ESSENCE
Magazyn ludzi sukcesu esencja
dobrego
smaku

Miłość do czterech kółek

"Samochodem jeżdżę od przedszkola. Podglądałem jak ojciec prowadzi
i poprosiłem go, żeby dał mi się przejechać. Posadził mnie między kolana,
i ruszyłem...". W tym roku wystartował tylko w 2 rundach Mistrzostw Polski
i okazał się najlepszym z Polaków. Krzysztof Hołowczyc, wielokrotny mistrz Polski
i mistrz Europy opowiada o swojej miłości do motoryzacji.

Rozmawiała Beata Steć

Krzysztof Hołowczyc

Jak zaczęła się Pańska przygoda z tym sportem?

Krzysztof Hołowczyc: Można powiedzieć, że samochodem jeżdżę od przedszkola. Podglądałem jak ojciec prowadzi i kiedyś poprosiłem go, żeby dał mi się przejechać. Posadził mnie między kolana, zsunąłem się i ruszyłem. Bez kangura! Tego dnia ojciec zaczął mnie uczyć jeździć. Oczywiście skończyliśmy w rowie, ale zrozumiałem, że motoryzacja będzie moją pasją. Później, jeszcze w szkole podstawowej, ścigałem się na kartingach. Na trasę swojego pierwszego rajdu wyruszyłem Fiatem 125p w 1984 roku. Już w kolejnym sezonie zdobyłem tytuł Mistrza Polski gr. N.

Beata Steć: Jak po latach jazdy różnymi typami samochodów wspomina Pan Fiata 125p?

Krzysztof Hołowczyc: Początki nigdy nie są łatwe ani w sporcie, ani w niczym innym w życiu. Żaden młody zawodnik nie startuje od razu autem najwyższej klasy. Najpierw trzeba wykazać się talentem, odwagą i wolą walki. Mówi się, że prawdziwa miłość rodzi się w bólach i tak też było z moją miłością do motoryzacji.

B.S.: Jest Pan niezwykle popularną postacią, sportowcem o najdroższym wizerunku na rynku reklamowym. Czuje się Pan człowiekiem sukcesu?

K.H.: Dzięki sukcesom sportowym zdobyłem określoną popularność. Teraz, gdy już tak często się nie ścigam, mam czas i możliwości, by wykorzystać swój image i doświadczenie w słusznym celu. Dlatego właśnie powstała Fundacja "Kierowca Bezpieczny". Celem jej działalności jest poprawa bezpieczeństwa ruchu drogowego, m.in. poprzez edukację komunikacyjną młodzieży oraz zaangażowanie społeczeństwa w działalność w tym zakresie. Jest to dla mnie ogromne wyzwanie, a każda efektywna akcja jest dużym sukcesem, chyba jeszcze większym niż te sportowe.

B.S.: Co jest pociągającego w rajdach i jakie są kolejne wyzwania dla kierowcy?

K.H.: Rajdy samochodowe to wyjątkowa dyscyplina sportu, w której człowiek zmaga się z naturą, z maszyną oraz z samym sobą. Każda trasa stawia inne wyzwania i zaskakuje kierowców nieprzewidywalnymi sytuacjami. Ponadto to stała współpraca z pilotem, tworzenie drużyny i budowanie ducha zespołu. Całą motoryzacyjną rodzinę łączą wspaniałe przeżycia, wielkie emocje związane z wysiłkiem i trudami tego sportu. Dla mnie największym wyzwaniem obecnie jest oczywiście Rajd Dakar.

B.S.: Czy Pan sam dokonuje opisu trasy przed rajdem? Jak wygląda współpraca z pilotem i jak wiele zależy od waszej dobrej komunikacji?

K.H.: Opis trasy tworzy kierowca, bo to on musi później widzieć oczyma wyobraźni zbliżające się w bardzo szybkim tempie zakręty. Jednak gdy jeździ się z tym samym pilotem przez kilka lat, to tak naprawdę staje się to wspólną pracą. Bardzo ważne jest wzajemne zaufanie kierowcy i pilota. Moi piloci to również moi przyjaciele, zarówno z Jean Markiem, z którym startuję w rajdach pustynnych, jak i z Łukaszem Kurzeją mam świetny kontakt i pełne zaufanie do tego, co robią. Od dobrej komunikacji zależy zarówno sukces załogi, jak i bezpieczeństwo. Samochód rajdowy jest jak każde inne miejsce pracy - tylko przy dobrej atmosferze, wzajemnym zrozumieniu i połączeniu sił możliwy jest dobry wynik.

B.S.: Przed Panem udział w terenowym Rajdzie Dakar. Jak wypada porównanie tego rajdu ze zwykłym samochodowym?

K.H.: Rajdy płaskie, takie jak np. Rajd ORLEN, w którym niedawno startowałem, to seria krótkich, kilkunastokilometrowych odcinków pokonywanych na zasadzie sprintu. Podczas rajdów pustynnych, trwających kilkanaście dni i składających się z kilkusetkilometrowych sekcji, niemożliwe jest utrzymywanie tego samego tempa jazdy. Trzeba się dobrze przygotować i zaplanować każdy dzień tak, aby starczyło sił zarówno zawodnikom, jak i pojazdom - i tak aż do mety.

B.S.: Który z dotychczasowych rajdów był dla Pana najtrudniejszy? Czy przeżył Pan jakieś chwile grozy za kółkiem?

K.H.: Nie ma łatwych rajdów, każdy to wyzwanie i ryzyko. Szczególnie zapamiętałem wypadek, który zdarzył się podczas Rajdu Anglii. Na przedostatnim OS-ie ścigaliśmy się o siódme miejsce z Ari Vatanenem. Gdzieś przebiliśmy oponę. Nie czułem tego jadąc po szutrze, a powietrze uchodziło na każdym metrze jazdy. I stało się. W pewnym momencie zaczęliśmy się obracać, potem gruchnęliśmy o drzewo i kiedy wydawało się, że to koniec kraksy, zaczęliśmy spadać ze skarpy, wielokrotnie koziołkując. Wszystkie telewizje pokazywały ten wypadek. Mogę chyba powiedzieć, że wiem czym jest śmierć.

B.S.: Mieliśmy piękne tradycje: Bublewicz, Zasada, Hołowczyc. Osiągnęliście imponujące wyniki. Dlaczego obecnie polscy kierowcy nie osiągają sukcesów na arenie międzynarodowej? Kiedy doczekamy się kolejnego mistrza Europy?

K.H.: Obecnie dostrzegam kilka talentów, zawodników, którzy mogliby zabłysnąć na arenie europejskiej i światowej. Myślę tu np. o Kajetanie Kajetanowiczu czy Grzegorzu Grzybie. Niestety rajdy samochodowe to jest taki sport, w którym najpierw trzeba dać bardzo dużo od siebie, a dopiero potem można liczyć na zainteresowanie sponsorów. To sprawia, że czasem nawet najlepsi nie mają możliwości startu w rajdach wysokiej rangi. Wielu młodych utalentowanych zawodników przerywa karierę ze względu na brak środków.

B.S.: Dlaczego w Polsce nie występują w rajdach samochody typu WRC - najsilniejsze, najmocniejsze, najszybsze, o najwyższej klasie i prestiżu?

K.H.: W Rajdowych Samochodowych Mistrzostwach Polski, podobnie jak w Mistrzostwach Europy, samochody typu WRC nie są oficjalnie klasyfikowane, a w efekcie dopuszczane do startu w rajdach. Takie samochody są bardzo drogie i niewielu zawodników stać na ściganie się nimi. Dlatego, by nie blokować rozwoju sportu motorowego w Polsce, zdecydowano się na ograniczenie zaawansowania samochodów, a co za tym idzie - kosztów. Obecnie najmocniejszymi klasami są N4 i szybko rozwijające się auta S2000 - niewiele wolniejsze od aut WRC, lecz dużo tańsze.
W ten sposób zawody, nie tracąc na wartości, stają się wyrównane, dzięki temu ich walory sportowe wzrastają, a kibice mogą oglądać spektakl rajdowy z rywalizacją na wysokim poziomie.

B.S.: We wrześniu tego roku zginął w katastrofie lotniczej Colin McRae, szkocki kierowca rajdowy, słynący z niezwykle efektownej i szalonej jazdy. Czy miał Pan okazję go poznać, jak Pan wspomina tego człowieka?

K.H.: Colin to jeden z moich idoli. To ktoś, kto zrobił wiele dobrego dla całego motosportu. Nadał rajdom samochodowym duszę. Poznałem go bliżej w latach 90., kiedy nasze samochody przygotowywała do startu ta sama firma - Prodrive. Samo stanie przy nim było dla mnie czymś niesamowitym, bo on już wtedy był wielkim zawodnikiem i mistrzem świata. Okazał się jednak nie żadną niedostępną gwiazdą, lecz normalnym sympatycznym facetem. Był bardzo otwarty, chętnie dzielił się uwagami i doświadczeniami z rajdu. Nie zapomnę też, jak raz podczas Rajdu Argentyny spytałem go jak pokonywać tzw. watersplashe (długie, głębokie kałuże). Bez wahania odpowiedział: "Full throttle!" (tłum. Pełnym gazem!). Jego śmierć to wielka strata dla mnie osobiście i dla milionów fanów sportów motorowych.

B.S.: Co jest marzeniem mistrza rajdowego, konkretnie - Pana marzeniem?

K.H.: Przede wszystkim zwycięstwo w Rajdzie Dakar. Poza rajdami bardzo ważne dla mnie jest bezpieczeństwo na drogach, w szczególności polskich, dlatego moim marzeniem jest, by działania Fundacji przynosiły coraz lepsze efekty. Prywatnie zaś nie mogę się już doczekać narodzin mojej trzeciej córki. Mam nadzieję, że będzie zdrowa, silna i piękna.


ESSENCE 2011
 
Biografie gwiazd - Bizneswoman - Czasopismo przedsiębiorców - Ekskluzywne czasopismo - Ludzie biznesu - Ludzie sukcesu - Magazyn biznesmenów - Polskie gwiazdy