Skąd wziął się u Pana taki pomysł
na siebie, na związanie
kariery zawodowej z tą konkretną
branżą?
Michał Szubski: Od najmłodszych lat
marzyłem, aby zostać adwokatem; o tym,
że pójdę na studia prawnicze, wiedziałem
już w piątej klasie szkoły podstawowej.
Z wykształcenia jestem więc prawnikiem,
nie inżynierem - co jest pewnego rodzaju
ewenementem, chociaż nie jestem pierwszym
prawnikiem na stanowisku prezesa
w historii firm gazowniczych w Europie
(śmiech). A pracę w PGNiG zacząłem
pod koniec studiów. Stało się tak dzięki
koledze, który tu pracował. Po prostu
kiedyś do mnie zadzwonił i powiedział
"ty już na czwartym roku, to może byś
przyszedł do PGNiG do pracy". Akurat
wtedy powstawało tu biuro restrukturyzacji,
które miało zająć się przekształceniem
firmy z przedsiębiorstwa państwowego
w nowoczesną grupę kapitałową.
Zacząłem zatem pracę, będąc jeszcze studentem,
ale byłem pewien, że jak dostanę
się na aplikację, to zrezygnuję. Najśmieszniejsze
jest to, że wiele osób mi powtarzało,
że to jest taka firma, do której
się przychodzi i z której się nie odchodzi.
A ja pukałem się w głowę: "Mówcie
co chcecie, a ja i tak zostanę tu góra pół
roku". Jak się okazało, mieli rację. Zostałem
i pracowałem przez lata na wielu stanowiskach
- od szeregowego pracownika
do prezesa.
Karolina Chymkowska: Skoro z tej
firmy się nie odchodzi, to jak widzi Pan
perspektywę swojego dalszego życia zawodowego?
Prezes na zawsze?
Michał Szubski: Mam takie swoje ulubione
powiedzenie, że nic nie jest tak
pewne jak zmiany. Świat się zmienia, rzeczy
się zmieniają i teraz już nie ma w Polsce
takich realiów, że zostaje się prezesem
i to tak trwa do emerytury. Czytałem kiedyś
taki ciekawy raport amerykańskiego
analityka, który obserwował Polskę pod
koniec lat 90., po 10 latach przemian,
i stwierdził, że dziwi go u Polaków bardzo
silne przywiązanie do miejsca zamieszkania
i pracy. Powiedział, że jako społeczeństwo
musimy się przystosować do tego,
że człowiek w ciągu życia musi co najmniej
trzykrotnie zmienić nie tylko miejsce
pracy, ale i zawód. W latach 90. wydawało się to mocno abstrakcyjną tezą,
ale dziś, kiedy patrzy się na rytm, tempo,
sposób życia, zwłaszcza w wielkich aglomeracjach,
widać, że miał rację. Trzeba
być przygotowanym na zmiany. Niezależnie
zatem od mojego ogromnego
przywiązania do PGNiG - a jestem z tą
firmą bardzo mocno emocjonalnie związany,
czasami wydaje mi się nawet, że za
mocno - to jestem przygotowany na to,
że to nie będzie trwało wiecznie. Nie rozdrabniam
się jednak na snucie alternatywnych
planów, staram się pracować na
sto procent, właśnie tak, jakbym miał tu
zostać do emerytury.
K.Ch.: Czy uważa się Pan za lidera?
M.Sz.: Mam być skromny czy szczery?
(śmiech). Oczywiście to żart. Nie jestem
typem, który wali pięścią w stół i krzyczy,
a taki mamy trochę stereotyp twardego
przełożonego. Uważam się za lidera
w tym sensie, że lubię wyznaczać cele
i widzieć, jak one są realizowane. Jeszcze
bardziej lubię przekonywać do swoich
wizji, bo wychodzę z założenia, że człowiek
przekonany pracuje lepiej, niż człowiek
do czegoś zmuszany. Wierzę bezwarunkowo,
choć może to truizm, że sukces
każdej organizacji zależy od zaangażowania
pracowników. Dlatego dużo czasu
poświęcam na rozmowy, dyskutowanie,
ale ważne jest również motywowanie do
działania. Wtedy nie ma rzeczy niemożliwych.
Istotny jest również mój przykład
- już sam fakt, że stopniowo przechodziłem
przez struktury firmy i dotarłem tu,
gdzie dzisiaj jestem, niesie w sobie pozytywny
przekaz.
K.Ch.: Jak Pan ocenia rolę prezesa
w kontrolowaniu codziennego życia dużej
firmy? Wiadomo, że jeżeli w ogromnym
mechanizmie obluzuje się nawet
drobna śrubka, to może to wpłynąć na
sprawne funkcjonowanie całości.
M.Sz.: To oczywiste, że próba kontrolowania
30 tysięcy ludzi, pracujących
w różnych podmiotach, jest mało realna.
Dlatego za kluczowe uważam budowanie
zespołu, który wspiera zarząd i prezesa,
jest lojalny, realizuje zadania zgodnie
z dobrem firmy. Ci, którzy są na niższych
szczeblach hierarchii, muszą mieć przekonanie,
że zarząd nie jest ich wrogiem,
tylko sojusznikiem, że można przyjść do
niego z problemem i nikt za to nikomu
głowy nie urwie ani z pracy nie wyrzuci.
Trzeba mieć zaufanie do ludzi pracujących
w terenie, bo nie da się wszystkiego
kontrolować do ostatniej śrubki.
K.Ch.: Jak Pan rozumie termin "społecznej
odpowiedzialności biznesu"? Pan
osobiście, abstrahując od czysto słownikowych
definicji.
M.Sz.: Bardzo modny ostatnio temat...
osobiście uważam, że to po prostu zdolność
życia w społeczeństwie, bez budowania
wokół tego jakichś wielkich historii.
Był taki okres, kiedy pod względem mentalności
w Polsce panował XIX-wieczny
kapitalizm. Mówiło się, że najważniejsze
jest poprawianie efektywności, przewaga
konkurencyjna, a wszelkie działania
związane z życiem w społeczeństwie
były traktowane podejrzliwie. Oczywiście,
że efektywność jest istotna. Dbałość
o nią to codzienne zadanie menedżera.
Nie można jednak czynić z tego fetyszu,
celu samego w sobie. Wielki przemysł
ma dług wobec społeczeństwa i powinien
go codziennie spłacać, oferować opiekę
i troskę w zamian za to, co otrzymuje.
Chociażby ostatnio - powódź. Dotknęła
wielu naszych pracowników, którzy potracili
domy, wszystko, co mieli. Dlatego
organizujemy dla nich pomoc. To bardzo
proste i ludzkie.
K.Ch.: Jak Pan postrzega swoją rolę
jako prezesa jednej z najstarszych polskich
firm?
M.Sz.: Nie traktuję tego zobowiązania
w kategoriach ciężaru, raczej pewnego
rodzaju wyzwania. Z każdą władzą wiąże
się odpowiedzialność. Im większy zakres
kompetencji, tym odpowiedzialność
większa - nie można dopuścić do
tego, żeby ta świadomość była paraliżująca.
Owszem, to bywa niełatwe, staram
się jednak, żeby nie zmarnować tego, co
było budowane przez pokolenia.
K.Ch.: Gdyby miał Pan zostać określony
przez kogoś niebywale krytycznego,
chociaż sprawiedliwego w osądach...
M.Sz.: Bywam czasami zbyt pewny siebie,
co może być traktowane - zwłaszcza
przez tych, którzy mnie nie znają - jako
arogancja, ale tak nie jest. Natomiast
w pełni siebie akceptuję, co bywa niezwykle
irytujące dla otoczenia (śmiech).
Przez całą karierę zawodową nie miałem
również skłonności do potakiwania
swoim przełożonym, co czasem odbierano
jako brak szacunku. Szanuję bardzo
ludzi w ogóle, niezależnie od stanowiska,
ale wychodzę z założenia, że szefa poważa
się za to, że jest autorytetem - merytorycznym,
osobowościowym, a nie za
to, że zajmuje określone stanowisko. Ci
z moich szefów, którzy byli pewni siebie
i swojego przygotowania merytorycznego,
nie mieli specjalnych problemów
z tymi cechami mojego charakteru, potrafili
je wykorzystać. Sam nie lubię pracować
z ludźmi, którzy ciągle powtarzają
"tak jest!". Strasznie mnie irytuje taka
postawa. Cenię ludzi, którzy mają własny
pogląd, umieją go wyrazić, bronić, zmienić
moją opinię na temat jakiejś sprawy.
Przecież ja też mam prawo się mylić.
K.Ch.: Czy uważa Pan, że dorósł już do
roli mentora, opiekuna, do tego, by stać
się dla swoich pracowników kimś takim,
jak ci przełożeni, którzy na przestrzeni
lat kształtowali Pana?
M.Sz.: Strasznie trudne pytanie... I tak,
i nie. Jest trochę osób w firmie, które
sam przyjmowałem do pracy. Jedni spełnili
moje oczekiwania lepiej, inni gorzej,
jedni rozwinęli się bardziej, drudzy
mniej. Ale ze wszystkich tych osób jestem
bardzo dumny. Kiedyś mój pierwszy
szef poświęcił wiele czasu, żeby nauczyć
mnie przedsiębiorstwa, dzisiaj sam
próbuję robić to samo. Ale czy czuję się
uprawniony do roli mentora? Jeszcze nie,
i raczej jeszcze długo nie. Wciąż dużo nauki
przede mną.