Kiedy się patrzy na Pani biografię,
można odnieść wrażenie,
że projektowanie było
Pani przeznaczeniem. Nawet
gdy próbowała Pani pójść w innym
kierunku, wybierając studia na SGH,
prawdziwa pasja nie pozwoliła o sobie
zapomnieć...
Teresa Rosati: Dzisiaj powtarzam to
moim dzieciom - pasja jest najważniejsza,
jest motorem działania, nie należy jej
w sobie tłumić. Kiedy byłam małą dziewczynką,
wydawało mi się, że każda z moich
koleżanek lubi robić to, co ja. Z czasem
jednak się przekonałam, że wcale tak
nie jest, że nie każda lubi trzymać igłę w
ręku, nie każda jest zafascynowana tkaninami,
zapamiętuje każdy wzór i szczegół ubioru. Mnie to fascynowało od zawsze,
ale nigdy nie sądziłam, że może stać
się moim zawodem. W tamtych czasach
w Polsce nie było możliwości śledzenia
światowych trendów mody i zapoznania
się z kolekcjami wielkich projektantów,
nie było kolorowych magazynów,
a możliwości wyjazdu zagranicę były
ograniczone.
Karolina Chymkowska: Ostatecznie
nie została Pani asem handlu zagranicznego,
ale lata spędzone jako "żona przy
mężu" okazały się dla Pani nieoczekiwanie
owocne. Dały Pani wiedzę, orientację
i doświadczenie praktyczne, które
bardzo się przydały w późniejszej karierze
projektantki.
Teresa Rosati: Miałam okazję obcować
z wielkimi postaciami ze świata polityki,
uczestniczyłam w życiu oficjalnym, dyplomatycznym.
Miałam kontakt z modą
oficjalną, która powinna być zgodna
z protokołem dyplomatycznym. Zasady
tego protokołu poznałam podczas studiów
na wydziale handlu zagranicznego.
W dorosłym życiu, u boku męża, mogłam
swoją teoretyczną wiedzę skonfrontować
z rzeczywistością. I szybko się zorientowałam,
że wiedza na temat ubioru
w świecie polityki i dyplomacji wśród
stylistów i projektantów jest niewielka,
ale oczywiście nie zajmuję się tylko modą
oficjalną i dyplomatyczną. Co roku przygotowuję
specjalne kolekcje na różne
okazje, takie jak uroczyste gale i skromniejsze
kolacje, czy uroczystości jak np.
śluby, studniówki czy jubileusze.
K.Ch.: Po okresie transformacji ustrojowej,
po otwarciu Polski na Zachód,
miała Pani również okazję zaobserwować,
że nie wszystkie kobiety radzą sobie
z wcielaniem w życie tych zasad.
T.R.: Kiedy kontakty z Zachodem stały
się bardziej ożywione, kobiety zaczęły
częściej wyjeżdżać na rozmaite sympozja,
spotkania, były zapraszane do ambasad
i na różnego typu imprezy: koktajle,
lunche, święta narodowe... każda
taka uroczystość ma odmienny charakter
i obowiązują nieco inne reguły ubioru.
Uczestnicząc w tym widziałam ogromne
braki w wiedzy tych kobiet: na przykład
cekinową, czarną suknię z ogromnym
dekoltem na lunchu o 12 czy strój
jak na piknik w ogródku działkowym...
to drastyczne przykłady. Nie wynikało to
ze złej woli, a po prostu z niewiedzy. Dlatego
też dzisiaj, obok kreowania indywidualnie
wizerunku tych kobiet, chętnie
prowadzę prelekcje na temat mody
biznesowej, oficjalnej i dyplomatycznej.
Dzisiaj protokół dyplomatyczny jest bardziej
elastyczny niż kilka lat temu, można
być ubranym zgodnie z jego wymogami
nie tracąc własnego stylu i kontrolowanej
fantazji.
K.Ch.: Czuje Pani w sobie misję ambasadora
polskiego wizerunku?
T.R.: Od lat staram się ten wizerunek
poprawić i faktycznie chciałabym być tak
postrzegana. Kiedy mój mąż sprawował
funkcję ministra spraw zagranicznych,
w okresie jego intensywnego życia dyplomatycznego,
stworzyłam coś w rodzaju
nieformalnego klubu dla żon ambasadorów
akredytowanych w Polsce. Bardzo leżało
mi na sercu poprawienie wizerunku
Polski i walka ze stereotypowym wyobrażeniem
o Polakach. Chciałam uniknąć
tego, żeby ktoś słysząc "Poland" powtarzał
niepewnie "Holland...?". Starałam
się pokazać najpiękniejsze miejsca - Zamek
Królewski, Teatr Wielki, Łazienki
Warszawskie, organizowałam koncerty,
zapoznawałam żony dyplomatów z najciekawszymi
przedstawicielami polskiego
świata kultury, sztuki, nauki, biznesu
i mediów. W mojej pierwszej kolekcji
postawiłam wyłącznie na polskie tkaniny
- jedwabie i wełny naturalne. Kolekcję
uszytą wyłącznie z polskich tkanin
zaprezentowałam w 2000 roku podczas
Dni Polskich w Atenach, poświęconych
promowaniu wszystkiego, co polskie.
Przyjęto ją bardzo ciepło... i świetnie się
sprzedała, co również nie jest bez znaczenia
(śmiech).
K.Ch.: Ostatecznie postanowiła Pani
przekuć swoją pasję i swoją wiedzę
w faktyczny zawód, zostając projektantką
mody. Być może tak właśnie
miało być, bo gdyby zdecydowała się
Pani na to wcześniej, zabrakłoby elastyczności,
odporności, chociażby na
krytykę.
T.R.: To prawda. Niektórzy, widząc we
mnie żonę byłego ministra, być może
uznali to za "fanaberię ministrowej",
a przecież ta pasja tkwiła we mnie od zawsze.
Jeszcze na studiach byłam postrzegana
jako osoba ubierająca się w komisach
i peweksach - a to wszystko były
rzeczy mojego projektu i wykonania...
pozytywne komentarze kobiet z całego
świata, niejednokrotnie ubranych przez
najlepszych europejskich projektantów,
również dodawały mi otuchy. Chciałam
konsekwentnie wspierać polskie tkaniny,
polskie szwalnie, chciałam również robić
krótkie serie. Nie myślałam o "kręceniu
biznesu". Jednak na pewne problemy nie
byłam przygotowana, jak np. niesolidność,
nieprofesjonalność współpracujących
ze mną firm.
K.Ch.: Pani córka jest aktorką, często
oglądacie razem filmy. Nie da się
nie zauważyć, że film stanowi dla Pani
ogromną inspirację.
T.R.: Tak. Przygotowałam nawet taką
kolekcję "Moda i film - wzajemne inspiracje"
w 2004 roku.
Pierwszą inspiracją były bliskie mi kobiety
w mojej rodzinie. Uwielbiałam obserwować,
jak szykują się do wyjścia na
wieczorowe przyjęcia. Każdą suknię mogłabym
jeszcze dzisiaj opisać ze szczegółami.
Jednocześnie kochałam kino.
Oglądałam mnóstwo filmów francuskich,
amerykańskich i polskich. Z polskich
najbardziej utkwiły mi w pamięci
sukienki Teresy Tuszyńskiej w filmie Janusza Morgensterna "Do widzenia, do
jutra".
K.Ch.: Była prawdziwie śliczna, taka
polska Audrey Hepburn.
T.R.: Właśnie, to był ten styl. Uwielbiam
Audrey Hepburn z "Rzymskich wakacji"
czy "Śniadania u Tiffany'ego". Ritę Hayworth,
a później Jane Fondę... to przecież
ona wylansowała modę na cekinowe
mini i kozaki za kolana, na które w tym
sezonie jest takie szaleństwo! Można powiedzieć,
że moda zatacza ogromne koło,
a możliwość czerpania z różnych epok,
łączenia różnych stylów jest fascynująca.
K.Ch.: Wydaje się jednak, że dziś nie ma
już takich diw, które potrafiłyby, dzięki
swojej osobowości, przekuć własny styl
ubierania w symbol. Marlena Dietrich
założyła męski smoking, Greta Garbo
owinęła głowę szalem - i do dzisiaj
o tym mówimy.
T.R.: Marlena Dietrich wywarła na mnie
ogromne wrażenie, zwłaszcza w "Maroko"
i "Błękitnym aniele". Bardzo lubię
męskie elementy w stroju kobiecym, np.
żakiety w stylu Marleny, z dłuższą dolną
klapą i mocno zaznaczonymi ramionami.
Styl męski nie oznacza braku kobiecości,
wszystko zależy od sposobu noszenia,
poruszania się, osobowości właśnie.
I faktycznie, trudno byłoby mi wymienić
osobę, która pod tym względem jest
w stanie dorównać gwiazdom z lat 30.,40.
czy 50. Dlatego też nawet w kinie najbardziej
cenię sobie filmy, które nawiązują
do dawnych stylizacji.
K.Ch.: Szuka Pani u swoich bliskich inspiracji,
konstruktywnej krytyki, rad?
T.R.: Syn wspiera mnie radami w sprawach
organizacyjnych i biznesowych, to
on przygotował pierwszy biznesplan dla
mojej firmy. Mąż jest bezkrytyczny - podoba
mu się wszystko, co na siebie włożę
(śmiech). Weronika też nie zawsze bywa
obiektywna... jednak bezbłędnie wyczuwa
trendy. Kiedy przygotowywałam
kolekcję na 10-lecie, to ona mi powiedziała:
"Mamo, lata 30.! Duże, kanciaste
ramiona" i na ubiegłorocznym pokazie
wystąpiła w sukni swojego projektu,
ecru, z mocno zaznaczonymi ramionami.
I miała rację - jest to absolutny hit zbliżającego
się sezonu.