Jest Pan czterokrotnym mistrzem Polski. Startuje Pan w największych rajdach samochodowych zarówno w Polsce, jak i za granicą. Czy uważa się Pan za człowieka sukcesu?
Leszek Kuzaj: Nigdy nie rozpatrywałem tego w takich kategoriach. Myślę, że osiągnąłem bardzo wiele w tym sporcie. Przede wszystkim jestem zawodowym kierowcą. Teoretycznie każdy może być kierowcą rajdowym, ale utrzymywać się z tego nie jest łatwo. Z jazdą samochodem jest jak z grą na instrumencie muzycznym. Grać może każdy, ale nie każdy może tego słuchać. Nie każdy może dojść wysoko. Mnie się to udało.
Magdalena Owoc: Kto jest dla Pana autorytetem? Czy obecnie startuje kierowca, którego Pan ceni, podziwia?
Leszek Kuzaj: Największym autorytetem jest dla mnie Sobiesław Zasada, ponieważ przez całe swoje życie konsekwentnie parł do przodu i nadal tak jest. Myślę, że jego osiągnięcia na arenie międzynarodowej są jak do tej pory największymi w historii polskiego sportu motorowego.
Obecnie jest wielu rajdowców, których bardzo cenię i z których próbuję zaczerpnąć pewne wzorce. Jednak najbliżej mi było do Colina McRae, niestety tragicznie zmarłego kilka miesięcy temu. Zresztą zawsze nazywany byłem polskim Colinem. Brało się to głównie z mojego charakteru jazdy. I też przy okazji ze spektakularnych wypadków (uśmiech).
M.O.: Debiutował Pan w 1988 roku w Rajdzie Elmot. Interesował się Pan rajdami od dzieciństwa?
L.K.: Zaszczepił to we mnie mój nieżyjący już ojciec, który także startował w rajdach. Miałem taki okres w życiu, kiedy to wszystko się rozeszło, ale jednak moja siła woli i genetyczne ukształtowanie pchały mnie do rajdów. Więc wróciłem. Może trochę za późno, ale i tak jestem zadowolony, że mi się udało. Cztery razy zdobyłem tytuł Mistrza Polski. To bardzo miłe uczucie być najlepszym kierowcą w kraju.
M.O.: Czy po tylu latach uprawiania sportu, rajdy traktuje Pan nadal jako pasję, czy raczej zainteresowanie przerodziło się w zawód?
L.K.: Myślę, że to jest najfajniejsze w moim życiu, że zawód jednocześnie jest pasją. Po prostu robię to, co kocham. Bywają ciężkie chwile, bo rajdy to wymagający sport, uzależniony od wielu czynników, na które czasami nie mam wpływu. Bardzo trudno jest przebić się przez złą passę. Ale są także przebłyski, które pozwalają umacniać tę miłość.
M.O.: Czy w Polsce są warunki do uprawiania rajdów samochodowych?
L.K.: Warunki w Polsce nie są najlepsze. Najgorsze jest położenie geograficzne naszego kraju - mała ilość gór i prawdziwych odcinków górskich, bardzo krętych, na których można trenować. Oczywiście wszystkie sprawy związane ze zdobywaniem pieniędzy, pozyskiwaniem sponsorów także nie są łatwe. Znam bardzo wielu dobrych kierowców, którzy są bez pracy. A ja ciągle mam pracę.
M.O.: Rajdy to droga pasja?
L.K.: Sporty motorowe są bardzo drogie. Sprzęt wyczynowy osiąga zawrotne ceny. I jeżeli rajdy pozostają jedynie hobby, to mogą być takim tylko dla bardzo bogatych ludzi. Natomiast jeśli chcesz się z tego utrzymywać, to jest pewien problem, bo nikt nie zainwestuje na początku nawet w obiecujący talent. Dlatego ta droga jest po prostu bardzo ciężka.
M.O.: Czy jest dla Pana coś równie przyjemnego jak rajdy?
L.K.: Teraz to się zaczerwieniłem (śmiech). A tak serio, to uwielbiam mieć wolny czas, dlatego że go w ogóle nie mam. Staram się go zawsze spędzać ze swoimi dziećmi. To jest moja jedyna nagroda za wszystkie wyjazdy. A o innych przyjemnościach może już nie będę mówił...
M.O.: Pierwszy samochód dostał Pan od taty?
L.K.: Tak, Fiata 126 p. To było po wielkich perypetiach rodzinnych i to była tak naprawdę jedyna pomoc mojego taty w rajdach. Malucha oczywiście od razu przerobiłem na samochód rajdowy. Miałem wtedy 17 czy 18 lat. Ale jeździć zacząłem wcześniej, pierwszą licencję zrobiłem mając chyba 14 lat. Nikt mi w to nie wierzy do dzisiaj, ale wtedy to były zupełnie inne czasy.
M.O.: Czym Pan teraz jeździ?
L.K.: Subaru Impreza Sti i Porsche Gt3.

M.O.: Dlaczego właśnie Porsche?
L.K.: To jest marka, którą kocham, mój faworyt. Zresztą, winny jest temu Sobiesław Zasada. To dzięki niemu zrodziła się we mnie miłość do tego samochodu. Później pojawiła się druga miłość motoryzacyjna, z którą jestem związany - Subaru. A Porsche jest kanonem. Ze 4-5 lat temu nawiązałem współpracę z Jarkiem Śliwką, który bardzo rozwinął Porsche w Polsce. Spotkaliśmy się przypadkowo i od sympatii przeszliśmy do czynów, tworząc w Polsce program drivingowy. To jest kolejna praca, którą kocham.
M.O.: Czy samochód może poprawiać męskie ego?
L.K.: W programie "Top Gear" padło stwierdzenie, że faceci różnią się od chłopców tylko ceną zabawek. Każdy dobry, sportowy samochód jest niestety drogi i można go odbierać równie dobrze jako lansowanie się. Ja natomiast kocham samochody, również te drogie. Ale myślę, że samochód nie poprawia mojej wewnętrznej wartości. Niektórzy faceci, jeśli wydają masę pieniędzy na dobrą markę, to niekoniecznie dlatego, żeby się pokazać. Ja na przykład unikam jazdy po mieście swoim Porsche.
M.O.: A jak Pan jeździ po mieście?
L.K.: Grzecznie (śmiech). Jazda po mieście męczy. Dlatego w mieście uwielbiam jeździć autem z automatyczną skrzynią biegów. Nienawidzę manualnej.
M.O.: I nie przekracza Pan dozwolonej prędkości?
L.K.: W mieście jest to trudne. Myślę, że na mnie spoczywa jeszcze większa odpowiedzialność niż na pozostałych ludziach, którzy nie zawsze wiedzą, co robią za kierownicą. Poza tym, jeśli potrzebuję adrenaliny, to wiem gdzie jej szukać (uśmiech). I mam ją dostarczoną przynajmniej raz na dwa tygodnie przez parę dni, więc raczej poszukuję relaksu.
M.O.: Kobiety za kółkiem. Jeżdżą gorzej, lepiej czy może bezpieczniej niż mężczyźni?
L.K.: Różnie, bardzo różnie. Znam kobiety, które naprawdę świetnie jeżdżą. I staram się specjalnie nie rozgraniczać. Myślę, że są gorsze przypadki za kierownicą...
M.O.: Słucha Pan w samochodzie muzyki czy tylko silnika?
L.K.: W moim Porsche zamówiłem najprostsze radio, żeby nie zakłócać tej wyszukanej jednostki napędowej. Ale oczywiście w każdym samochodzie zawsze czegoś słucham. Mam całą kolekcję płyt. Niestety, nie do końca mogę oddawać się muzyce, bo muszę mieć pełną kontrolę nad tym, co dzieje się w samochodzie.
M.O.: Oprócz startów w rajdach, prowadzi Pan własną firmę. Jak to się zaczęło? Skąd pomysł na własny interes?
L.K.: Zawsze miałem jakąś swoją firmę, byłem dość dużym indywidualistą. W latach 90. zajmowałem się produkcją odzieży młodzieżowej.
M.O.: To bardzo odbiega od Pana zainteresowań?
L.K.: Tak, ale żeby od tych "nastu" lat móc startować i przede wszystkim trenować, musiałem sam zarabiać na siebie. Tak się moje losy potoczyły, że zostałem producentem odzieży, tworzyłem całe kolekcje. Miałem praktyki we Włoszech w tym kierunku. Mając dwadzieścia kilka lat, uczyłem się i pracowałem, praktycznie od rana do wieczora, żeby móc jeździć i trenować. Później, kiedy musiałem przestać jeździć, całą tęsknotę za rajdami zabijałem w pracy. W pewnym momencie jednak firma była tak duża, że postanowiłem ją sprzedać. I zainwestowałem pieniądze w siebie.
M.O.: Teraz prowadzi Pan firmę Kuzaj Sport?
L.K.: Moje możliwości menedżerskie nie są złe i miałem możliwość przekonywania sponsorów do zainwestowania pieniędzy. Tak powstała firma Kuzaj Sport, która obsługiwała wszystkie moje kontrakty. Następnie przekształciłem ją w tzw. dział sportu, specjalizujący się w Subaru i Porsche. Z Subaru są to samochody rajdowe, a z Porsche wyścigowe.
M.O.: Zajmuje się Pan przygotowaniem Subaru do rajdów?
L.K.: Budową od podstaw plus przygotowaniem obsługi. Ponieważ sam zakup samochodu może nie stanowić wielkiego problemu, natomiast eksploatacja i przygotowanie są raz - bardzo kosztowne, a dwa - wymagają odpowiedniej wiedzy i ludzi.
M.O.: Pomimo wielu zajęć, znajduje Pan czas na akcje społeczne, charytatywne.
L.K.: Od wielu lat angażuję się w różne akcje, spotkania z młodzieżą dotyczące bezpieczeństwa. Jeżdżąc po Polsce, sam jestem świadkiem wielu wypadków, których można by uniknąć. Był taki okres, że na rajdach mieliśmy wiele wypadków z udziałem kibiców. Staraliśmy się wprowadzić metody zapobiegawcze, przez edukację. Myślę, że to odniosło pozytywny skutek. Wiele się zmieniło od tego czasu. W tej chwili angażuję się bardziej indywidualnie. Mamy w firmie kilka osób, którym staramy się pomóc. Są to osoby, które spotkało nieszczęście. Chcemy im przywrócić jakieś światełko w tunelu. Niedługo będę brał udział w akcji "Krewniacy".
M.O.: Znajduje Pan czas na odpoczynek, rodzinę?
L.K.: Z tym jest problem. Ostatnio za bardzo poszedłem w stronę wyczynu i współpracy z różnymi firmami. Ostatnie 2-3 lata są po prostu wyjęte z mojego życiorysu. Większość czasu spędzam albo w samochodzie, albo w samolocie. Nie byłem od paru lat na wakacjach i to nie jest dobre. Rodzinę widzę bardzo rzadko. No cóż, ale mam fajne dzieci (uśmiech).
M.O.: Jak spędza Pan wolny czas, o ile go ma? Jakieś hobby poza rajdami?
L.K.: Od paru lat jestem zarażony lotnictwem. W każdej wolnej chwili, jeśli mam możliwość, staram się polatać. Nie mogę jednak skończyć licencji, bo nigdy nie mam na to czasu, a trzeba swoje "wylatać". Kręci mnie samo latanie.
M.O.: Adrenalina?
L.K.: Adrenalina i pewnego rodzaju wolność. Poza tym, jeśli tylko nie jest noc albo wieczór, to tam na górze zawsze świeci słońce, a ja bardzo lubię słońce. Lubię także jeździć na rowerze. Mam przynajmniej raz w tygodniu trening, 70 km na rowerze. Zmęczenie fizyczne daje mi satysfakcję.
M.O.: Urodził się Pan i mieszka w Krakowie. Czy jest takie miejsce, które szczególnie Pan lubi, do którego wraca?
L.K.: Tak, moja firma... Mam parę miejsc na świecie, które bardzo lubię. Można mieć mieszane uczucia, ale pomyślałem o Monako i Nicei.
M.O.: Kasyno?
L.K.: Nie. To mnie absolutnie nigdy nie interesowało. Lubię adrenalinę, ryzyko, ale nie hazard. Mam jeszcze dwa takie fantastyczne miejsca na świecie. Jedno w Argentynie, w górach, a drugie w Japonii na wyspie Hokkaido. Byłem tam przy okazji rajdów, ale to są miejsca, które odwiedzałbym bardzo chętnie, przy każdej okazji. W Polsce natomiast bardzo lubię Dolny Śląsk. Są miejsca, gdzie czuję się naprawdę świetnie, np. okolice Polanicy czy Świdnicy.
M.O.: Lada dzień, 8 grudnia, odbędzie się ostatnia impreza sezonu, 45. Rajd Barbórka. Od 2004 roku jest Pan jego zwycięzcą. Czy w świecie kierowców rajdowych Barbórka, która nie ma rangi mistrzowskiej, nie jest traktowana jako impreza skierowana głównie do kibiców i sponsorów?
L.K.: Zawsze mówię, że jest to najśmieszniejszy rajd, jaki się odbywa, bo tak naprawdę nie jest rajdem. Ja go nie lubię. Po pierwsze - jest w Warszawie. A ja nie bardzo lubię poruszać się samochodem po Warszawie, bo kojarzy mi się z trudnością przemieszczania. Natomiast jednej rzeczy tu nie można odmówić organizatorom. Podczas Barbórki jest coś, co każdy kierowca na pewno chciałby przeżyć, to jest odcinek Karowej. To jest tak naprawdę zasługa kibiców i publiczności. Gdyby nie oni, to ten odcinek wcale by nie istniał. Dzięki kibicom jest atmosfera, zawsze jest świetnie. Medialnie Barbórka jest w Polsce najbardziej rozpoznawalna i dlatego ten krótki, mały rajd jest tak istotny. Mimo że ten rok był dla mnie koszmarny, jeśli chodzi o wszelkiego rodzaju przedsięwzięcia sportowe, to jestem pełen determinacji żeby wygrać Barbórkę po raz czwarty.
M.O.: A jakie są Pana plany na przyszłość?
L.K.: Na pewno w przyszłym roku będę startować w Polsce. Nie wiem jeszcze jak moje starty zagraniczne. Mam kilka propozycji, ale potrzebuję naładować baterie. Ponieważ w tym roku nie obroniłem tytułu Mistrza Polski, muszę pomyśleć o swojej przyszłości. Jeżeli będę chciał odejść, to z piątym tytułem. Zamierzam w którymś momencie przestać. Niewątpliwie zostanę przy sporcie samochodowym. Muszę jeszcze znaleźć jakiś młody, polski talent.