ESSENCE
Magazyn ludzi sukcesu esencja
dobrego
smaku

Wino a sprawa rodzinna

Wjeżdżamy na serpentyny drogi ciągnącej się pomiędzy pokrytymi dywanami winnic wzgórzami w okolicach Valdobiaddene. Szosa jest tak wąska, że wystawiając ręce przez okno samochodu prawie dotykamy gęsto sadzonych krzewów szczepu prosecco

Tekst Piotr Kołodziejczak fot. Brown Brothers Milawa Vineyard

Moja pasja wino Wino a sprawa rodzinna

Co chwila mijamy kierunkowskazy z nazwami kolejnych winnic. Mijamy je z nieskrywanym żalem, większość z nich to znane nam marki, wielkie koncerny eksportujące swoje produkty na cały świat. Naszym celem jest jednak producent mniej popularny, za to hołdujący tradycjom rodzinnym - Foss Marai. Spotkanie z Carlo uświadomi nam, jak wielki wpływ na wina mają rodzinne korzenie winiarza.

Sąsiedzi i rywale

Najsłynniejszą rodziną winiarską są Rothschildowie. Ojciec rodu Mayer Amschel Rothschild, niemiecki bankier żydowskiego pochodzenia, umieścił pięciu swoich synów (stąd pięć strzał będących logo producenta) w pięciu jego zdaniem najważniejszych miastach Europy - Frankfurcie, Wiedniu, Londynie, Neapolu i Paryżu. W 1853 roku Nathaniel Rothschild, rezydujący w Paryżu, ale pochodzący z londyńskiej gałęzi rodziny, kupił winnicę w Bordeaux. Jej dzisiejsza nazwa to Mouton Rothschild. Dwa lata później została zakwalifikowana jako deuxieme cru classé (druga kategoria w hierarchii bordoskich châteuax). Nathaniel nie chciał się pogodzić z tą porażką, uważając, że jego wina nie odbiegają jakością od tych z premiere cru classé (najwyższa, pierwsza kategoria). W 1868 roku jego wuj, James Rothschild, kupił należącą do najwyższej kategorii w klasyfikacji winnicę Lafite. Sąsiadowała z działką Mouton, ale kosztowała czterokrotnie więcej. W 1922 roku Chateau Mouton odziedziczył Philippe de Rothschild, który postawił sobie za punkt honoru, by jego winnica awansowała w bordoskiej hierarchii. I tu paradoksalnie więzy rodzinne okazały się przeszkodą. Kuzyn Philipa, Elie de Rothschild, ówczesny właściciel Chateau Lafite, zgłosił weto. Jako właściciel jednej z najbardziej prestiżowych bordoskich posiadłości miał do tego prawo. Dopiero w 1973 roku Elie wyraził ostatecznie zgodę, by Chateau Mouton dołączyło do ekskluzywnego grona winnic wchodzących w skład premiere cru classé - nazywanych dzisiaj Wielką Piątką. Rok później schedę po nim przejął baron Eric de Rothschild, który po 120 latach ocieplił stosunki pomiędzy obiema wielkimi winnicami.

Apetyty potężnych Rothschildów nie kończą się na Bordeaux, ani nawet Francji. W ramach spółki z niemniej słynnym rodem winiarskim Mondavich robią wina w Kalifornii. W RPA współpracują z Rupertami. W Chile produkowali jeszcze do niedawna dostępne w Polsce wino Los Vascos. A w tym roku firma Erica kupiła działkę w Chinach. Mimo rodzinnych waśni kolejne pokolenia Rothschildów rozbudowywały swoje firmy, sprawiając, że nazwisko to automatycznie kojarzy się na świecie właśnie z winem.

Rodzinna przyszłość

W drzwiach Foss Marai wita nas właściciel. Od razu proponuje nam wycieczkę po okolicy. Wcześniej jednak prowadzi nas do biura, wskazuje na kolejne osoby siedzące przy biurkach. Witają nas serdecznie. "To wszystko rodzina" - mówi Carlo. "Każde z moich dzieci ma inne zadanie. Syn zajmuje się marketingiem, córka - najważniejszymi klientami. Kolejny syn odpowiada za promowanie marki poza granicami Włoch. Dzięki temu mogą łączyć swoje zainteresowania z pracą w rodzinnym biznesie". Carlo jest wyraźnie dumny, że dzieło jego życia ma bezpieczną przyszłość w rękach jego dzieci.

Firma Brown Brothers z Australii to dowód na to, że radość naszego włoskiego znajomego jest uzasadniona. Nazwa nie jest przypadkowa. Czterej bracia - John, Ross, Roger i Peter - wspólnymi siłami stworzyli winnicę wartą dziś około 50 milionów funtów. Każdy z nich, podobnie jak dzieci Carla, pełnił inną ważną funkcję. John Graham robił wino, Peter dbał o winnicę, krzewy i ich odpowiednie prowadzenie. Ross został dyrektorem marketingu, zaś Roger zajmował się promocją marki. Wszystko szło doskonale, do czasu, aż w 1990 roku na raka mózgu zmarł Roger. Kilkanaście lat później zmarli John i Peter. Ross został sam, bo dzieci Johna i Petera pracowały w innych niż winiarska branżach, zaś dzieci Rossa były za młode, by prowadzić firmę. Nagle świetnie prosperujące, ale opierające się na rodzinnej współpracy przedsięwzięcie zostało pozbawione kadry.

Ojciec Carla również w pewnym momencie chciał przekazać swoją firmę dzieciom. Nie było to jednak świetnie prosperujące przedsiębiorstwo, jak w przypadku Rothschildów czy Brownów.

W latach 70. młodzi ludzie uciekali z biednych okolic Valdobiaddene. Nikt nie palił się do ciężkiej pracy w położonych na stromych stokach winnicach, przynoszących marne zyski. Wina z tego regionu nie cieszyły się wówczas nawet lokalną renomą. Dopiero koniec lat 80. przyniósł pierwsze zmiany. Wraz z modą na lekką, zdrową kuchnię, pojawiło się zapotrzebowanie na pasujące do niej wina - owocowe w smaku, o delikatnym aromacie i najlepiej musujące.

I takie właśnie jest prosecco. Carlo jako jedyny z rodzeństwa zgłosił chęć przejęcia winnicy ojca i za bezcen wykupił udziały swoich braci. Konsekwentnie postawił na jakość, nie zaś, jak większość jego rywali, na ilość. Dzięki temu jako jeden z pierwszych mógł podnieść ceny swoich produktów, gdy prosecco zaczęło zyskiwać należną mu pozycję. Dzięki odwadze, ale i niezwykłemu przywiązaniu do rodzinnych tradycji odniósł ogromny sukces. Dzisiaj jest wymieniany jednym tchem obok najważniejszych producentów regionu. Sprzedaje około 3 milionów butelek wina rocznie. Cena najdroższych sięga trzydziestu euro, co jeszcze kilkanaście lat temu było niewyobrażalne. Carlo przekaże swoim dzieciom coś więcej niż tylko odnoszącą międzynarodowe sukcesy winnicę: pewność, że ciężka, sumienna praca i kontynuowanie rodzinnych tradycji może przynosić niebagatelne zyski. Nie musi ich już przekonywać, że warto pozostać w branży winiarskiej.

Bez kompromisów

Wino dzisiaj to nie tylko romantyczna wizja sielskiego życia na łonie rodziny. To również sposób na wielkie pieniądze. Nie zawsze jest miejsce na sentymenty. Nie miał co do tego wątpliwości Robert Hill Smith, twórca światowego sukcesu marki Yalumba. W latach 80. była to winnica trzeciej kategorii, w dodatku niedochodowa. W zarządzie zasiadali członkowie rodziny Smithów, z których każdy miał odmienną koncepcję na robienie interesów. Robert miał dość nieudolności braci i kuzynów. Postanowił wykupić od nich udziały i przejąć kontrolę nad firmą. Zaraz potem spłacił część długów, odsprzedając bankowi markę win wzmacnianych. "Kiedyś to bank wzywał nas na dywanik, teraz my wzywamy ich" zwykł mawiać. Winnica mogła wreszcie skupić się na generowaniu zysków. Robert postawił na poprawę jakości win, dzięki czemu wkrótce Yalumba stała się symbolem australijskiego winiarstwa na świecie.

Robert jest piątym pokoleniem winiarzy w swojej rodzinie. I pierwszym, które może się pochwalić sukcesami. Choć ma dopiero 56 lat, już marzy o emeryturze. Zanosi się na to, że stery przejmie osoba z zewnątrz, niezwiązana z rodziną Smithów. Ale trudno się dziwić tej decyzji. Robert ma w końcu złe doświadczenia z rodzinnej współpracy.

Winiarskie rody vs winiarskie koncerny

Świat wina dzieli się dzisiaj na dwie kategorie. Winnice należące do wielkich koncernów międzynarodowych, gdzie wielkie pieniądze dają możliwość dostania się na rynki międzynarodowe i zwiększenie sieci sprzedaży. Pozostałe przypadki to winnice rodzinne, od pokoleń pozostające w tych samych rękach. Tam powstają najbardziej cenione trunki świata. Nie bez przyczyny w świecie win funkcjonuje powiedzenie, że wielkich koncernów nie stać na to, aby zepsuć markę swoich najważniejszych win, ale z pewnością nie są w stanie stworzyć ich od podstaw. Do tego potrzebna jest ludzka pasja i brak skrępowania przez księgowych...

Wino niewątpliwie jest sposobem na życie. Znamy historie słynnych aktorów i piosenkarzy czy reżyserów, którzy, osiągnąwszy już sukces w innych dziedzinach, założyli winnicę. Dla nich przejście w świat wina wydaje się być niezwykłą przygodą, drogą do spełnienia na innej płaszczyźnie. Trudno jest się jednak dziwić tym, którzy całą swoją młodość spędzają na wsi wśród krzewów i jedyne, o czym marzą, to ucieczka do miasta, gdzie będą mogli zacząć karierę w interesującej ich dziedzinie. Po śmierci rodziców odsprzedają winnice funduszom inwestycyjnym lub innym winiarzom. To nieuchronna kolej rzeczy. Carlo, zdając sobie z tego sprawę, nakłaniał dzieci do rozwijania pasji, a później sprytnie wykorzystał je do prowadzenia rodzinnego biznesu. Bo winnica dzisiaj to nie tylko zbieranie winogron czy komponowanie kupażu, ale przedsiębiorstwo działające na wielu płaszczyznach.

Autor prowadzi degustacje i pokazy z zakresu win. Jest właścicielem firmy Pick and Taste www.pickandtaste.pl


ESSENCE 2011
 
Biografie gwiazd - Bizneswoman - Czasopismo przedsiębiorców - Ekskluzywne czasopismo - Ludzie biznesu - Ludzie sukcesu - Magazyn biznesmenów - Polskie gwiazdy