzyć system zerojedynkowy, czyli ten, z którego korzystają współczesne komputery. Jest to system przekazywania informacji za pomocą dwóch tylko komunikatów: TAK i NIE, 1 i 0.

System ten Jansen wykorzystuje za pomocą "kłamców". Zasada działania kłamstwa jest taka, że usłyszawszy TAK mówi się NIE. Z jej pomocą można stworzyć dynamiczny system decydujący o zachowaniu bestii, dzięki któremu reaguje ona np. na obecność wody, i skręca zamiast iść prosto. Ten ostatni element, odpowiedzialny za "myślenie", dopełnia kopii natury. Konstrukcja zyskała wszystkie podstawowe elementy świata ożywionego: posiada system reakcji, porusza się i gromadzi energię. To duże osiągnięcie dla konstrukcji z plastikowych rurek.

Po co?

Skąd wziął się pomysł stworzenia bestii? Nie wiadomo - ale niezależnie od zasadności, zyskał uznanie na całym świecie. Jednym z krajów szczególnie zainteresowanych wynalazkami Jansena jest Japonia, w której wystawy jego prac przyciągają po kilkadziesiąt tysięcy osób. Sam autor zapraszany jest na wykłady i prezentacje swoich dokonań. Opublikował również dwie książki opisujące jego pracę i odkrycia.

Skąd sukces? Być może udaje mu się sprostać zadaniu, dzięki naśladownictwu i wykorzystaniu prawideł natury. Niezależnie od form, w jakich się tego dokonuje, w sztuce, w nauce czy w praktyce, samo dosięgnięcie natury jest celem. Tu - osiąganym.


Czerwiec/Lipiec 2010 ESSENCE
 
Biografie gwiazd - Bizneswoman - Czasopismo przedsiębiorców - Ekskluzywne czasopismo - Ludzie biznesu - Ludzie sukcesu - Magazyn biznesmenów - Polskie gwiazdy