Pamięta Pani napis na drzwiach
"nigdy nie zamknięte"?
Magda Gessler: Niegramatyczny,
pamiętam. U Piotra
i Adama na Senatorskiej. To był 1989
rok.
Marek Łuszczyna: Wchodzi Pani.
Magda Gessler: Po raz pierwszy ze swoim
przyjacielem, Sławkiem Ratajskim. Tuż
po powrocie z Madrytu. Poznaję Adama
Gesslera, największego czarodzieja na
świecie. Restauracja, którą prowadził
z bratem, to był wtedy jedyny prywatny
lokal z prawdziwego zdarzenia w Warszawie.
Odznaczała się na tle tej całej szarzyzny
wystrojem, obsługą i osobą właściciela.
Adam miotał się w smokingu pomiędzy
stolikami, cudownie odgrywając
rolę szefa knajpy; szarmancki, dyskretny,
podobny do Jana Englerta. Zwalił mnie
z nóg.
M.Ł.: Zaprosił Panią na randkę.
M.G.: Umówiliśmy się na następny
dzień.
M.Ł.: I nie przyszedł.
M.G.: Nie przyszedł. Adam rzadko przychodzi
na umówione spotkania. No,
ale był jego brat, Piotr. Miał cudowne,
kręcone włosy. Godnie zastąpił swojego
brata i w konsekwencji został moim mężem.
Zabawne, że oni o mnie albo nie rywalizowali,
albo nie dawali tego po sobie
poznać. Obaj udawali, że nie za bardzo
wiedzą o co chodzi.
M.Ł.: Potem Piotr Gessler miał powiedzieć
do brata: "To już druga kobieta,
w którą mnie wrobiłeś". Pierwszą była
Marta.
M.G.: E tam. Piotr wrobił się sam.
A może nie, może to był ich wspólny
plan. Może uznali, że jako żona Piotra
mogę się w jakiś sposób przydać rodzinie.
Proszę nie zapominać, że byłam wtedy -
wedle ich wiedzy - bogatą wdową. Dwa
lata wcześniej zmarł mój mąż, dziennikarz
"Der Spiegla", Volkhart Müller.
M.Ł.: Podobno w rodzinie Gesslerów
czuła się Pani jak w filmie Viscontiego.
M.G.: Cały czas się tak czuję. Wtedy
wpadłam w wir morderczej pracy, nie zostając
udziałowcem. Przez wiele lat tak
naprawdę funkcjonowałam poza interesem,
nie będąc właścicielką żadnej z restauracji.
Byłam od czarnej roboty. Potwornie
ciężko pracowałam.
M.Ł.: Głównie marketingowo. Umiejętnie
wychodząc naprzeciw oczekiwaniom
bogatej klienteli z początku lat 90.
M.G.: Czułam, że klientów należy traktować
z czułością, zapewniając to, czego
im brak. Starałam się, i staram nadal,
stworzyć w każdej restauracji azyl, formę
kryjówki psychicznej, namiastkę domu,
którego każdy pragnie - kolorowego,
pełnego ciepła, czułości i miłości.
M.Ł.: "Staram się leczyć Polaków
z kompleksu braku cukiernika".
M.G.: Staram się rozumieć, że Polacy są
przepełnieni wieloma kompleksami, nie
tylko tym jednym. W związku z tym należy
ich traktować z delikatnością i zrozumieniem.
W każdej swojej restauracji
pragnę stworzyć magiczną atmosferę,
formę spektaklu, teatr, który ma się rozgrywać
na oczach moich gości. Chcę
wpłynąć na samopoczucie każdym detalem
scenografii - kolorem zasłon, kształtami
sztućców, wielkością serwetek.
M.Ł.: Czuwa Pani nad dosłownie każdym
szczegółem?
M.G.: Tak, bo każdy szczegół jest niezwykle
istotny. Planujemy je z najwyższą
drobiazgowością. Tak jak w McDonaldzie
nie ma miejsca na żadną przypadkowość,
jeżeli chodzi o rozmiar bułki czy
wagę kotleta, tak u nas dopracowany jest
każdy detal estetyczny i smakowy.
M.Ł.: Trafiła Pani w dziesiątkę z tworzeniem
"magicznego miejsca" dla kształtujących
się polskich elit politycznych
i artystycznych.
M.G.: Proszę nie robić ze mnie wyrachowanego
marketingowca. Nie uważam się
za wybitną bizneswoman, uważam się
za... czarodziejkę. Wszystko, co robię,
jest autentyczne, płynie prosto z mojego
serca. Żeby osiągnąć sukces, trzeba być
twardym, pracowitym, niezwykle konsekwentnym,
ale należy też lubić ludzi,
świat i siebie. Mieć intuicję. I ja ją posiadam,
jeżeli chodzi o zaspokajanie potrzeb
swoich gości. Chciałabym, żeby mieli
u mnie lepiej, niż mają na co dzień - oto
cała tajemnica.
M.Ł.: A co to znaczy - mieć dobry
gust?
M.G.: Posiadać w sobie lekkość i talent
do tworzenia rzeczy pięknych. To
coś bardzo trudnego do wypracowania.
Trzeba się z tym urodzić, choć oczywiście
można się pewnych zasad nauczyć.
M.Ł.: Polacy mają dobry gust?
M.G.: Różnie bywa. Na pewno mają go
Polki. Na tle przedstawicielek innych
krajów są eleganckie, ciekawie dobierają
kolory, widać, że mają na siebie pomysł.
Tylko jednocześnie są bardzo konserwatywne
i nieśmiałe. Powinny być odważniejsze,
szukać bardziej szykownych rozwiązań.
M.Ł.: Na jaki element garderoby zwraca
Pani uwagę u mężczyzn?
M.G.: Podczas pierwszego spotkania -
na buty. Mężczyzna w złych butach jest
spalony. Może mieć mniej kosztowny zegarek,
garnitur, ale obuwie to rzecz absolutnie
kluczowa w męskiej garderobie.
M.Ł.: Zegarek nie?
M.G.: Znam bardzo bogatych mężczyzn,
którzy noszą Swatche i bardzo im
one pasują. Uważam, że zbyt kosztowny
zegarek na ręku mężczyzny może być
oznaką andropauzy. Podobnie jak Porsche
(śmiech). Lubię mężczyzn ubranych
w lekkie, lniane garnitury, niekoniecznie
upiornie drogie. Podoba mi się, kiedy są
ubrani odrobinę "niechcący". Na luzie.
Bez skarpetek.
M.Ł.: Ale Pani przywiązuje wielką wagę
do swojego wyglądu. Podobno kładzie
się Pani spać w pełnym makijażu.
M.G.: To prawda. Szkoda mi, że tak
ładnie wyglądam i muszę przed snem
"zbrzydnąć", więc rezygnuję z demakijażu.
Dopiero rano biorę długą, godzinną
kąpiel i kładę nowy. Ale to tylko wtedy,
gdy jestem z moim mężem.
M.Ł.: Myślałem, że to złośliwość nieprzychylnych.
M.G.: Nie, to akurat prawda, na
złośliwości nieprzychylnych dawno przestałam
zwracać uwagę. W ogóle ich nie
śledzę, nie sprawdzam, co o mnie nowego
napisano w internecie lub powiedziano
na mieście, bo chyba bym zwariowała,
jeśli przywiązywałabym wagę
do krążących opinii. Wie pan, w Polsce
wciąż, wbrew pozorom, ciężko być kolorowym
ptakiem. Zawiść w stosunku
do ludzi, którym się powiodło, jest tak
duża, że może wepchnąć w wielkie osamotnienie.
M.Ł.: Sukces izoluje społecznie?
M.G.: Niestety tak - powoduje, że człowiek
nabiera podejrzeń i szuka interpretacji
zachowań innych ludzi. Aha - czasem
zapala mi się w głowie lampka - coś
za bardzo ta osoba była miła. Sukces
przyzwyczaja do tego rodzaju poszukiwań
drugiego dna. Najgorsze, że osoby
osamotnione z powodu życiowych osiągnięć
starają się robić za dużo, okazują coraz
więcej emocji i uczuć licząc, że dostaną
w zamian coś autentycznego. To
męczy. Kiedyś usłyszałam od jednego aktora:
"Uciekaj, kolorowy motylu, bo ci
tutaj spalą skrzydełka".
M.Ł.: Spalili?
M.G.: Bywa, że wciąż usiłują.
M.Ł.: "Kiedy jestem smutna - maluję,
kiedy rozpiera mnie radość życia - gotuję".
Częściej Pani gotuje czy maluje?
M.G.: (śmiech) Gotuję i maluję codziennie.
Wymyślam i wprowadzam w życie
większość pomysłów scenograficznych
do restauracji. Ale bardzo ciekawe rzeczy
dzieją się, kiedy ani nie maluję, ani
nie gotuję - w nocy. Wie pan, co mi się
ostatnio przyśniło? Ogromne kalafiory,
nieco spłaszczone, ze skórką od jabłka
antonówki, wypełnione rozpierającym
je spulchnionym miąższem jabłka. Czad,
prawda?
M.Ł.: Dobrze wspomina Pani lata swojego
dzieciństwa?
M.G.: Było dosyć stresujące, miałam
wymagających rodziców, którzy trochę
nie dawali sobie ze mną rady. Tata dużo
podróżował, często go nie było.
M.Ł.: Pani ojciec, Mirosław Ikonowicz,
to słynny korespondent wojenny, autor
popularnej książki "Zawód korespondent".
M.G.: Tata wciąż jest bardzo aktywny,
dużo podróżuje, kończy kolejną książkę.
Kilka dni temu wrócił z Gruzji. W drodze
do Tbilisi Lufthansa zgubiła jego bagaż,
w którym była kamizelka kuloodporna.
M.Ł.: Pożyczył?
M.G.: Chodził bez, to w jego stylu.
M.Ł.: Pani brat, Piotr Ikonowicz, jest
natomiast największym utopistą politycznym
w historii naszego kraju. Nawet
najbardziej lewicowi politycy twierdzą,
że nie da się z nim rozmawiać, bo
dawno stracił styczność z realiami politycznymi.
M.G.: Ha, mówi się tak, bo jest prawdziwym
ideowcem, do cna wyzbytym
koniunkturalizmu. Piotr naprawdę wierzy
w to, co robi oraz mówi i ja go za to
bardzo szanuję. Myślę, że jego wiara mogłaby
się przełożyć na konkretne działania.
To prawdziwy socjalista, autentycznie
pogardzający mechanizmami politycznej
gry.
M.Ł.: Jak Che Guevara. Mógłby zginąć
z rąk żołnierzy generała Franco, gdyby
urodził się pokolenie wcześniej.
M.G.: Proszę nie ironizować. Stać go na
wiele. Nasza matka wpoiła mu to idealistyczne
podejście do życia. Ale coś panu
powiem. Uważam, że o życiowym powodzeniu
mężczyzny decyduje to, z kim
się ożeni. Odpowiednia kobieta potrafi
z każdego mężczyzny zrobić fantastycznego
faceta. Nieodpowiednia - zamkniętego
w sobie, niespełnionego frustrata.
I Piotrek chyba taką swoją idealną kobietę
przegapił. To była Zofia Reyman,
jego pierwsza żona. A kobieta naprawdę
jest w życiu mężczyzny sprawą absolutnie
pierwszą. Kimś, kto decyduje o sukcesie
lub niepowodzeniu życiowego opus
magnum