Biznesmeni patrzą, jak ich
konta topnieją w oczach.
Jak ludzie biznesu reagują na
kryzys?
Jacek Santorski: Pewien polski przedsiębiorca,
żeby się nie denerwować, zafundował
sobie duży rejs. On się zdystansował,
a czas kryzysu stał się sprawdzianem
dla jego menedżerów. Wielu biznesmenów
wychodzi z założenia, że - tak jak
trzeba zdobyć kiedyś pierwszy milion -
tak ten ostatni mają już zabezpieczony.
Oczywiście, są też tacy, którzy wpadają
w panikę, najczęściej mało doświadczeni
spekulanci, żyjący z gry na giełdzie. Natomiast
jeżeli chodzi o reakcję firm, to
wiele zależy od ich wielkości. Małe i średnie
myślą o tym, jak się twórczo dostosować
i przebudować. Te większe, które
można by porównać do ogromnego tankowca,
potrzebującego do każdego manewru
o wiele więcej czasu, są w trudniejszej
sytuacji. Raczej muszą się odchudzić.
Julia Łapińska: Skuteczniejsza jest przebudowa
czy przeczekanie?
Jacek Santorski: Człowiek, który myśli
nie tylko o tym, jak się zabezpieczać,
ale też o tym, jak wygrywać, z psychologicznego
punktu widzenia reprezentuje
najlepszą postawę. Jim Collins w swojej
książce "Good to Great" odkrył, że największą
siłą odznaczają się ci, którzy mają
szeroko otwarte oczy na brutalne fakty
i mimo to nie tracą wiary. Reprezentantom
zachowawczej strategii powiedziałbym:
zachowujcie procedury awaryjne,
ale pamiętajcie, że być może pojawią się
okazje, żeby wygrać.
J.Ł.: Czyli w czasie kryzysu prosta rada
- że wszyscy mają się uspokoić, niekoniecznie
jest tą najlepszą.
J.S.: Uspokoić trzeba umysły, natomiast
niekoniecznie działanie. W sztuce samurajskiej,
aikido, jest powiedziane, że
jeśli twój umysł jest spokojny, działaj
jak wicher. Natomiast jeśli jest niespokojny,
zwolnij. Myślę, że trzeba dostosować
swoje działanie do stanu swojego
umysłu. Niepokój i gonitwa myśli nie są
dobrymi doradcami. Natomiast można
działać błyskawicznie wtedy, kiedy jesteśmy
przytomni. Wszelkie doświadczenia
ze sztuk walki czy z systemów przetrwania
będą teraz pomocne. To jest czas dla
menedżerów i przedsiębiorców uprawiających
wyczynowy sport albo interesujących
się różnymi działaniami komandosów
lub ratowników, którzy wiedzą, jak
przetrwać, wygrywać i jeszcze pomagać
innym w kryzysie.
J.Ł.: Menedżerowie coraz częściej korzystają
z porad psychologów biznesu.
J.S.: Ta potrzeba rzeczywiście ostatnio się
nasiliła, przynajmniej w odniesieniu do
tego sektora psychologii biznesu, który
jest związany z wartościami i morale,
a także z umiejętnościami innowacyjnymi,
dotyczącymi jednocześnie bardzo
odpowiedzialnych decyzji i działań.
Trzy lata temu razem z moją wspólniczką
stworzyliśmy firmę, którą po pierwszej
rozmowie nazwaliśmy Values. Przewidując,
że podstawowym czynnikiem zarówno
przewag konkurencyjnych, jak
i receptą na trudności w biznesie staną się
wartości. I tak się teraz dzieje.
J.Ł.: Biznes i wartości idą ze sobą w parze?
J.S.: Na przełomie lat 70. i 80. przeprowadzono
szereg badań. Poddano w nich
analizie historię największych przedsiębiorstw,
które przetrwały sto i więcej lat.
Okazało się, że jeżeli przedsiębiorstwa
działają wielopokoleniowo, to łączy je
jedna cecha. Ich założyciele i top management
nastawieni byli na coś więcej niż
zysk. Twórcy Johnson&Johnson, bracia
Merck czy Walt Disney mieli poczucie
misji. Chcieli, żeby ich przedsiębiorstwa
były pełne wartości, takich jak choćby
szacunek.
J.Ł.: Wielu robi jednak inaczej i całkiem
dobrze prosperuje.
J.S.: Oczywiście, piraci, którzy w tej
chwili zajmują tankowiec, także są wierni
swoim wartościom.
Wartościami piratów są bezwzględność,
chciwość i brawura. Istnieją firmy, w których
właściciel wierny jest zasadzie: mnie
wolno pomiatać ludźmi, bo ja założyłem
tę firmę i o wszystkim decyduję. Taki
człowiek ma poczucie, że niezależnie od
tego, jak źle się zachowa, jest w stanie zatrzymać
w firmie każdego. Byłem świadkiem,
kiedy właściciel firmy do chcącego
odejść pracownika powiedział: chyba cię
po...ało.
J.Ł.: I odszedł?
J.S.: Nie, tylko ja odszedłem. Nie było
tam miejsca na mój consulting. Ale
można powiedzieć, że wartości tego człowieka
są jasne: władza, pieniądze i bezwzględność.
Jego działanie jest spójne
z jego wartościami i jednocześnie ta firma
działa. Więc ja nie mogę powiedzieć,
że wszystkich, którzy się źle zachowują,
spotka kara i nie zarobią pieniędzy. Pytanie
tylko, jakie życie ma ten człowiek?
Jestem oburzony jego zachowaniem, ale
jednocześnie głęboko mu współczuję.
Istnieje jednak wiele dobrych przykładów
i my pracujemy w obszarze, w którym
można rozwijać uniwersalne wartości,
takie jak szacunek dla drugiego człowieka,
odpowiedzialność, kreatywność
oraz współpraca. Jeśli tymi wartościami
przeniknięta jest firma, służy to nie tylko
wynikowi biznesowemu, ale i ludziom,
którzy ją prowadzą i w niej pracują. Takich
firm jest 15% i my akurat z takimi
współpracujemy.
J.Ł.: Jak to się stało, że Pan, ceniony psychoterapeuta,
zajął się coachingiem?
J.S.: Mariusz Łukasiewicz przyjechał do
mnie w 1998 roku, pamiętam to do dzisiaj,
i powiedział: "Pan napisał książkę
"Jak żyć, żeby nie zwariować". Ja posiadam
grupę wspaniałych ludzi, dla których
mam takie zadania i takie wyzwania,
że boję się, iż zwariują. Czy może mi
pan towarzyszyć, żebym z większym wyczuciem
mógł z nimi pracować?". To był
psychologiczny coaching procesu ekstremalnie
kreatywnego. Chodziło o to, jak
dobrać ludzi, jak ich zestawić, na jakich
miejscach posadzić. Celem było przekształcenie
firmy handlowej w pierwszy
polski bank detaliczny. Po dwóch latach
pracy, wskutek pewnej gry akcjonariuszy,
Mariusz musiał odejść z Lukas Banku.
Zdecydował się jednak jeszcze raz zrealizować
swoją wizję. Zaczęliśmy tworzyć
wspólnie Eurobank, gdzie najpierw
byłem coachem, a potem znalazłem się
w radzie nadzorczej. Cały ten proces
przerwała nieoczekiwana śmierć Mariusza
Łukasiewicza. Po prostu zatrzymało
się serce. Do dziś nie wiadomo dlaczego.
J.Ł.: Pracuje Pan w tej chwili dla prezesów
kilku spółek.
J.S.: To specyficzny coaching dla top menedżerów,
który łączy w sobie "superwizję"
i consulting.
Dobry lider jest nie tylko menedżerem,
ale i coachem dla swojego podwładnego.
Ja mu w tym towarzyszę, mówiąc, co zobaczyłem
i doradzając, jak mógłby skorygować
swoje działania.
J.Ł.: Potocznie postrzega się psychologa
raczej jako kogoś, kto rozgrzebuje
ludzką duszę. Psycholog biznesu natomiast
to osoba udzielającą precyzyjnych
rad.
J.S.: Na początku mojej kariery jeden
z prezesów powiedział mi, że dopiero
po moim consultingu odzyskał wiarę
w skuteczność psychologów. Tłumaczył:
"Zwalniałem pracownika i potrzebowałem
porady. Więc szedłem do pani psycholog.
A ona zaczynała: "Wie pan co,
myślę sobie..." - A przecież ona nie ma
myśleć "sobie". Ma myśleć dla mnie!" -
denerwował się. Psycholog zajmujący się
coachingiem musi mieć pokorę wobec
świata biznesu, jego potrzeb i specyfiki.
Musi ciągle obserwować, co się dzieje
w świecie jego klienta. Dopiero z tej perspektywy,
po wnikliwej analizie sytuacji,
może pokazywać mu pewne opcje.
Jednocześnie gruntowna psychologiczna
wiedza jest niezbędna. Coach manager
potrzebuje więcej psychologii, niż się nauczy
na zwykłych szkoleniach coachingowych.
Tam słyszę tylko: "nie wchodź
w emocje, nie wchodź w tematy osobiste".
J.Ł.: Jak wobec tego rozpoznać dobrego
coacha?
J.S.: Chciałbym oczywiście powiedzieć,
że po renomowanej firmie, ale międzynarodowa
nazwa nie jest, niestety, decydującym
kryterium. Z pewnością należy
zwrócić uwagę na proporcję pytań i sugestii
u coacha. Jeżeli tylko zadaje pytania,
to znaczy, że jak małpa nauczył się techniki
coachingu przez zadawanie pytań.
Jeżeli tylko daje sugestie, też niedobrze.
Przyznam, że mam mieszane uczucia
w związku z falą zainteresowania coachingiem
w Polsce. Z jednej strony,
cieszę się, że to zainteresowanie rośnie,
z drugiej - niepokoję, że tak łatwo dostać
licencję. W mojej firmie osoba asystująca
procesowi coachingu czeka na to kilka
lat.
J.Ł.: Firmy przychodzą do Pana z konkretnymi
problemami. Które z nich najczęściej
się powtarzają?
J.S.: Najbardziej charakterystyczne są
konflikty między właścicielami. Czasem
firma chce wyłożyć duży budżet na integrację
między działami. Diagnozujemy,
że problem tkwi w konflikcie między dyrektorem
sprzedaży i marketingu. Wystarczyłoby
teraz, żeby ci dwaj się dogadali,
a ich zespoły to zobaczyły. W innym
wypadku, niezależnie od ilości zajęć integracyjnych,
w firmie działać będą mechanizmy
dworskie, jak manipulacja i budowanie
niezdrowych frakcji.
Potrzeba konsultacji z nami pojawia się
też u firm, które zaczynały od czterech
pracowników i obrotu milionowego,
a w ciągu dwóch lat zwiększyły swoje dochody
do 50 milionów i zatrudniają 140
osób. To są często branże informatyczne
czy telekomunikacyjne, których właściciele
nie rozumieją, czemu mimo coraz
lepszych zarobków pojawiły się problemy
finansowe. Wtedy trzeba firmie pomóc
się zatrzymać i wypracować rozwiązania
zapobiegające podkradaniu ludzi,
wynoszeniu informacji czy utracie przewagi
konkurencyjnej. Tu niezbędna jest
wiedza ekonomiczna, bo bez znajomości
procesów biznesowych nie pomoże nawet
najwybitniejszy profesor psychologii.
Trzeci rodzaj problemów to sytuacje,
kiedy firmy się przebudowują. W Power
Poincie kreska opisująca ten proces od
razu idzie w górę. W rzeczywistości nawet
najlepsza zmiana prowadzi do chwilowego
kryzysu. Wzrost następuje później.
Dlatego tłumaczymy menedżerom
dynamikę procesu zmiany, ucząc, jak najlepiej
komunikować to pracownikom.
J.Ł.: Znów pojawiło się to prześladujące
wszystkich słowo: kryzys. Pan go zresztą
przewidział, bo w styczniu ukaże się
Pana książka, pisana wspólnie z dziennikarką
Karoliną Święcicką, o tym, jak
przetrwać w czasach bessy.
J.S.: Pracę nad książką "Wskazówki na
dobre i na złe czasy" skończyłem w sierpniu,
nie przewidując ani skali kryzysu,
ani miejsca, w którym się zacznie. Wcześniej
napisałem wspólnie z Bertrandem le
Guern i Mirosławem Konkelem książkę
"Prymusom dziękujemy", w której przestrzegałem
przed tym, że żyjąc tyle lat
w hossie można zgubić azymut. Zgodnie
z prawami psychologii oraz ekonomii,
kryzys musiał nastąpić. Uznałem, że
nowa książka, ze wskazówkami nie tylko
na dobre, ale i na złe czasy, będzie potrzebna.
J.Ł.: Podczas naszej rozmowy mówił
Pan o misji w biznesie jako gwarancie
wielopokoleniowego trwania firmy. Co
stanowi misję dla Pana?
J.S.: Moją misją od lat jest poszukiwanie
takiej mądrości życiowej, która byłaby
na tyle prosto ujęta, żeby dotrzeć
do większej grupy odbiorców, a zarazem
na tyle wyrafinowana, by nie okazać się
banałem, który można znaleźć wszędzie.
To poczucie towarzyszyło mi, kiedy zajmowałem
się psychoterapią, prowadziłem
wydawnictwo czy działałem w mediach.
Teraz zdecydowałem się moją wiedzę
promować w świecie biznesu.